http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Teksty

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj RSS Wyborcza.pl

Dni Bartka były policzone

Sławomir Zagórski
2007-04-03, ostatnia aktualizacja 2007-03-31 00:00

- Przy okazji napaści na mnie Polacy będą mogli się zastanowić, czy eksperyment medyczny to rzeczywiście coś, z czego lekarz musi tłumaczyć się w prokuraturze. Rozmowa z hematologiem prof. Wiesławem Jędrzejczakiem,

Prof. dr hab. Wiesław Jędrzejczak (ur. 1947). Szef Katedry i Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Centralnego Szpitala Klinicznego Akademii Medycznej w Warszawie. Opublikował ponad 160 prac naukowych, w tym ponad 90 w czasopismach o zasięgu międzynarodowym. Autor lub współautor 
22 książek. Do jego największych osiągnięć należy opracowanie oryginalnych metod chemioterapii nowotworów, metod kontroli skutków ubocznych leków przeciwnowotworowych, oryginalnych modyfikacji metod przeszczepiania szpiku
Fot. Bartosz Bobkowski
Prof. dr hab. Wiesław Jędrzejczak (ur. 1947). Szef Katedry i Kliniki...
RAPORTY
Panie profesorze, kilkanaście dni temu stał się Pan obiektem brutalnego ataku ze strony mediów. "Dziennik" oskarżył Pana o wypróbowanie nowej metody leczenia na 21-letnim Bartku chorym na białaczkę. "Gdyby prof. Jędrzejczak przeszczepił choremu szpik zamiast krwi pępowinowej, Bartek mógłby żyć" - sugerowała gazeta. Wiadomość podchwyciły radia i telewizja publiczna. Jak Pan zapamiętał ten dzień? Przyjechał Pan rano do kliniki...

- ...zanim zdążyłem dojechać, zadzwoniła moja sekretarka pani Alicja i powiedziała, żebym zamiast do szpitala jechał do telewizyjnej "Trójki", bo tam czekają, żeby przeprowadzić wywiad. Pomyślałem sobie: no, to już koniec, trzeba się będzie wynieść z kliniki na Banacha. Ale przedtem będę się musiał spakować. A to nie takie proste. Sam pan widzi, ile tu papierów.

Widzę. Nie mógłby Pan używać większego biurka i na nim trzymać część dokumentów zamiast na podłodze?

- Mój kolega stosuje ten właśnie wariant, ale też trochę narzeka. Ja chociaż na biurku mam jako tako.

Pamięta Pan Bartka, którego poddał Pan eksperymentalnej terapii? W końcu od jego śmierci upłynęło już 3,5 roku.

- Naturalnie, że pamiętam. Ostra białaczka szpikowa. Dajemy pierwszą chemię. Nowotwór trochę się cofa, ale niestety nie na tyle, żeby zrobić przeszczepienie szpiku. Po to, żeby taki zabieg miał szanse powodzenia, liczba zmienionych nowotworowo białych ciałek krwi powinna wynosić maksimum 5 procent i chory nie może mieć infekcji. A u Bartka one nie chcą opaść poniżej 10 procent, a poza tym rozwija się ropień. Brat jest niezgodny tkankowo, matka nie żyje, miejsce pobytu ojca jest nieznane.

Robimy drugą chemię - tak samo nie ma remisji, a jeszcze w dodatku jest posocznica. Chory omal nie umiera.

Decydujemy się na ostatnią radykalną próbę leczenia, bo innych leków w zapasie już nie ma. Przez chwilę chory czuje się nieźle, ale nie uzyskuje remisji, a to oznacza, że standardowa metoda nie może uratować mu życia. Wkrótce jest jeszcze gorzej. Robimy badanie szpiku i niestety wynik jest fatalny. Idzie tzw. świeca, czyli gwałtowny odrost białaczki. To znaczy, że aż połowa komórek szpiku jest już chora, a za tydzień-dwa zachorują wszystkie.

Dyskutujemy, co robić. Mamy dwa wyjścia - pozwolić pacjentowi spokojnie umrzeć albo jakoś próbować go ratować.

Dawcy szpiku nie mamy, gdyż wobec braku remisji Bartek nie ma wskazań do standardowego zabiegu, a poza tym poszukiwanie było przerywane, kiedy on stawał się umierający, a takie poszukiwanie może trwać miesiącami. I wtedy ktoś z mojego zespołu powiedział: "A może by tak wszczepić mu krew pępowinową?".

Dr Elżbieta Urbanowska, szefowa szpitalnego banku komórek, biegnie do komputera i po chwili wraca z wiadomością, że - owszem - jest taka możliwość. W banku mamy trzy porcje krwi pępowinowej. Po dokładniejszym zbadaniu jedna okazuje się niedobra, ale dwie są w porządku. I te dwie wystarczą dla Bartka. Postanawiamy spróbować.

Bartek łatwo na to przystał?

- Tak. On doskonale zdawał sobie sprawę ze swojego stanu zdrowia. Nasi pacjenci są bardzo wyedukowani. Oni spędzają u nas tygodnie i miesiące. Widzą, jak wyglądają chorzy przed przeszczepem, jak po. Kto ma tzw. wznowę nowotworową, a kto nie. Innymi słowy, kto zdrowieje, a kto umiera. I jak o nich walczymy.

Robi więc Pan przeszczep krwi pępowinowej.

- To jest praca zespołowa. Ja jestem tylko głową i twarzą tego zespołu. Robimy ten zabieg i szybko rozwija się posocznica. Opanowujemy ją i wtedy ujawnia się grzybica płuc, która zapewne była już przed przeszczepieniem. Walczymy z nią i wtedy pojawia się krwotoczne zapalenie pęcherza. Wreszcie zaczyna się przyjmować przeszczep. Ale chory nadal siusia krwią. Pół litra i więcej dziennie. To jest powikłanie niezależne od rodzaju przeszczepu, ale bardzo groźne. Udaje się to opanować i podobnie wydaje się, że grzybica płuc jest pod kontrolą. Wydaje się, że sprawa zmierza ku dobremu, przenosimy chorego na normalną salę, jego nowy szpik pracuje, białaczki nie ma. Jest już ponad sto dni od zabiegu, czyli najgorsze minęło i wtedy Bartek zaczyna tracić świadomość, a tomografia komputerowa daje jednoznaczny wynik: grzybica mózgu. I to jest niestety koniec.

Zaatakowano Pana, że w publikacji naukowej opisującej przypadek Bartka napisał Pan, że pacjent był w dobrym stanie, a teraz twierdzi Pan co innego. Chory umierał i przeszczep krwi pępowinowej miał wyłącznie charakter ratunkowy.

- Jedno drugiemu wcale nie przeczy. Stan dobry w języku lekarskim to co innego niż w potocznym. Stan dobry to sytuacja, kiedy pacjent nie jest obłożnie chory. Gdybyśmy nie zrobili Bartkowi przeszczepu, umarłby w ciągu dwóch-trzech tygodni. Natomiast w chwili gdy podejmowaliśmy decyzję o zabiegu, jego stan na oko był wciąż niezły. Chodził po oddziale, jadł, żartował. Ale jego dni były policzone.

Z lektury "Dziennika" odniosłem wrażenie, że zrobił Pan ten przeszczep, po pierwsze, z powodów ambicjonalnych, a po drugie, dlatego żeby nie zmarnowało się 300 tys. złotych. Bo tyle dostał Pan z Komitetu Badań Naukowych na eksperymentalne przeszczepy krwi pępowinowej.

- Niestety, ja też podobnie odczytałem ten artykuł.

ŹRÓDŁO:


To jak było z tymi pieniędzmi?

- Grant z KBN nie był w ogóle przeznaczony na przeszczepy. Te były finansowane z puli Ministerstwa Zdrowia. Grant był przeznaczony na badania laboratoryjne, badania na zwierzętach i wreszcie przygotowanie techniczne pierwszych prób klinicznych u ludzi. Myśmy do tych ostatnich przygotowywali się od dłuższego czasu. Przecież tego nie można zrobić byle jak, na wariata. Tu stawką w grze jest czyjeś życie.

Szczerze mówiąc, planowaliśmy, że pierwszą próbę przeprowadzimy w 2004 roku, ale Bartek tak długo nie mógł czekać. Przeszczep zrobiliśmy w maju 2003, w sytuacji ratunkowej. Chory zmarł ponad trzy miesiące później.

A potem?

- Potem było jeszcze czterech innych pacjentów, którzy zamiast szpiku dostali krew pępowinową. Za każdym razem byli to chorzy bez innych szans na walkę o życie. Niestety, ostatecznie wszyscy ci chorzy zmarli, chociaż dwóch dzięki tej terapii zyskało wiele dodatkowych miesięcy życia, a zabieg powiódł się u trzech w tym sensie, że udowodniliśmy przyjęcie się przeszczepu.

Jak Pan to znosi, że umiera Panu pacjent za pacjentem?

- Źle. Ale ja chciałem być takim lekarzem, który uprawia medycynę ekstremalną. Istnieje kilka takich specjalności, np. anestezjologia, kardiochirurgia, transplantologia, no i onkologia, a w niej właśnie moja hematologia onkologiczna. Na naszym oddziale umiera co roku 150 osób. Niemal co drugi dzień tracimy pacjenta. Wielu lekarzy nie wytrzymuje tego psychicznie. Jakiś czas pracują i odchodzą. Ja to rozumiem.

Lekarz nie może umierać z każdym chorym?

- Nie. Ale ja też nie mam nerwów ze stali. W ramach odreagowywania odświeżam stare meble i piszę felietony. O, te dwie szafy, które tu stoją, kupiłem na targu staroci na warszawskim Kole i własnoręcznie odremontowałem.

Co Pana napędza? Ambicja? Chęć pomocy innym?

- Nie da się ukryć, że jestem ambitny. Ale to, co daje mi siłę do działania, to fakt, że obok tych 150 osób, które co roku w mojej klinice umierają, są setki, ba, tysiące, którym udaje się pomóc. Przyjmujemy na oddział nawet 700 chorych miesięcznie. To niech pan teraz policzy, ilu z nich każdego roku wraca do zdrowia albo choćby dłużej żyje. To jest wspaniałe uczucie: zobaczyć gdzieś z oddali człowieka i móc sobie powiedzieć w duchu: on żyje, żyje dzięki mnie.

Będzie Pan wszczepiać następnym osobom krew pępowinową?

- Nie wiem. A ściślej, nie wiem, kiedy będzie następny raz. Barierą mogą okazać się tu finanse. To bardzo droga metoda leczenia.

Dlaczego? Przecież kiedyś tę krew wyrzucało się po porodzie do śmieci.

- A dziś w wielu miejscach na świecie, również w Polsce, bankuje się ją. Okazało się, że to bardzo drogocenny materiał - wyśmienite źródło komórek, nie tylko zresztą krwiotwórczych.

Przygotowanie jednej porcji krwi pępowinowej do zamrożenia kosztuje ok. 4 tys. zł, ale ponieważ podczas terapii daje się wykorzystywać tylko co którąś porcję, banki muszą wyjść na swoje i za każdą jednostkę śpiewają 60 tys. zł. Jeśli więc mamy dorosłego, dużego pacjenta i musimy mu podać trzy porcje krwi naraz, to kosztuje straszne pieniądze.

Jednego z naszych przeszczepów nie dałoby się zrobić, gdyby nie pomoc pewnego bardzo zamożnego Polaka. Podarował nam pieniądze na zakup krwi pępowinowej z zastrzeżeniem, by nie podawać jego nazwiska. Wysłałem list z prośbą, by się ujawnił, ale nie dostałem odpowiedzi.

Eksperci powołani przez ministra Zbigniewa Religę uznali dwa tygodnie temu, że oskarżenia wobec Pana są bezzasadne. Utrzymał Pan stanowisko konsultanta krajowego ds. hematologii. Ale prokuratura prowadzi nadal śledztwo w sprawie Bartka i rozważa powołanie zachodnich ekspertów.

- Jak dotąd nie postawiono mi żadnych zarzutów. Czekam cierpliwie na rozwój wypadków.

Urzędnicy Ministerstwa Zdrowia nie są jednak jednomyślni. Wiceminister Bolesław Piecha twierdzi, że to dobrze, że prokuratura prowadzi śledztwo w Pańskiej sprawie. Jest Pan jego zdaniem osobą kontrowersyjną, nie tylko jako naukowiec, ale jako człowiek.

- Napisałem do pana Piechy tak: "Zawsze starałem się być lojalny w stosunku do pana ministra i jestem nieco zaskoczony niektórymi wypowiedziami na mój temat". Nic mi nie wiadomo, żeby był we mnie jeszcze jakiś Mr Hyde, ale może pan minister wie lepiej.

ŹRÓDŁO:


Wiceminister Piecha twierdzi również, że dobrze się stało, że wybuchła "afera Jędrzejczaka", bo dzięki temu Polacy mogą podyskutować o zasadności przeprowadzania eksperymentów medycznych. Czy Pana zdaniem Polska potrzebuje takiej dyskusji?

- Tak. Chociażby dlatego, że przy okazji napaści na mnie Polacy będą mogli się zastanowić, czy rzeczywiście eksperyment medyczny to coś złego. Czy jest to świadome narażanie ciężko chorych ludzi na terapie, które im nie pomogą, lecz zaszkodzą. Czy z tego powodu lekarz powinien się tłumaczyć w prokuraturze.

Takie postawienie sprawy jest moim zdaniem skandalicznie nieprawdziwe i niesłuszne. Po to, żeby medycyna się rozwijała, lekarze muszą testować nowe leki, muszą wykonywać nowe, niestandardowe zabiegi, muszą próbować nowych metod leczenia. Bez tego nie będzie żadnego postępu, wszystko stanie w miejscu. Większość z nas żyje dzięki wynikom eksperymentów medycznych. Bez nich wielu chorych mogłoby się tylko owinąć w białe prześcieradło i czołgać w kierunku cmentarza.

Przyzna Pan jednak, że ludziom źle się kojarzy samo słowo "eksperyment". Jeśli lekarz eksperymentuje, to znaczy, że nie jest pewien wyniku.

- A gdzie w medycynie lekarz ma stuprocentową pewność, że skutek jego działań będzie taki, a nie inny? Że pacjent NA PEWNO zareaguje w określony sposób? W tej dziedzinie nigdy nie ma całkowitej pewności - zwykłe podanie aspiryny też jest do pewnego stopnia eksperymentem. I też się może źle skończyć.

Jeśli natomiast mówimy o medycznych eksperymentach naukowych, takich jak np. nasze przeszczepy krwi pępowinowej, to są próby wysoce kontrolowane. Każda z nich służy weryfikacji konkretnej hipotezy. Każda podlega określonym rygorom prawnym. Musi być zaopatrzona w pisemny protokół. Lekarz musi uzyskać zgodę właściwej komisji etycznej, a także pisemną zgodę pacjenta lub jego prawnych opiekunów.

W Polsce o eksperymentalnych zabiegach mówi się i pisze niewiele. Głośniej jest o testowaniu leków, ale media na ogół przedstawiają ten temat sensacyjnie w stylu: "Polscy pacjenci w charakterze laboratoryjnych świnek".

- Ubolewam nad tym. Ci, którzy biorą udział w testowaniu leków, zyskują wielokrotnie. Po pierwsze, są tak dokładnie badani - przed, w trakcie i po - że aż mają tego dosyć. Po drugie, dzięki testom wielu polskich chorych ma taki sam dostęp do najnowocześniejszych terapii jak pacjent w najlepszych klinikach amerykańskich. Bo te same badania, które robi się w naszej klinice, robione są równocześnie w słynnej klinice Mayo w Teksasie czy w Nowym Jorku. Niektóre z tych leków kosztują majątek i udział w badaniu to jedyna szansa dla naszych pacjentów na skorzystanie z takiej terapii. Ale każdy eksperyment ma swoją cenę. Bo choć to mało prawdopodobne, może okazać się, że nowy lek działa słabiej niż stary czy wręcz szkodzi.

Za postęp w medycynie trzeba więc płacić.

- Rozumiem, że pyta pan o ryzyko, na jakie narażamy chorych. Otóż generalną zasadą eksperymentu medycznego jest to, żeby szanse związane z powodzeniem zabiegu czy podaniem leku przekraczały ewentualne ryzyko. Innymi słowy, im mniej wiadomo na temat jakiegoś leku czy metody leczniczej, tym ciężej chorych wybiera się do eksperymentu. Oni i tak mają niewiele do stracenia.

Powtarzam: wszyscy pacjenci, którzy dostali w naszej klinice krew pępowinową, byli skazani na śmierć i przeszczepienie komórek było ich jedyną szansą, a źródłem tych komórek z różnych względów nie mógł być szpik dorosłego człowieka.

W sytuacji ekstremalnej każde dłuższe przeżycie chorego jest dobrym, optymistycznym wynikiem. Ludzie chcieliby mieć cudowne lekarstwo na raka, które całkowicie przywraca zdrowie, tymczasem w onkologii dwa-trzy miesiące dodatkowego życia to wciąż duży sukces.

Dawniej cena za postęp w medycynie była wyższa niż dziś.

- Bez porównania. Sto lat temu próbowanie nowych szczepionek polegało na tym, że eksperymentator najpierw się szczepił, a potem wstrzykiwał sobie chorobotwórcze bakterie czy wirusy, no i niestety często umierał. W swoim czasie próbowałem też wykorzystać do leczenia toksynę bakteryjną. Sam byłem pierwszym człowiekiem, któremu ją wstrzyknąłem, a mój najbliższy współpracownik drugim. Ale żyjemy.

Przeszczepy serca były przez długie lata pasmem klęsk.

- Przeszczepianie szpiku też. Pionierowi tej techniki nobliście E. Donnelowi Thomasowi udał się dopiero bodajże 25. zabieg.

I co? Nie miał z tego powodu kłopotów?

- Miał. Wyrzucono go z z uniwersytetu. Jego karierę uratował milioner Fred Hutchinson, zapisując mu ogromny majątek. Thomas wybudował za to Fred Hutchinson Cancer Research Center w Seattle. To do dziś największy ośrodek przeszczepiania szpiku na świecie.

No to Pan miał więcej szczęścia. Panu udała się pierwsza próba przeszczepu szpiku w Polsce, w 1984 roku. Pacjentka do dziś cieszy się dobrym zdrowiem.

- Mieliśmy to szczęście. Myśmy się do tego bardzo starannie przygotowywali. Przeszczepu szpiku nie da się zrobić "przez przypadek". Natomiast może się przez przypadek nie udać, nawet jeśli się wszystko zrobi bezbłędnie.

ŹRÓDŁO:


Było Panu o tyle łatwiej, że szedł Pan już po czyichś śladach.

- Tak, choć musieliśmy wszystko robić sami od podstaw. Był stan wojenny. Nikt z nas nie uczył się tej techniki na Zachodzie. Nikt nawet nie widział na oczy przeszczepiania szpiku.

Ale przecież Pan był w połowie lat 70. w Stanach.

- Owszem. Tylko że tam zajmowałem zupełnie czymś innym: biologicznymi skutkami mikrofal. Natomiast nauczyłem się preparowania komórek. No i nabrałem wiatru w żagle. Przeszczepianie szpiku to praca zespołowa. Po powrocie ze Stanów szybko zrobiłem habilitację i zacząłem montować grupę ludzi zdolnych do przeprowadzenia pierwszego przeszczepienia.

Pan był w tych czasach lekarzem wojskowym. Pracował Pan w warszawskim szpitalu MON. Wojsko było chyba dumne z Pana osiągnięć?

- Niespecjalnie. Wojsko, po pierwsze, w ogóle nie pozwoliło zawiadomić społeczeństwa o tym pierwszym przeszczepieniu. Zrobiłem to osiem miesięcy później dzięki Polskiej Akademii Nauk. Ale bano się napływu chorych i sprawa pojawiła się w prasie tylko jako suchy komunikat. Aż w którymś momencie z Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego przyszło polecenie, że trzeba robić w mediach dobrą atmosferę wokół wojska i że mają być wywiady z wybijającymi się młodymi oficerami, np. w "Polityce". I wtedy powiedziałem: "Weźcie Czarka Szczylika" [dziś wybitny profesor onkolog]. No i Szczylik po raz pierwszy publicznie opowiedział o przeszczepianiu szpiku w Polsce.

Potem jednak zrobiło się mniej przyjemnie.

- Ale nie na skutek tego wywiadu, tylko zwykłej ludzkiej zawiści. Równo 20 lat temu przeżyłem znacznie gorszą historię niż dziś.

W styczniu 1987 robimy kolejny, dziewiąty już przeszczep. Biorczynią jest duża 10-letnia Kasia z przewlekłą białaczką szpikową w fazie przechodzenia w białaczkę ostrą, a dawczynią jej malutka trzyletnia siostra Ola. Nie mogę spać po nocach, bo boję się, że tych zdrowych komórek od Oli po prostu zabraknie. Na dodatek Ola jest nie tylko bardzo mała, ale ma także inną grupę krwi niż Kasia. Chora jest w coraz gorszym stanie. Co robić?

Decydujemy się podać Kasi dzień przed przeszczepem krew niezgodną grupowo. Przeciwciała dziewczynki rzucają się na tę obcą krew i potem, jak robimy przeszczep, tych przeciwciał już nie ma. Nie do końca zgodny szpik jakoś się przyjmuje. Oddychamy z ulgą.

Na jak długo?

- Jeśli chodzi o Kasię, to ona żyje do dziś. Białaczka na szczęście nie wróciła. W 1988 roku Amerykanie opisali tę metodę - czyli kontrolowane przetoczenie krwi niezgodnej grupowo - jako całkowicie bezpieczną u tych chorych.

Ale z nami było gorzej. W marcu 1987 roku na konferencji partyjnej w szpitalu zostałem zaatakowany w następujący sposób: "Towarzysz Jędrzejczak opętany żądzą sławy przetoczył chorej krew niezgodną grupowo. Wprawdzie tym razem nie skończyło się to śmiercią chorego, ale mogło się skończyć".

Skutek był taki, że przez kilka miesięcy nie pozwolono mi przyjąć żadnego nowego pacjenta do szpitala. A w czerwcu 1987 roku wezwał mnie komendant i oznajmił, że wszystkie sprawy związane z przeszczepianiem szpiku mam przekazać innej osobie. Na pocieszenie powiedziano, że jeśli znajdę miejsce w Stanach, dostanę zgodę na wyjazd.

Wyjechał Pan?

- A co miałem robić? Próbowałem nawet dyskutować. Usłyszałem, że rozkazów się nie dyskutuje, tylko się je wykonuje. A ja byłem pułkownikiem. Dostałem rozkaz i tyle.

Dlaczego Pan trafił do wojskowej medycyny?

- Gdyż w domu się nie przelewało, ojciec ciężko chorował. Na studia na cywilnej uczelni nie byłoby mnie stać.

Długo Pan był tym razem w Stanach?

- Półtora roku. Wyjeżdżając, sądziłem, że już nie wrócę. Byłem kompletnie załamany. Nie chodziło mi o to, że nie mogę już przeszczepiać szpiku, ale że zniszczono dorobek dziesięciu lat mojej pracy. Ta praca polegała na wyszukaniu i stworzeniu fantastycznego zespołu. Mój zespół miał taki potencjał, że mógł spokojnie konkurować z ekipami z Europy czy Stanów. A teraz to wszystko wzięło w łeb.

ŹRÓDŁO:


Co skłoniło Pana do powrotu?

- Nadszedł po prostu 1989 rok.

A po powrocie?

- No cóż. Lekko nie było. Startowałem bez powodzenia w dwóch konkursach w warszawskim Instytucie Hematologii. Próbowałem w Centrum Zdrowia Dziecka. Też nie wyszło.

Już myślałem, że wyląduję w Krakowie, gdzie mnie bardzo dobrze przyjęto, ale wtedy z kliniki akademickiej przy ul. Banacha odeszła pani profesor Zofia Kuratowska. Postanowiłem stanąć do konkursu po raz trzeci. Udało się i jestem tu do dziś. Zajęło mi półtora roku, aby od podstaw i całkowicie z funduszy pozabudżetowych stworzyć nowy ośrodek przeszczepiania szpiku. Dzisiaj mamy wszystkie akredytacje i wykonujemy około 80 zabiegów rocznie.

Pan ma nadal duże naukowe ambicje. Uprawiając naukę, tę z najwyższej półki, nie ma Pan chyba zbyt wiele czasu dla pacjentów.

- Z tą nauką to trochę czas przeszły. Nie mam kiedy. Mając na głowie tylu ciężko chorych, nie mogę jednocześnie myśleć o myszach. A to ja prowadzę wiele trudnych rozmów z pacjentami czy rodzinami. Z Bartkiem, o którego teraz jest awantura, też ja rozmawiałem.

Ale w medycynie bardziej chyba liczą się wybitni diagności, wspaniali chirurdzy niż ambitni naukowcy?

- Piękno medycyny polega na tym, że mogą w niej znaleźć miejsce bardzo różni ludzie, z bardzo różnymi zdolnościami.

Użył Pan słowa "towarzysz" Jędrzejczak. Był Pan członkiem partii?

- Tak. Nie pełniłem w niej nigdy ważniejszych funkcji, ale byłem. Wstąpiłem po habilitacji, zresztą za namową Amerykanów.

Jak to Amerykanów?

- Tak. Oni uświadomili mi, że bez wstąpienia do PZPR nie mam w Polsce żadnych szans na karierę.

Był Pan w partii do końca?

- Do końca. I do końca nie zostałem profesorem.

Nie miał Pan ochoty rzucić legitymacji wtedy, gdy uniemożliwiono Panu wykonywanie przeszczepów w szpitalu?

- Nie. Jedynym ciałem w wojsku, które próbowało mnie wtedy bronić, była moja organizacja partyjna. Ale nic nie wskórali.

Wyciągnięto Panu tę partyjną przeszłość po 1989 roku?

- Tak. Kiedy zaangażowałem się w spór z prywatnymi bankami krwi pępowinowej w Polsce, bo uważałem, że powinniśmy mieć ogólnodostępny bank za państwowe pieniądze, usłyszałem kilka razy określenie "czerwony pułkownik".

Wie pan, mnie różne rzeczy można wyciągnąć. Np. współpracę z kontrwywiadem wojskowym. Przecież wiadomo, że oficer Ludowego Wojska Polskiego nie mógł pojechać w połowie lat 70. do Stanów, do wojskowej instytucji amerykańskiej, bez ochrony kontrwywiadowczej. Zresztą tam się kontaktowałem również z ich oficerami kontrwywiadu.

ŹRÓDŁO:


Sprawdzał Pan, czy jest Pan na tych listach?

- Po co mam sprawdzać, skoro wiem, że powinienem być. Ja zresztą byłem takim tajno-jawnym współpracownikiem, chyba jedyną tego typu osobą w historii. Wszystko, co na ten temat napisałem, tylko ja mogłem napisać. Nie było osoby, która mogłaby się pode mnie podszyć. Ja nie byłem agentem, czyli osobą udającą kogoś innego. Byłem porucznikiem Jędrzejczakiem, oficerem Wojska Polskiego, cywilnym pracownikiem Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. Byłem pierwszym oficerem w dziejach LWP, który pojechał na stypendium naukowe do Stanów.

Moje działania były całkowicie jawne. Byłem dopuszczany do różnych tajemnic, również amerykańskich. Podpisałem konstytucję amerykańską, zgodę na poddanie się tamtejszej jurysdykcji itd. Dla nich to też była gratka: po raz pierwszy zobaczyć z bliska kadrowego oficera powojennego Wojska Polskiego, absolwenta akademii wojskowej, zobaczyć, jak jest naprawdę wykształcony i czy jest to ideologicznie motywowany hunwejbin. A było to tuż po wojnie w Wietnamie.

Do jakich tajemnic dopuścili Pana Amerykanie?

- Uczestniczyłem (po stronie amerykańskiej) np. w radziecko-amerykańskich rozmowach na temat ochraniania ambasady USA w Moskwie przed promieniowaniem mikrofalowym.

Dopuszczono mnie także do badań immunologicznych pani prezydentowej Betty Ford, do czego większość Amerykanów nie miała dostępu. Pani Ford była alkoholiczką, co wtedy było tajemnicą [obecnie w Stanach istnieją Kliniki Betty Ford leczące z alkoholizmu], i sprawdzano wydolność jej układu odpornościowego.

Dziwiłem się, że Amerykanie pozwalają mi na coś takiego, na co usłyszałem: "My wiemy, jaką ty masz pensję w Polsce i ile tobie płacimy tutaj, i wiemy, że gdybyś cokolwiek nagadał prasie, możemy cię jutro wsadzić w samolot i odesłać do kraju. I tobie się to na pewno nie opłaca. A na Amerykanów my nic nie mamy, dlatego wolimy, żebyś to ty robił te badania".

Czy jak odchodził Pan z wojska w 1998 roku, było Panu żal?

- Nie. Odszedłbym nawet trochę wcześniej, ale miałem tam sporo przyjaciół. Zresztą próbowałem dalej w wojsku służyć. Na przeglądzie kadrowym powiedziałem, że muszę leczyć ludzi, a mam tylko laboratorium, no i wtedy obiecano mi gabinet w nowym budynku, którego jeszcze nie oddano do użytku. - Jak to sam gabinet? - zaprotestowałem. No to obiecali jeszcze pokój zabiegowy. I wtedy przekonałem się, że ja już w armii nie mam czego szukać.

Wojsko nagrodziło kiedyś Pana za zasługi w medycynie?

- Na wniosek wojska przyznano mi Złoty Krzyż Zasługi. Ale go odesłałem. Napisałem, że nie chcę odznaczeń, tylko chcę mieć możliwość pracy.

I co?

- Powiedziano, że Jędrzejczak zawsze był dziwny, więc tym razem też.

ŹRÓDŁO:


Źródło: Duży Format

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

W środę z ''Gazetą''
* Gazeta Dom
* Zdrowa środa: Urazy ortopedyczne