Pierre Nora*: Nie ma europejskiego patriotyzmu
O europejskich miejscach pamięci dyskutujemy od 25 lat. Nie ulega wątpliwości, że samo pragnienie sporządzenia katalogu takich miejsc rodzi rozmaite sprzeczności i trudności. Dostrzegam trzy zasadnicze sprzeczności w samym założeniu.
Po pierwsze, pojęcie "miejsce pamięci" sugeruje istnienie historii, którą odczuwa się jako wspólną. Tymczasem historyczne doświadczenie Europy nie jest bynajmniej doświadczeniem jedności. Wręcz przeciwnie - wyrasta z podziału. Nie tylko w wymiarze narodowym, ale też językowym, terytorialnym, religijnym. Kto wie, czy najbardziej naturalnym europejskim miejscem pamięci nie byłoby właśnie doświadczenie "granicy".
Po drugie, miejsca pamięci przybierają różnorakie formy, ale wszystkie są niczym spontaniczne, wielowymiarowe inkarnacje ducha Europy, europejskiej kultury, europejskiej tożsamości. Tymczasem trzeba się zgodzić, że Europie brakuje takich inkarnacji. One są wszędzie, a zarazem nigdzie. Europa nie ma granic, nie ma stolicy, nie ma bohaterów. Jedyne postaci mogące pretendować do miana wielkich budzą wątpliwości i ambiwalencję (Karol Wielki, Napoleon), są odrażające (Hitler) lub mało charyzmatyczne (Briand, Monet, Schuman, Adenauer etc.). Sama flaga i hymn nie są symbolami tradycji heroicznych.
W efekcie europejskie symbole przeszłości są negatywne - dwoma najsilniejszymi byłyby z pewnością Verdun i Auschwitz. Stąd właśnie bierze się emocjonalna siła gestów pojednania - uścisku dłoni Kohla i Mitterranda w Verdun, Willy'ego Brandta klęczącego pod pomnikiem getta w Warszawie czy mszy w katedrze w Reims w obecności Adenauera i de Gaulle'a. Czy nie budzi niepokoju fakt, że najbardziej emocjonalnymi europejskimi miejscami pamięci są miejsca żałoby?
Po trzecie, nawet istniejące oficjalnie lub autorytatywnie narzucone miejsca pamięci akceptowane są tylko wtedy, gdy krystalizują konsens i zbiorową aprobatę. Największe historyczne miejsca pamięci francuskiej - czy to Wersal, czy święta wprowadzone w czasach rewolucji, czy szkoła doby republiki - wbrew oporom, które wywoływały, cieszą się dziś zbiorowym przyzwoleniem, są projekcjami narodowej wyobraźni. Nic z tych rzeczy nie ma odpowiednika w Europie. Przynależność do małej wspólnoty okazuje się ważniejsza niż członkostwo we wspólnocie europejskiej. Nie ma ani jednomyślności, ani prawdziwego patriotyzmu europejskiego.
Europa zawsze była sprawą elit - elit militarnych i dyplomatycznych (traktat westfalski, kongres wiedeński, Jałta), elit intelektualnych i artystycznych (république des lettres w dobie renesansu, oświecenie, Paryż przełomu wieków, Wiedeń etc.). Nie istnieją łatwo definiowalne europejskie miejsca pamięci, ponieważ nie ma Europy obywateli.
Można jednak podjąć próbę zdefiniowania zwojów europejskich wrażliwości i miejsc zakotwiczenia tożsamości. Przed 20 laty podjąłem się tego zadania w ramach zorganizowanego przez UNESCO międzynarodowego sympozjum na temat tożsamości kulturowej Europy. Udało mi się wyróżnić siedem kategorii europejskich miejsc pamięci:
• miejsca „historiograficzne” - podręczniki szkolne i muzea (np. powstające w Brukseli muzeum Europy, upamiętniający I wojnę światową francuski Historial w Peronne, dokumentujący historię II wojny światowej Mémorial w Caen etc.);
• miejsca „fundacyjne” - antyk, renesans, reformacja, oświecenie, rewolucja francuska, nacjonalizm, imperializm;
• miejsca „decydujące” w wymiarze militarnym (bitwa pod Lepanto, Waterloo, Verdun, Stalingrad) lub dyplomatycznym (od traktatu z Verdun z 843 r. [który podzielił państwo Franków na trzy królestwa] do Maastricht);
• miejsca geograficzne - wielkie rzeki (Dunaj, Ren), masywy górskie, Północ, Południe;
• miejsca kulturowe i ekonomiczne - rynki, targi, szlaki handlowe, wielkie centra uniwersyteckie, centra ekonomiczne: Hanza, City of London, Zagłębie Ruhry etc.;
• miejsca twórczości naukowej (jabłko Newtona, żaba Galvaniego, butelka lejdejska, Instytut Pasteura, berliński Instytut Maksa Plancka, laboratorium Nielsa Bohra etc.) lub artystycznej - od Florencji doby quattrocento po Paryż 1914 r.;
• wreszcie miejsca symboliczne: od wielkich peregrynacji religijnych (od Santiago de Compostela [miasto w Hiszpanii, gdzie odnaleziono grób św. Jakuba, cel wielkich pielgrzymek od wczesnego średniowiecza] po Lourdes), poprzez podróże turystyczne, aż po miejsca związane z europejską świadomością, takie jak Deklaracja Praw Człowieka czy Auschwitz.
Tę systematykę europejskich miejsc pamięci można oczywiście formułować w sposób bardziej wyrafinowany, szukać innych kluczy i zestawień. Przywołany porządek wystarcza jednak, by pokazać, że praktykowanie tego typu lektury europejskiej historii jest możliwe.
Czy istnieje europejska pamięć będąca bytem nieskrępowanym mnogością pamięci narodowych?
Każdy kraj charakteryzują właściwe mu relacje z przeszłością. Wszystkie kraje, nie tylko europejskie, poznały w ostatnich 30 latach XX wieku, czym są traumy burzące ich samoświadomość i wymuszające korektę ich spojrzenia na własną przeszłość. Te traumatyczne doświadczenia nie miały wszędzie tego samego charakteru - w Niemczech chodziło o uczenie się demokracji, podział i ponowne zjednoczenie kraju, w Wielkiej Brytanii i Holandii o utratę imperium, w Hiszpanii o pokonanie dyktatury, we Włoszech o doświadczenie psucia się demokracji.
Oryginalnością Francji pod tym względem jest chyba to, że posiada ona szeroki zestaw rejestrów, na których mogły odbywać się gry pamięci. Bez wątpienia to właśnie sprawiło, że we Francji zainteresowano się problematyką historycznego badania pamięci. Nie to jest jednak istotą rzeczy. Sedno sprawy stanowi dialektyczna relacja między tym, co uniwersalne, i tym, co specyficzne - wyjaśnia ona bowiem i warunkuje samo pojęcie "miejsca pamięci".
Długo wierzono w cnotę "historii uniwersalnych". Później długo praktykowano pisanie pooddzielanych od siebie historii narodowych. Problematyka pamięci odnowiła historię narodową poprzez zanurzenie jej w specyfikach różnych tożsamości. Osobiście jestem jednak przekonany, że pogłębienie różnic może prowadzić do poczucia podobieństwa.
Źródło: Gazeta Wyborcza