Pierwszy numer, w styczniu 1977 r., wyszedł w kilkunastu egzemplarzach. Maszynopis, luźne, niezszyte ze sobą kartki. Przekazywano go sobie z rąk do rąk na jedną noc albo nawet na jedno popołudnie.
Adam Michnik pamięta, że gdzieś na początku 1976 r. Stefan Kisielewski powiedział mu, że najwyższy czas, aby powstało nieoficjalne pismo, coś w rodzaju "polskiego samizdatu", i zadeklarował, że on sam gotów byłby w takim piśmie publikować. I że zaraz potem spotkał się z Wiktorem Woroszylskim, którego nie musiał specjalnie przekonywać do tej idei, bo od razu mu się spodobała.
Gry i zabawy z opozycją
Myśl o tym, by teksty czy książki odrzucone bądź zmasakrowane przez cenzurę rozpowszechniać w formie maszynopisu, nie pytając o zgodę urzędu na Mysiej, pojawiła się w środowisku literatów, gdy po proteście intelektualistów z grudnia 1975 r. przeciw zmianom w konstytucji wielu sygnatariuszy apelu do Sejmu znalazło się na indeksie.
- Pomysł,był Adama, a zdeterminowanie Wiktora - opowiada Barbara Toruńczyk, późniejsza twórczyni "Zeszytów Literackich". - Już latem 1976 r. wiadomo było, jaki ma być skład redakcji, dopiero jednak kiedy jesienią powstał Komitet Obrony Robotników, część pisarzy dojrzała do tego kroku, a część się wykruszyła. Wśród tych drugich byli ci zorientowani, co mówią w Komitecie Centralnym partii, i kolportujący plotki typu, że jak "Zapis" nie powstanie, to coś literatom poluzują. Aż Wiktor powiedział: "Musimy się zdecydować, kto tak, kto nie".
Michnik mówi o tym tak: - To KOR podniósł poprzeczkę zbiorowej aktywności i odwagi, był jak lodołamacz, który toruje drogę innym.
Zebranie, na którym zadecydowano o wydawaniu pisma, odbyło się 7 listopada w mieszkaniu Woroszylskiego. Władze, które wiedziały o nim z podsłuchów mieszkaniowych, próbowały przeciwdziałać. Dwa dni wcześniej wiceminister kultury Aleksander Syczewski zaprosił Woroszylskiego do ministerstwa i tłumaczył mu, że wydawanie pisma poza cenzurą może "storpedować postępujący proces normalizacji". Jednak zebrani u Woroszylskiego pisarze uznali, że to tylko kolejna odsłona "gier i zabaw", jakie od lat z opozycyjnie nastawionymi pisarzami uprawiała władza.
- Mieliśmy z jednej strony pietra przed podjęciem tej decyzji, a z drugiej strony - szaloną chęć - opowiadał nam przed paru laty nieżyjący już dziś Kazimierz Brandys.
Brandys zaproponował, by pismo nazywało się „Karta”. Jacek Bocheński zapamiętał propozycję tytułu „Szuflada” (po dyskusji uznano, że to, co spoczywa w pisarskiej szufladzie, bo zostało odrzucone przez cenzurę, to za mało na program pisma). Andrzej Kijowski postulował, by w ogóle zrezygnować z konkretnej nazwy, a nawet z określenia „pismo”, i posługiwać się terminem „teka”. Tłumaczył, że dzięki temu, jeśli ktoś postawi im zarzut, że założyli nielegalne pismo, będą mogli odpowiedzieć: „Myśmy nie zakładali pisma, lecz »tekę «”.
W końcu przeszedł wymyślony przez Jerzego Andrzejewskiego „Zapis” (we wstępniaku do pierwszego numeru „Dlaczego »Zapis «?” Stanisław Barańczak tłumaczył: „Zebrane tu utwory wzięły się ze wspólnego źródła: że nie tylko prawem, ale i obowiązkiem pisarza jest zapisywanie, utrwalanie w słowie wszystkiego, co ma dla niego wartość prawdy”, a poza tym „jest to prezentacja utworów, na których ciąży zapis, jak popularnie określa się zakaz druku”).
Dziś te rozważania mogą wydawać się śmieszne, ale wtedy nikt nie mógł wiedzieć, jak potoczą się dalej losy garstki desperatów, którzy odważyli się jawnie, z otwartą przyłbicą, podważyć wszechwładzę Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Nic dziwnego, że Brandys apelował do kolegów, by ustalić wspólną linię na wypadek wzywania na przesłuchanie (proponował, by mówić, że ich działania są legalne, że to instytucja cenzury jest nielegalna, bo sprzeczna z konstytucją).
Sporządzone na podstawie podsłuchu sprawozdanie ze spotkania założycielskiego (w zasadzie zgodne z pamięcią świadków) opatrzone zostało komentarzem Krzysztofa Majchrowskiego, odpowiedzialnego w MSW za infiltrację środowiska pisarskiego: „Zachodzi niezbędna konieczność wykorzystania wszelkich możliwości polityczno-operacyjnych, by nie dopuścić do zorganizowania czasopisma lub wyizolowania z grupy inicjatywnej tych literatów, którzy wspierają inicjatywę Woroszylskiego. Chodziłoby tu o wyeliminowanie z ewentualnego składu kolegium: Andrzeja Kijowskiego, Artura Międzyrzeckiego - związanych z redakcją »Twórczości «, Jacka Bocheńskiego - uzależnionego od »Czytelnika « i Kazimierza Brandysa, w drodze umiejętnych rozmów politycznych przez naczelnego »Twórczości « Iwaszkiewicza, prezesa »Czytelnika « lub ministra Kultury i Sztuki. Pozostawiono by w ten sposób Wiktora Woroszylskiego i mniej znaczących literatów np. Barańczaka i Nowakowskiego, w osamotnieniu” (z teczki Kazimierza Brandysa w IPN).
Pisarz Marek Nowakowski, który brał udział w pracach przy pierwszych numerach, wspomina, że pojawienie się "Zapisu" to był symboliczny akt wolności, której pisarze w PRL-u nigdy wcześniej nie zaznali.
- To było jak powrót do starych, dobrych tradycji pism literackich, które nie znały cenzury ani politycznej, ani obyczajowej. Nie napisałem niczego specjalnie do "Zapisu", dałem dziewięć opowiadań, o których nawet nie można powiedzieć, że zdjęła je cenzura, po prostu nawet stosunkowo liberalna "Twórczość" uznała, że nie mają szans. Miałem świadomość, że zasięg "Zapisu" jest niewielki, podobnie jak zasięg paryskiej "Kultury", gdzie publikowałem pod pseudonimem Seweryn Kwarc. A mnie zależało na szerszym kręgu czytelniczym. Tymczasem od kilku lat wstrzymywano publikację moich opowiadań, nie nadawano w radiu słuchowisk, nawet nie można było wymieniać mego nazwiska w prasie, radiu, telewizji. Po prostu pogrążałem się w nicość. Dlatego kiedy Andrzej Wasilewski, partyjny wydawca, obiecał, że puści dotąd zatrzymaną moją książkę "Książę nocy" i wznowi inne, jeżeli wycofam się z "Zapisu", zgodziłem się. To była moja "kalkulacja pisarska". Powiedziałem o tym kolegom z "Zapisu". Wiktorowi było smutno, nie czynił mi jednak żadnych wyrzutów. Mnie zresztą też było smutno. Pozostaliśmy w przyjacielskich kontaktach.
Powielacz i sowieckie czołgi
Mimo rozmaitych prób władz działania, tak za pomocą bata, jak marchewki, skład redakcji "Zapisu" się poszerzał. W zebraniach redakcji uczestniczyli m.in. Jacek Bocheński, Wiktor Woroszylski, Andrzej Drawicz, Jerzy Ficowski, Kazimierz Orłoś (który też oddawał swoje mieszkanie na spotkania), Adam Michnik, Tomasz Burek, Jakub Karpiński, z Poznania przyjeżdżali Barańczak i Ryszard Krynicki (Teresa Bogucka zapamiętała, że znany z małomówności poeta zjawiał się na każdym zebraniu redakcji, cały czas milczał, po czym odjeżdżał).
Zasadą była jawność (do absolutnych wyjątków należało publikowanie pod pseudonimem, nie posługiwano się też będącą rodzajem asekuracji formułą "druk bez wiedzy i zgody autora"). Starano się natomiast chronić techniczną stronę przedsięwzięcia, za którą przez pierwsze dwa lata istnienia "Zapisu" odpowiadała Barbara Toruńczyk.
"Spotykaliśmy się u osób postronnych - wspominał tę konspirację Jacek Bocheński - w coraz to innych mieszkaniach. Ich adresy przekazywaliśmy sobie w obawie podsłuchu wypisane na karteczkach, któreśmy po zapamiętaniu natychmiast niszczyli. O Boże, te nasze obawy, to badanie ścian i podłóg, te rozmowy na migi, te tabliczki z dającym się zetrzeć tekstem, to ukradkowe wyglądanie zza firanki, jakie samochody parkują na ulicy. Niektórzy nie wytrzymali napięcia nerwowego i wycofali się już w trakcie pierwszych prac".
Toruńczyk opowiadała nam: - Spytałam kiedyś naszą maszynistkę, czy się nie boi. A ona: "Byłam zaprzysiężona w Armii Krajowej i nikt mnie z tych ślubów nie zwolnił". O stanie naszej świadomości w tamtym czasie niech świadczy fakt, że Jan Józef Lipski, członek KOR, uważał, że w momencie, kiedy drugi obieg przejdzie na powielacze, wejdą sowieckie czołgi. A potem lubelskie środowisko opozycyjne wydało "Zapis" na powielaczu w 240 egzemplarzach, nakład przywiózł do Warszawy Ludwik Dorn. Pamiętam te niebieskie, rozmazujące się czcionki, kartki śmierdzące spirytusem. Wtedy dopiero Jacek Kuroń zaczął nas brać poważnie.
W punktach kolportażu konfiskowano pojedyncze egzemplarzy "Zapisu", dwukrotnie zarekwirowano cały nakład. Ale władza nigdy nie zdecydowała się na frontalne uderzenie.
Andrzej Kijowski ostatecznie nie wszedł do redakcji "Zapisu", a jego notatki w dzienniku z tamtych czasów pokazują, jak burzliwe emocje wywoływało rozdarcie między chęcią jawnego przeciwstawiania się władzy a obawą przed konsekwencjami takiego kroku: "Ich [opozycji] system nacisków na ustrój (bo tak to nazywają) okazał się w praktyce rodzajem wirówki: odciągnął mianowicie z kultury oficjalnej wszystko to, co stanowi jej atrakcyjność - wszystkie jej elementy niepodporządkowane, skłócone z oficjalnym modelem, tworząc z nich ową kulturę paralelną, która jest skazana na drugorzędność, i elitarność. Nie dać się spalić do końca; spalili Burka, Barańczaka, Cywińskiego" (21 marca 1978).
- Robiliśmy wiele, żeby zatrzeć podziały w środowisku - zapewniał nas Brandys. - Ale chcąc nie chcąc, stawialiśmy innych w sytuacji tych, którzy stchórzyli. Więc wymyślano argumenty, że to my zachowujemy się nieodpowiedzialnie. Powtarzano pogłoski, że KOR-owcy to narzędzie prowokacji.
Stanisław Barańczak w cytowanym artykule wstępnym pisał, że "Zapis" nie musiałby powstać, gdyby materiały z redakcyjnej teczki zostały opublikowane w oficjalnie działających wydawnictwach i czasopismach. Rzeczywiście, pierwsze dwa numery składały się z większości z tekstów zdjętych przez cenzurę. Z biegiem czasu jednak pisarze zasmakowali w wolności, uwolnili się od wewnętrznej cenzury i od razu pisali z myślą o wydawnictwie drugoobiegowym. Ale też zdarzały się dalej teksty odrzucone przez cenzurę, na przykład ks. Adam Boniecki przekazywał do "Zapisu" swoje skonfiskowane w "Tygodniku Powszechnym" felietony.
Kiedy Tadeusz Konwicki oddał w 1977 r. do „Zapisu” swoją powieść „Kompleks polski” (Adam Michnik uznał tę decyzję za przekroczenie Rubikonu), Stefan Kisielewski zapisał w dzienniku: „To sensacja, więc facet też ma dosyć i przechodzi na »pozalegalność «. Boję się jednak, że wszystkich nas w końcu ów głupek Łukaszewicz [Jerzy, odpowiedzialny w KC za kulturę] wywali z literatury. Tak że raczej marnie się to wszystko skończy”. (Jan Kott, który oddał do „Zapisu” fragmenty swoich wspomnień, nazwał tam „Kompleks polski” „małym warszawskim »Ulissesem «”). Kolejnym krokiem milowym było napisanie przez Konwickiego - już specjalnie dla II obiegu - w 1979 r. „Małej Apokalipsy”.
Podpis zamiast kariery
Teresa Bogucka, która w pewnym momencie weszła do redakcji na miejsce Barbary Toruńczyk, pamięta dyskusję, jaka rozpętała się, gdy Piotr Wierzbicki zaproponował "Zapisowi" druk pamfletu "Traktat o gnidach" - o intelektualistach, którzy nie przystępują do działań opozycyjnych, na co znajdują dziesiątki "gnidzich" uzasadnień.
- On tym tekstem nie wpisywał się w klimat czasu - opowiada nam Teresa Bogucka. - To był etap rewolucji, że my szliśmy przez miasto, krzycząc "dołączcie do nas", a Wierzbicki był już na następnym etapie, do którego my mieliśmy nadzieję nigdy nie dojść: zwierania szeregów, wytykania "ten nie był z nami od początku", "tamten jest krętacz", a tamten "tchórz". Dlatego zdecydowano, że "Traktat o gnidach" pójdzie, ale będzie do niego polemika. Napisał ją Adam Michnik i ten dwugłos może po dziś dzień stanowić wzór dysputy na najwyższym poziomie.
Michnik przywoływał postaci historyczne, jak Kołłątaj i Staszic, które - gdyby stosować kryteria Wierzbickiego - należałoby zaliczyć do gnid. Pisał, że dylematy intelektualistów nie są wydumane, i pytał, czy rzeczywiście więcej wart jest podpis Mariana Brandysa albo Andrzeja Wajdy pod protestem niż "Koniec świata szwoleżerów" w księgarniach albo "Człowiek z marmuru" na ekranach. Zwłaszcza że doświadczenie uczy, iż na wielkoduszność władzy nie ma co liczyć i czasem podpis oznaczał nie tylko zablokowanie konkretnej publikacji, ale wręcz uniemożliwienie zawodowej kariery i wyrzucenie z pracy.
- Trzeba pamiętać - mówi dziś Adam Michnik - że twórcy "Zapisu" to byli ludzie uformowani przez inną epokę, pisarze z dorobkiem, z nagrodami, z pozycją, dla nich to była decyzja rewolucyjna, która burzyła cały porządek ich życia. To był akt wielkiej odwagi. Oni legitymizowali opozycję. Myśmy byli ludźmi bez niczego, bez dorobku. Dzisiaj te chemie się zmieniły i wszyscy wiedzą, kto to Kuroń, ale wtedy Jacek uważany był przez wielu, nawet najuczciwszych ludzi, za podejrzaną personę, która prze do awantur politycznych.
Najgłośniejszy bodaj wiersz Zbigniewa Herberta "Potęga smaku" ukazał się w 18. numerze "Zapisu". - Zbyszek mi go wręczył, żebym zaniósł do redakcji - opowiada Michnik. - Jak go przeczytałem, zaniemówiłem z wrażenia. Opublikowanie przez Herberta tego wiersza w "Zapisie" to był historyczny wyłom, sygnał dla polskiej inteligencji, że drugi obieg jest istotną częścią polskiej kultury.
Teresa Bogucka opowiada nam: - Pamiętam, jak wiersz Herberta zdejmowaliśmy z numeru na numer, bo ciągle odwlekano wydanie paszportu, bo jeszcze nie jest za kordonem. To było oczywiste dla nas, że obecność Herberta dowartościowuje "Zapis", ale nie chcieliśmy mu zaszkodzić.
Razem wyszło 21 numerów "Zapisu" (w tym cztery powieści, trzy Konwickiego i "Wielki strach" Juliana Stryjkowskiego, autobiograficzna powieść o sowieckim wojennym Lwowie). Ostatni rozchodził się już po wprowadzeniu Stanu Wojennego.
Wyjściowy nakład wynosił sześć egzemplarzy, czyli tyle, ile arkusików przebitkowego papieru dało się wkręcić w maszynę do pisania. Już od 6. numeru "Zapis" był drukowany na powielaczu i osiągał nakład całkiem przyzwoity nawet dla naziemnego kwartalnika literackiego - 2 tys. egzemplarzy. Każdy numer wydawany był profesjonalnie przez wydawnictwo Index on Censorship w Londynie i część tego nakładu wracała do Polski.
Korzystałyśmy m.in. z tekstu Leszka Szarugi: „ »Zapis «. Zarys monograficzny. Bibliografia zawartości”, Uniwersytet Szczeciński, Szczecin 1996.