Wcześniej Dorn uchodził za znakomitego parlamentarzystę. W rankingach "Polityki" trzykrotnie uzyskał tytuł najlepszego posła. Gdy został ministrem spraw wewnętrznych i administracji, narażał się na krytykę.
W grudniu 2005 r. groził lekarzom, którzy nie chcieli podpisać kontraktów z NFZ, że rząd "weźmie ich w kamasze" - czyli wcieli do wojska, żeby posłusznie wykonywali swoje obowiązki.
W wywiadzie dla "Dziennika" w sierpniu 2006 r. określił przeciwników PiS spośród inteligencji mianem "wykształciuchów". I odparował ludziom urażonym tym określeniem: "Wielu ludzi poczuło się trafnie zdefiniowanych, a to boli".
W grudniu Polskę obiegła wiadomość o zaginięciu dwojga policjantów wraz z nieoznakowanym radiowozem. Okazało się, że zginęli w wypadku drogowym, gdy niezgodnie z prawem odwozili do domu b. szefa departamentu MSWiA Tomasza Serafina, który spóźnił się na pociąg. Serafin stracił pracę, ale wyszedł na jaw proceder wykorzystywania radiowozów jako darmowych "taksówek" dla dygnitarzy resortu.
Media spekulowały o konflikcie między szefem policji Markiem Bieńkowskim a kierownictwem MSWiA - przede wszystkim wiceszefem resortu odpowiedzialnym za policję Markiem Surmaczem.
Wiceminister Surmacz nie zawiódł. Kilka tygodni później wyszło na jaw, że wysłał wrocławskich policjantów do baru McDonald's, żeby kupili dwa "wieśmaki" dla podróżującej pociągiem wiceminister pracy Elżbiety Rafalskiej i dostarczyli kanapki na peron. Minister Dorn nie wyciągnął wobec zastępcy żadnych konsekwencji.
W Sejmie mówią o Dornie "trzeci bliźniak". Działacze PiS uważają go za najbardziej zaufanego współpracownika Kaczyńskich. Obok nich jest wizytówką partii, jej wiceprezesem.
- Drażliwy na swoim punkcie, niekontaktowy, chimeryczny, gotów obrażać się za najmniejsze głupstwa. Już w szkole taki był, tylko się nie nadymał, ale rwał z pięściami - mówią jego partyjni koledzy.
- Dorn zawsze potrzebował jakiegoś mistrza, który będzie go prowadził - mówi dawny kolega z opozycji. - Kiedyś był to Antoni Macierewicz, dziś Jarosław Kaczyński.
- To nie jest tak, że koniecznie muszę mieć przywódcę, ale skoro sam nie mam wielkich zdolności do bycia liderem, to trzeba w tej roli akceptować kogoś innego - wyznał Dorn "Życiu" w lutym 2002 r.
Macierewicz był jego harcerskim instruktorem na początku lat 70. w warszawskim liceum im. Reytana. Wciągnął Dorna do opozycji. Gdy w 1976 r. powstaje Komitet Obrony Robotników, Dorn - student socjologii - jeździ do Radomia i Ursusa na procesy aresztowanych robotników. Któregoś razu esbecy stłukli go pałami po gołych piętach. Komitet w obawie o jego życie zakazał mu dalszych wyjazdów.
W 1977 r. środowisko KOR zaczyna się dzielić. Dorn staje po stronie skłóconego z większością Macierewicza. Razem redagują podziemne pismo "Głos".
W sierpniu 1980 r. Dorn siedzi z innymi opozycjonistami w warszawskim areszcie na Rakowieckiej. Wychodzą po podpisaniu porozumień.
Po wyjściu 26-letni Ludwik organizuje Ośrodek Badań Społecznych NSZZ "Solidarność" Regionu Mazowsze. Na potrzeby "S" prowadzi badania opinii publicznej, bo państwowym ośrodkom nie można ufać.
Po wybuchu stanu wojennego Dorn ukrywa się przez półtora roku w Gdańsku i w Warszawie. Bezpieka rozsyła za nim list gończy: "DORN Ludwik s. Henryka, ur. 5.06.1954 r. w Warszawie. Rysopis: wzrost 187 cm, średniej budowy ciała, oczy szaroniebieskie, włosy ciemne, nosi okulary lecznicze, sylwetka pochyła".
W czerwcu 1983 r. w miesięczniku "Głos" razem z Macierewiczem opublikował "Program bieżący" - kuriozalny manifest o powołaniu trójprzymierza Kościoła, "Solidarności" i wojska do walki z komunistami o wolność i niepodległość. Inne środowiska opozycyjne były tym pomysłem oburzone albo go wyśmiały, nazywając "frankizmem po polsku".
Macierewicz i Dorn byli zdecydowanymi przeciwnikami Okrągłego Stołu. Dzisiaj Ludwik Dorn uważa, że nie miał racji. Ostatnim jego wspólnym przedsięwzięciem z Macierewiczem było powołanie w 1989 r. Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, z którego Dorn odszedł po czterech tygodniach.
- Rozstałem się z Antkiem bez awantur - mówił "Gazecie". - W wyniku różnych szaleństw Antek kompletnie stracił instynkt polityczny, zdolność trzeźwej oceny sytuacji.
Z Jarosławem Kaczyńskim związał się w końcu 1990 r. Obecny premier był wówczas szefem kancelarii prezydenta Wałęsy. Zatrudnił Dorna jako kierownika zespołu analiz. Obaj opuścili Belweder niecały rok później, gdy Wałęsa popadł z Kaczyńskim w ostry konflikt. Razem zakładają Porozumienie Centrum.
Odtąd przy dobrej i złej koniunkturze politycznej Dorn stoi zawsze pół kroku za Jarosławem Kaczyńskim. - Nadajemy na tych samych falach - mówił Dorn "Gazecie" przed dwoma laty.
Prywatnie były szef MSWiA para się pisaniem rymowanych bajek dla dzieci. Za książeczkę "O śpiochu tłuściochu i psie Sabie" dostał wyróżnienie w ogólnopolskim konkursie "Wielcy poeci piszcie dla dzieci".
ŹRÓDŁO: |  |
Źródło: Gazeta Wyborcza