http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Teksty

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum RSS Wyborcza.pl

Dwa miliardy dolarów za milion Hindusów

Maciej Kuźmicz
2007-08-28, ostatnia aktualizacja 2007-08-25 11:42

Slumsy z lotu ptaka to mozaika: blacha, brezent, dachówka - wszystko, co może dać schronienie. W Dharavi pod tą mozaiką żyje więcej niż milion ludzi, których nie stać 
na żadne inne mieszkanie, a przyjechali do Bombaju w poszukiwaniu pracy i lepszego losu
Slumsy z lotu ptaka to mozaika: blacha, brezent, dachówka - wszystko, co może dać schronienie. W Dharavi pod tą mozaiką żyje więcej niż milion ludzi, których nie stać na żadne inne mieszkanie, a przyjechali do Bombaju w poszukiwaniu pracy i lepszego losu
Fot. Albert Zawada

A jeżeli rząd nie zmieni decyzji, niedługo w Indiach pojawi się nowy Gandhi

Zaproszenie na wycieczkę po slumsach Bombaju
Fot. Albert Zawada
Zaproszenie na wycieczkę po slumsach Bombaju
Trzy pokolenia pod jednym dachem to nic zaskakującego w hinduskim domu. To mieszkanie pod mostem, nie większe niż 20 metrów kwadratowych. Bez okien i dziennego światła. 
Lodówka i telewizor to najcenniejsze sprzęty w domu. W nocy na każdym łóżku śpi po kilka osób
Fot. Albert Zawada
Trzy pokolenia pod jednym dachem to nic zaskakującego w hinduskim domu. To...
Tu nie ma miejsca, każdy skrawek przestrzeni w domu ma swoje przeznaczenie. Właśnie dlatego dachy są jednym z nielicznych miejsc, które można wykorzystać jako magazyn - przechować plastikowy złom do przetopienia, materiały do warsztatu
Fot. Albert Zawada
Tu nie ma miejsca, każdy skrawek przestrzeni w domu ma swoje przeznaczenie...
Przez Dharavi idą dwie rury z wodą dla Bombaju (na zdjęciu jedna z nich), Ludzie, którzy na niej mieszkają, muszą chodzić z bańkami po wodę 15 minut w jedną stronę. Jak ciężko żyć bez bieżącej wody, wie kobieta, która pierze. Musi nanieść wody w miskach, namydlić pranie, a potem namydlonymi ubraniami tłucze o rurę. 
Tę, w której płynie woda. Potem płucze. Robi pranie dla kilkunastoosobowej rodziny
Fot. Albert Zawada
Przez Dharavi idą dwie rury z wodą dla Bombaju (na zdjęciu jedna z nich)...
Codzienna praca w slumsie to coś, co najbardziej dziwi Europejczyka i jest żelaznym punktem wycieczek po Dharavi. Robotnicy zaczynają o szóstej rano, pracują do zmierzchu. Przetwarzają to, co wyrzuci miasto. Dostają 3 dolary dziennie. W manufakturach, gdzie topi się plastik, nie ma klimatyzacji, chociaż temperatura na zewnątrz potrafi sięgnąć 45 stopni. Wewnątrz blaszanych zakładzików jest znacznie wyższa
Fot. Albert Zawada
Codzienna praca w slumsie to coś, co najbardziej dziwi Europejczyka i jest...
W wąskich przejściach nie zmieszczą się jednocześnie dwie osoby, Domki są upchnięte tak, żeby wystarczyło miejsca dla jak największej liczby osób. Najczęściej na parterze jest warsztat, na piętrze śpi cała rodzina. Buduje się z tego, co jest pod ręką i na własną rękę
Fot. Albert Zawada
W wąskich przejściach nie zmieszczą się jednocześnie dwie osoby, Domki są...
Centrum Bombaju idzie pod młotek.

Nazywa się Dharavi i jest największym slumsem w Azji.

Cena wywoławcza: 2,3 miliarda dolarów. Na początek, bo kupi ten, kto da najwięcej.

Ta oferta to najpiękniejszy sen agenta nieruchomości. 223 hektary w centrum miasta pod biurowce i apartamentowce ze stali i szkła.

Oferta ma jednak haczyk. A właściwie milion haczyków. Dla tylu ludzi bowiem Dharavi jest domem, warsztatem, sypialnią, jadłodajnią, fabryką.

Władzami Bombaju, które wystawiły slums na sprzedaż, targają więc dwa sprzeczne uczucia.

Pierwsze: wielka radość. Dharavi leży w centrum finansowej stolicy Indii, to najdroższa ziemia. Każdy deweloper da się pokroić w cieniutkie plasterki, żeby ją kupić.

Drugie: wielkie zmartwienie. Władza wie, że choć kupców nie zabraknie, żaden z miliona mieszkańców slumsu nie da się łatwo sprzedać.

1.

- To hańba. W największej demokracji na świecie rząd sprzedaje obywateli. A ja dowiaduję się o tym z gazet - mówi mister Jockin twardym głosem.

Jockin Arputham to ten, którego władza w Bombaju się boi. Gdyby zobaczyć go na ulicy - nikt by się tego nie domyślił. Można by go wziąć za właściciela kiosku, ale nie za kogoś, kto reprezentuje setki milionów ludzi w ponadmiliardowym narodzie.

Tymczasem siwy, niepozorny 60-latek w okularach przewodzi National Slum Dwellers Federation. Jest rzecznikiem i opiekunem Hindusów mieszkających w slumsach.

- Witajcie w Dharavi. To jest nasz dom - mówi Jockin i mocno ściska rękę na powitanie. - Sami go zbudowaliśmy. Sami się w nim rządzimy. I będziemy bronić, żeby nikt go nie sprzedał. Dharavi to nasze miejsce, nie miejsce rządu. Jesteśmy tu sto lat.

Sto lat temu slums był na peryferiach. Dziś to środek najbogatszego miasta Indii. Przez sto lat przetoczyły się dwie wojny, Brytyjczycy opuścili Indie, świat zbudował bombę atomową i runął berliński mur.

W Dharavi rząd nie zrobił prawie nic. Ale dzięki mieszkańcom zdarzyło się wszystko: doprowadzili wodę i prąd, wytyczyli ulice, osuszyli bagna, na których stanęły biedne domy.

- Dziś te sępy nas wyceniły. Krążą nad naszą ziemią od dawna. Wiesz, że tu metr kwadratowy kosztuje kilka tysięcy dolarów? Dlatego chcą nam ją zabrać. A z nimi dom i pracę.

Bombaj, położony na wyspie, dusi się z braku miejsca. Dlatego cena metra mieszkania w nowym apartamentowcu zbudowanym kilometr od Dharavi to 10 tysięcy dolarów.

- I to jest prawdziwy powód, żeby się nas pozbyć.

2.

Slums to szok.

Szok dla zmysłów z Europy, które przywykły do szerokich i czystych ulic. Hinduski slums widziany z góry jest brudnoszary. I zwarty. Nie widać ani źdźbła zieleni, ani jednego drzewa. Jest jak lawa, która wylała się w mieście.

Kiedy w nią wejść, obezwładnia.

Po pierwsze - kolorem.

Slums to święto barw. Kobiety ubrane w tęczowe sari przemykają uliczkami szerokimi na jedną osobę. Niosą tobołki, ciągną czerwone kanistry na wodę. Mężczyźni w kolorowych wyszmelcowanych koszulach żują tytoń i plują na ziemię. Ich domy to blachy, szmaty, kawałki plastiku, cegły. Wszystko w innym kolorze: czerwony, niebieski, zielony stapiają się z kwiatami, paskami czy swastykami. Swastyka to w slumsie wszechobecny symbol szczęścia.

Po drugie - przestrzenią.

A raczej brakiem przestrzeni, bo slums to ścisk. W uliczkach-przejściach: ludzie, ludzie, ludzie. Idą, przeciskają się, biegną: do pracy, domu, znajomych, toalety. Na każdym metrze kwadratowym jest tłum.

Po trzecie - zapachem.

Slums jest wiecznie głodny i dlatego pachnie tłustą smażeniną. Pachnie ostro, jak chili z mdlącym odorem, bo w slumsie nie ma kanalizacji, a toalety są nieliczne. Jedna musi wystarczyć na 1440 osób, więc jak wyliczyło stowarzyszenie Jockina, gdyby każdy chciał z nich korzystać, musiałby czekać na swoją kolej pięć dni. Trzeba więc załatwiać się do ścieku, który otwiera się tuż za progiem, albo w kącie pokoju, w którym się je.

Po czwarte - hałasem.

Cały czas ktoś woła, trąbi, krzyczy.

Po piąte - dotykiem.

Slums jest śliski. Pod butami: tam, gdzie warstwa błota, tłuszczu, i mydlin zastyga na kamieniach w skorupę gładką jak lód. Śliskie są ściany domów, wytarte wieloma ciałami, które się o nie oparły.

Po szóste - brakiem orientacji.

W slumsie nie mieć przewodnika to tak, jakby zamknąć oczy. Tutaj nikt nigdy nie narysował mapy, nie wytyczył ulic. Można iść tylko z tym, kto się tu urodził. Kiedy przybysz wchodzi w slums, nie wie, co robić.

A żeby wrócić tam, skąd się przyszło, trzeba:

- przeskakiwać z dykty na dyktę, z kamienia na kamień, bo to, co naokoło kamieni, to błotnista maź;

- iść powoli. Kto nie wychował się w slumsie, nie potrafi biegać w śliskich przejściach o szerokości pół metra;

- uważać na głowę i nogi. Na głowę - bo można zawadzić o plątaninę kabli elektrycznych, telewizyjnych i telefonicznych. Na nogi - bo można wdepnąć po kostki w błoto i rynsztok.

I przede wszystkim: slums obezwładnia temperaturą. Dharavi to upał i zaduch. Powietrze jest gorące i gęste. Wiatr nie wieje w półmetrowych uliczkach.

3.

Ale slums to przede wszystkim dom.

W Bombaju - dla 9 milionów ludzi.

W Dharavi, najstarszej i najlepiej rozwiniętej części slumsu - dla miliona.

- To jest moje miejsce. Sama je zbudowałam, tymi rękami - mówi Benedicta Lobo i wyciąga przed siebie wychudzone ramiona. Benedicta dobiega sześćdziesiątki, ale jej dłonie wyglądają, jakby pracowały przynajmniej 20 lat dłużej.

Jest w slumsie nauczycielką. To rzadkość.

Jest też katoliczką, co już graniczy z cudem - katolicyzm wyznaje tylko 2 proc. Hindusów.

Benedicta mieszka na skraju Dharavi od ponad 30 lat. Jej ceglana niebieska izba przycupnęła obok torów. - Budowałam ją z tego, co było. Mąż chodził po cegły. Ja pomagałam. Jak go zabrakło, dokończyłam. Z synami - mówi i prostuje fałdy sari.

Piętnaście metrów kwadratowych z sienią. Do tego przyklejone mikroskopijne pomieszczenie: łazienka i ubikacja w jednym.

- Tutaj mamy mycie i całą resztę - wyjaśnia Benedicta, pokazując wybetonowaną komórkę z dziurą w podłodze. "Cała reszta" trafia rurą do rynsztoka na zewnątrz. To korytko biegnące przez całą długość uliczki. W porze deszczowej zawsze się przelewa.

Osobna toaleta to luksus - pozwala umyć się w domu. Większość mieszkańców slumsów nie ma takiego szczęścia: polewają się wodą przed wejściem do domu, zasłonięci dyktą, ręcznikiem, szmatami. To, że nie ma wodociągu, oznacza też, że prać można tylko w rękach. Jeden kran w slumsie przypada na 15 osób, a woda jest średnio dwie godziny dziennie.

Niebieskie ściany w pokoju Benedicty przy podłodze są wytarte. - To od pleców uczniów, jak siadają - kobieta uśmiecha się spod wielkich okrągłych okularów.

- Na dziś koniec. Powtórzcie słówka i dalej, uciekać - mówi do bosych ośmiolatków, którzy pilnie notują.

Benedicta ma dobrą pracę, uczy podstaw angielskiego. Bez tego języka w Indiach można zostać tylko tanią siłą roboczą. To niezwykłe, że pracuje. W tradycyjnych rodzinach hinduskich kobieta zostaje w domu i opiekuje się dziećmi. Ale nie taka, której mąż zmarł na zawał i sama musiała wychować dwoje dzieci. Taka kobieta w Indiach ma na drzwiach wejściowych tabliczkę: "Z Bożą pomocą wszystko jest możliwe".

- Jest ciężko, a jeszcze trudniej było, jak przyjechaliśmy z UP.

- UP?

- Uttar Pradesh. Jeden z biednych stanów Indii. Tam nie mieliśmy prawie nic. A dziś tu jest mój dom i nie dam się nigdzie przenieść. Zresztą dokąd byśmy poszli? Do tych klitek, o których mówi rząd? - fuka przez nos.

Rząd zaplanował, że kiedy sprzeda Dharavi, inwestorzy zbudują mieszkania dla ludzi ze slumsów. Każda rodzina ma dostać za darmo 225 stóp kwadratowych. To 20,9 metra kwadratowego.

- Ludzie nie dadzą rady. Ja mieszkam tylko z synem, jego żoną i dzieckiem. To luksus. Moi znajomi żyją w dziesięcioro tu, za ścianą.

Według hinduskiej tradycji po zamążpójściu żona przenosi się do rodziców męża. Wielopokoleniowe rodziny trzymają się razem, a młodzi pomagają starszym. Powód prozaiczny: emerytury to rzadkość.

Dlatego emerytura Benedicty to nieźle zbudowany trzydziestolatek i ma na imię Dipak.

Dipak, syn Benedicty, nosi biały luźny podkoszulek i krótkie spodenki. Na szyi dynda mu drewniany różaniec, który co chwilę szarpie dwuletni Ronaldo - pierworodny syn.

Ich majątek to naczynia ze stali nierdzewnej, butla z gazem do gotowania, stół z blatem wytartym setkami uczniowskich rąk i maty do spania. Na łóżko nie ma miejsca. Śpią na podłodze.

- To nie problem, że kupią Dharavi. Problemem jest to, że oni chcą zrobić getto. W jednym miejscu będą wieżowce i ludzie ze slumsu. W innym apartamenty i biurowce. I slums wtedy nie zniknie, on urośnie w górę.

- A jak powinni zrobić?

- Ja nie wiem. Są mądrzejsi, oni wiedzą.

Największy strach w slumsie: komu dadzą mieszkanie. Zgodnie z przepisami o rewitalizacji slumsów tylko ci, którzy udowodnią, że w 1995 roku mieszkali w Dharavi, mają prawo do 20-metrowej klitki. Takich jest najwyżej 600 tysięcy. A reszta?

- Będzie musiała się wynieść.

Dokąd - nikt nie wie.

- Pójdą na ulicę. Jak wszyscy, którzy przyjeżdżają do Bombaju. Ciężko tu żyć, ale slums nie jest zły - mówi Dipak.

Nie jest zły?

Dla Europy slums to wstydliwy margines.

Dipak parska śmiechem. - Jakbyśmy tak myśleli, to połowa Bombaju byłaby na marginesie. Macie śmieszne skojarzenia: jak slums, to dno. A tu mieszkają zwykli ludzie. Mają pracę, posady rządowe. Ale nie mają na mieszkanie.

- Slums to dom. Trochę inny niż europejski, ale dom - mówi Dipak.

Jego sąsiad jest kierowcą w administracji rządowej. Tej samej, która chce sprzedać Dharavi. Ale taka dobra praca to w slumsie jednak cud.

4.

Dlatego slums to praca. Rocznie warta miliard dolarów. 5 tysięcy firm zarejestrowanych w Dharavi co roku produkuje towary za taką właśnie sumę. Ale to zaniżone szacunki, bo na czarno działa drugie 5 tysięcy firm. Całą dobę Dharavi dymi, przycina, szlifuje, czyści, frezuje i zszywa. Robi miliony tego, co Europa nazywa "brudnym przemysłem".

Wszystko - w sercu Bombaju.

Slums przetwarza to, co wyrzuci miasto. Do Dharavi płynie więc szeroka rzeka starych beczek po oleju, kartonów do pakowania, zużytych butelek.

Jak Dharavi tworzy produkt krajowy brutto największej demokracji świata?

Na przykład: topiąc plastik w wilgotnym upale.

Podobni do Dipaka jak dwie krople wody, usmarowani Hindusi uwijają się w warsztatach. Najpierw oddzielają plastik od metali: tak kończą życie klawiatury komputerowe z hinduskich firm wysokich technologii.

Później topią plastik w maszynach, których lata świetności minęły 50 lat temu.

Maszyny barwią plastik na kolor, jakiego zażąda klient, i wypuszczają długie nitki plastikowego surowca do kadzi z wodą. Stamtąd wyciąga je Hindus i tnie pałeczki na śrut. Z tego śrutu urodzą się nowe klawiatury.

Warsztaty mają po 40 metrów kwadratowych. Plastik topi się w kilkuset stopniach, wszyscy robotnicy są brudni od pyłu i maszynowego oleju, spoceni, większość pracuje bez koszul.

Większość tworzy PKB na bosaka.

Na przykład czyszcząc beczki po oleju do diesli.

Stalowe beczki są drogie, nie można ich wyrzucić. Ale jak w tropiku wyczyścić beczkę? Najpierw koledzy Dipaka biorą zużytą kilkusetlitrową beczkę po oleju silnikowym. Wylewają resztki prosto do ścieku. Przetaczają do mycia pod specjalny wąż, który tłoczy wodę pod ciśnieniem. Potem wrzucają do środka półtorametrowy łańcuch i trzęsą beczką, żeby odkleiły się resztki. Wyciągają łańcuch, jeszcze raz myją, klepią ręcznie młotkiem i malują takie logo, za jakie zapłacił klient.

W szopie, w której jest fabryczka, tylko jeden stary wentylator kręci się pod sufitem. Bardzo powoli i bardzo leniwie miesza lepkie powietrze nad tymi, którzy za 14 godzin pracy dostaną 200 rupii. To niecałe 3 dolary.

Ale slums nie tylko przetwarza. Slums eksportuje.

Na przykład wypalone przez siebie garnki.

Te, które z gliny ulepią umorusane 16-latki. Ale zanim je ulepią, muszą udeptać glinę, wyczyścić, uformować naczynia i wypalić je. Gotowe wystawić na słońce, żeby wyschły.

Powietrze przy piecach faluje, w oczy wciska się dym. Kobiety i dzieci w domach malują na eksport.

Codziennie wstają do pracy o piątej rano.

Wtedy Europa, do której trafią świeczniki, smacznie śpi.

5.

Slums to duma.

- Jak będą chcieli nas sprzedać, to dopiero będzie.

- Wojna będzie!

- To nie Chiny! To nie Pakistan! Tutaj się nie da tak ludzi wyrzucić. Tyle lat to budowaliśmy i co, teraz ziemię oddać? Nigdy!

- Nigdy!

Tak przekrzykują się na wyścigi robotnicy z herbaciarni przy Mahim Sion Road.

Herbaciarnia to właściwie za dużo powiedziane. To wnęka, w której serwuje się tchai - bardzo słodką, gotowaną z mlekiem herbatę. Ten niby kiosk, niby klub dyskusyjny wtulił się w jedną z głównych ulic ograniczających slums. W ścianę z blachy, szmat i kawałków worków.

Goście herbaciarni mają fantastyczny widok: na zielone podmokłe bagna, które monsun zmienia w największe źródło malarii w Bombaju. Za bagnem rozpiera się Bandra Kurla Complex. To luksusowa dzielnica: tam są najlepsze firmy, centra handlowe, apartamenty. Nowoczesne biurowce wyrosły niecały kilometr od manufaktur. I pożądliwie spoglądają na Dharavi.

- Tak będzie wyglądać kiedyś wasz dom.

- Nigdy. Będę walczył za swój dom, umrę za swój dom. Nie damy naszej ziemi pod biurowce - krzyczy Mahesh Jaiswal, który rządzi herbaciarnią. Mahesh ma nie więcej niż trzydzieści lat i jest synem właściciela lokalu.

Z wprawą nalewa herbatę. Szklanka - 5 rupii.

- Wytłumacz tam w Europie, że nikt nas nie kupi. Tu, gdzie stoimy, było bagno. Dziesięć metrów w dół. Nawieźliśmy z ojcem i znajomymi gruz, zabetonowaliśmy, zrobiliśmy herbaciarnię. Jest płasko, jest sucho. Ojciec budował tę herbaciarnię całe życie. Jak ją oddam, to jakbym mu w twarz plunął - mówi Mahesh.

On i robotnicy przy stole wiedzą, że rządowy plan budowy nowego miasta oznacza utratę pracy. Manufaktury są w domach, więc zburzenie szop to bezrobocie. Herbaciarnia będzie się bronić. Nie wie jeszcze, jak, ale wie, że tanio skóry nie sprzeda.

- Jak założyć warsztat w wieżowcu na 20 metrach, z rodziną? - pyta Mahesh.

A z boku sękatą ręką szarpie mnie za rękaw jeden z robotników.

- To jest tajny plan, zobacz. Tylko nikomu nie mów - i bazgrze na liniowanym notatniku długopisem. Tajny plan to tajemnica poliszynela. Wszystkie głowy pochylają się nad kartką.

- Tu jest jedna linia kolejowa. Tu druga i autostrada. A pomiędzy nimi - klinem - Dharavi. Tędy idą rury, z północy na południe. Tłoczą wodę do południowego Bombaju. No to się teraz zastanów, co się stanie, jak rząd nas przyjdzie sprzedać.

- Co?

- Na tory wyjdzie milion ludzi. Zablokujemy autostradę. Dobierzemy się do rur. Bombaj stanie. Miliony ludzi nie dojadą do pracy - mówi robotnik.

- Ale najpierw do sądu! Najpierw pójdziemy do sądu - szybko mityguje gorące nastroje jeden ze współpracowników Jockina. - Mister Jockin nie myśli tak jak oni. Mister Jockin wie, że najpierw będziemy walczyć tym - wyjaśnia i wyciąga z kieszeni najtańszy cienkopis za dwie rupie.

- Wiesz, co to jest?

- Długopis.

- Nie! To jest największa nasza broń. Jak potrafię czytać i pisać, mogę iść do sądu, żeby się bronić. Tego władze boją się najbardziej.

Właśnie w ten sposób organizacja mieszkańców slumsów, której szefuje Jockin, chce unieszkodliwić rządową ofertę: podając przetarg do sądu.

6.

Rząd jest pewien, że żadnego sądu nie będzie.

Nie będzie, bo racja jest po stronie Biura ds. Przebudowy Slumsu, które zaprzecza plotkom.

Nie sprzedajemy ludzi. To bzdura.

Nie ma korupcji.

Chcemy, żeby zniknął slums, a powstało nowoczesne osiedle.

- Na początku pewnie będzie trochę oporu i nieporozumień. Ludzie boją się, że stracą pracę. Ale zapewniam, że tak nie będzie - mówi D.S. Malvankar, dyrektor Biura, w wywiadzie dla agencji Bloomberg. Dyrektor obiecuje: wszyscy prawdziwi mieszkańcy Dharavi dostaną nowy dom.

Biuro ma w internecie prezentację. Prawie 60 slajdów o tym, jak zmieni slums. Argumenty, zdjęcia, tabele.

Gdyby Dipak czy Mahesh mieli internet, przeczytaliby, że dzięki deweloperom, którzy kupią Dharavi, przybędzie:

- prawie 3 miliony metrów mieszkań dla mieszkańców slumsów;

- szpitale;

- szkoły;

- 5 milionów metrów kwadratowych nowych mieszkań i biur (to sprzedadzą deweloperzy na wolnym rynku);

- stacja metra (być może);

- parki, skwery, nowe ulice, warsztaty. I drobny biznes.

Na folderach nowego Dharavi nie ma slumsu. Jest stal i szkło.

Nie ma też Dipaka, fabryki plastiku, herbaciarni z Mahim Sion Road. Nie pasują do szkła ze zdjęć.

Mimo że na przebudowę slumsu musi się zgodzić 70 proc. jego mieszkańców, rząd zawiesił ten warunek dla Dharavi.

Oficjalnie nikt nie powiedział dlaczego.

Ale nieoficjalnie wszyscy wiedzą, że mieszkania w Dharavi to będzie żyła złota.

- Slums trzeba zmieniać, ale nie w ten sposób. Rząd podchodzi do ludzi z góry. Nie ma konsultacji, są protesty - mówi Chris Way, właściciel Reality Tours. Chris, opalony na czerwono były księgowy w Wielkiej Brytanii, dziś organizuje wycieczki do Dharavi - slumtours. Za 500 rupii on i kolega codziennie pokazują, jak żyje największy slums w Azji.

Żeby to zobaczyć, Europejczyk musi wysiąść z klimatyzowanego samochodu i piechotą, w płaskich butach zanurzyć się w Dharavi. Obcasy - nie do pomyślenia. Zdjęcia - zabronione. Turystów - coraz więcej. To bardzo modne, a jednocześnie jest niewiele miejsc na świecie, gdzie można podziwiać prawdziwą nędzę.

Slumtours już trafił do najnowszych edycji popularnych przewodników po Indiach. Ale jeśli rząd zrealizuje plany, w kolejnej edycji może go już nie być.

7.

- Chcą z Dharavi zrobić Szanghaj, a nie potrafili doprowadzić kanalizacji - kręci z niedowierzaniem głową Jockin Arputham.

- My też chcemy przebudowy. Nikt nie chce się tłoczyć do ubikacji. Nikt nie chce biegać z wiadrem po wodę.

- Więc niech firmy przebudują Dharavi, ale nie na takich warunkach.

A chętnych są setki - wśród nich hinduski gigant Reliance, deweloperzy z Europy, USA, firmy arabskie. Już za tydzień, 1 września, okaże się, kto wygrał przetarg.

Jak miałoby wyglądać nowe, lepsze Dharavi?

Jockin i przedstawiciele innych organizacji w slumsie chcą, żeby deweloperzy zmienili plan. W zamian za ziemię mieliby zbudować większe mieszkania, niż dziś planują (nie 20,9 metra na rodzinę, ale 34 metry). Przy każdym wieżowcu miałyby stanąć specjalne warsztaty, zakłady, szkoły, przychodnie.

Ale wtedy mieszkań na sprzedaż byłoby mniej.

- Chcemy decydować o sobie. Tylko tyle - mówi twardo Jockin.

I aż tyle.

Na razie rząd twardo obstaje przy swoim.

A jeżeli nie zmieni decyzji, może być pewien, że już niedługo w Indiach pojawi się nowy Gandhi.

Może wyglądać trochę jak Jockin. Około sześćdziesiątki, na nosie okulary w drucianej oprawie, a pod nosem siwe wąsy.

Może nosić bawełnianą jasną koszulę.

Na nogach - tanie klapki z gumy.

W tych klapkach, koszuli lepiącej się od wilgotnego czterdziestostopniowego upału wyjdzie ze swojej herbaciarni. Powie:

- Dość.

I machnie ręką. Na to skinięcie wstanie od warsztatu jego sąsiad i sąsiad sąsiada, i cała alejka, dzielnica, cały slums.

Na ulice Bombaju pójdzie milion ludzi. Usiądą na torach, autostradzie i będą czekać.

Aż rząd się ugnie.

Oni będą mieć masę czasu i już nic do stracenia.

Jak kiedyś Gandhi.

Źródło: Duży Format

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

W środę z ''Gazetą''
* Gazeta Dom
* Zdrowa środa: Urazy ortopedyczne