Wiele lat temu opowiedział mi pewną historię, mały dramat w dwóch odsłonach z nieoczekiwanym finałem.
Akt pierwszy: czas pierwszej "Solidarności", huta im. Lenina; Stanisław Handzlik jest jednym z najlepiej rozpoznawalnych robotniczych przywódców. Odważny, twardy i jednocześnie roztropny, dobry fachman i świetny kolega. Znany w Krakowie i w Nowej Hucie jak w Warszawie obaj Zbyszkowie z Ursusa - Bujak i Janas - a we Wrocławiu Władek Frasyniuk.
To piękny czas, przez kilkanaście miesięcy wydaje się, że komuna już jest na kolanach. A oni mają w hutniczej służbie zdrowia pewnego lekarza, który nie podoba się związkowcom, bo ma czerwone poglądy, a od "Solidarności" woli PZPR. Związek jest silny i pewny siebie, partyjni mają podkurczone ogony. A ten lekarz nie posypuje głowy popiołem, tylko opowiada o wyższości realnego socjalizmu i związkowcach - kontrrewolucjonistach, którzy niszczą PRL. Taki człowiek psuje krajobraz zrewoltowanej i zjednoczonej huty. Po co "Solidarności" zdeklarowany komunista; trzeba wyrzucić go z roboty. Więc wyrzuca go Staszek.
Akt drugi: znów czerwoni są na wierzchu, dyktatura trzyma się mocno, wolno marzyć o wolności, lecz spodziewać się jej to czysta utopia. Staszek jest już po wielogodzinnych przesłuchaniach, po wyroku i po więzieniu; na własnej skórze doświadczył, jak komuniści lubią odpłacić za chwile porażki.
Jest głęboka noc, akurat zachorował Staszkowy syn. Gdzieś w nowohuckim blokowisku Handzlik znajduje lekarkę; to żona człowieka, którego podczas solidarnościowego karnawału wyrzucił z pracy. Zbadała chłopca, wypisała recepty. Nie zająknęła się ani słowem, że jej rodzina doświadczyła od hutników krzywdy, a ich posłańcem i wykonawcą woli był Handzlik.
- To była - mówił po latach - jedna z największych lekcji, jakie kiedykolwiek otrzymałem. Pani doktor pokazała mi, jak można nie odgrywać się, kierować się sercem, a nie urazami. Będę o tym zawsze pamiętać.
Dlatego zdziwiłem się, gdy kilka tygodni temu oświadczył w telewizji: znamy nazwiska ludzi, którzy na nas donosili. Mogą skorzystać z prawa do samoujawnienia. Jeśli nie - zrobimy to my.
- Nie dziw się - odpowiedział, chodząc po pokoju. - Nie miałem innego wyjścia.
- Dobrze czujesz się w tej sytuacji?
- To nie jest najlepsze pytanie.
***
Przed świętami zadzwonił do Handzlika Edward Nowak, w czasach pierwszej "Solidarności" działacz Komisji Robotniczej Hutników, po 1989 r. poseł i wiceminister przemysłu. Mówił, że sprawa dotyczy walcowni zgniatacz, wydziału huty, na którym pracował Staszek. - Znam - zaznaczył - nazwiska ludzi, którzy na nas donosili.
Oraz że kiedy poznał jedno z nich, zawalił mu się świat.
Nowak pojechał do archiwum krakowskiego oddziału IPN w Wieliczce. Poprosił o odszyfrowanie nazwisk donosicieli, lecz wyobrażał sobie, że dostanie papiery w jakiejś kopercie, weźmie ją pod pachę, odłoży gdzieś w domu, a zajrzy dopiero wtedy, gdy będzie mieć stuprocentową pewność, że chce wiedzieć.
Położyli przed nim zapisane kartki. Już nie mógł odłożyć momentu, kiedy pozna prawdę. Przeczytał i rozpłakał się.
Że donosił Henryk W. - to nic, ledwie potwierdzenie dawnych przypuszczeń. Tak samo jak jeden z szefów Komisji Robotniczej Hutników.
Ale to nazwisko ze zgniatacza. Potworność.
- Coś zaczęło przewracać mi się w żołądku - opowiada Handzlik. - Dostałem dreszczy, poczułem irracjonalny strach i obrzydzenie, jakby znów wszystko wokół mnie przesiąknięte było więziennym zaduchem i smrodem. Zacząłem naciskać Edka: "Ten? Nie! Ten? Nie!". Za czwartym razem trafiłem. Rany Boskie. To niemożliwe, choć prawdziwe. Przecież ten człowiek w stanie wojennym opiekował się naszymi rodzinami, a i później pięknie zapisał się w pamięci hutników.
Uzgodnili, że wystąpią w telewizji i wygłoszą wcześniej przygotowany apel. Przed kamerami Staszek siedział obok Jana Ciesielskiego, Mieczysława Gila, Nowaka; jeszcze raz, jak wiele lat temu, można było zobaczyć czterech muszkieterów nowohuckiej "Solidarności", których drogi już dawno rozeszły się. Obok siebie mieli ks. Tadeusza Zaleskiego, kapelana związkowców i ofiarę komunistycznych represji. Ks. Zaleski powiedział, że ujawnienie tajnych współpracowników SB musi obejmować również księży - donosicieli.
Słowem - zażądali od ludzi, którzy kiedyś postępowali tchórzliwie i haniebnie, by w ciągu miesiąca zamienili strach w odwagę. Trzeba - przyznaje Handzlik - choć przez chwilę być nieprawdopodobnie odważnym, by stanąć przed kolegami z pracy i powiedzieć: - Donosiłem na was.
Jesteśmy zdecydowani - mówili dawni przywódcy hutników - ujawnić prawdę, lecz nie chcemy być bezwzględni. Historia każdego z donosicieli jest inna, tak jak różni są ludzie. Imię, nazwisko, numer z bezpieczniackiej kartoteki, pseudonim - to zbyt mało, żeby zrozumieć. Niech agenci mają szansę, by samemu opowiedzieć o swojej podłości.
Na apel odpowiedział Stanisław Filosek, były przewodniczący komisji zakładowej "Solidarności" w walcowni zgniatacz. SB nadało mu pseudonim "Kałamarz".
***
Stanisław Handzlik nie lubi wracać pamięcią do tamtych czasów. Zbyt często przypomina mu się morze komunistycznej podłości. Po co babrać się w tamtej atmosferze, skoro "Solidarność" wygrała, a komuny już nie ma. Ale teraz musi się babrać. Nie jest mu z tym przyjemnie.
13 grudnia 1981 r. ogłosił w hucie strajk. Kombinat stanął na kilka dni, zanim hutników nie spacyfikowało ZOMO. Wielu aresztowano, zamknięto w obozach dla internowanych. Jednak Staszkowi udało się uciec.
Ukrywał się przez pół roku, organizował podziemną działalność. Bał się o bezpieczeństwo ludzi, którzy użyczali mu mieszkań. Kilka dni przed aresztowaniem doszła go nieprawdziwa informacja (- Cholera, kto ją rozpuszczał?), że SB porwała mu kilkuletniego syna; zgódźmy się, że trudno o większe paskudztwo. Pewnie w ten sposób bezpieka chciała wywabić go w ukrycia: może przestraszy się, zajdzie do domu, żeby sprawdzić, co dzieje się z dzieckiem. Ten podstęp spalił na panewce.
Złapali go na ulicy, gdy kupował imieninowe kwiaty dla Ciesielskiego; chowali się w jednym mieszkaniu. Dwóch esbeków zaszło go od tyłu, schwycili pod ramiona i rzucili na podłogę samochodu. Stało się to kilka kwadransów po konspiracyjnym spotkaniu z nowohuckimi działaczami, na którym był również Stanisław Filosek. SB musiała wiedzieć wszystko o tym spotkaniu, skoro zdążyli ustawić przed blokiem swoich fotografów.
Handzlik myśli, że wpadli na jego trop w wyniku donosu tajnego współpracownika. Inaczej pewnie nie dorwaliby go tak szybko. Był ostrożny, zapuścił brodę, na ulicy nie rozpoznawali go nawet znajomi.
Krakowską "Solidarnością" zajmował się niezwykle gorliwy esbek. Dzisiaj nikt nie może nakazać mu publicznego wyznania wszystkich niegodziwości. Najbardziej zdeterminowani tropiciele agentów nie oczekują, że esbek pokaja się i poprosi o wybaczenie. Nie załatwi tu nic żaden apel nowohuckich działaczy.
A przecież gdyby nie on, być może w Krakowie byłoby mniej złamanych życiorysów. Lecz za to nie ma żadnej kary. W tym sensie esbek może dziś zacierać ręce i cieszyć się ostatnim, może najbardziej głośnym zwycięstwem.
Prześladowani działacze "Solidarności" nazwali go szczur, nie tylko ze względu na gębę, ale też wredne metody. Zapewne szczur zaordynował, by Staszka budzono w celi po godzinie snu, a potem przesłuchiwano przez 16 godzin bez przerwy. Handzlik pamięta, że więzienie było wyjątkowo wszawe, a w radiu na okrągło i bardzo głośno leciała piosenka pod tytułem "Abrakadabra".
Na stole w pokoju przesłuchań szczur zawsze stawiał szklankę z herbatą. Esbecy namawiali do picia, lecz nie wypuszczali Handzlika do toalety; niech się ten robol zeszczy w spodnie, to wtedy zmięknie.
Nie zmiękł.
Wezwali więc na przesłuchanie jego żonę, posadzili przed weneckim lustrem, a za szybą Staszek, wychudzony i zmarnowany; może wystraszona baba namówi go do kolaboracji. Grozili jej biciem, ubliżali: zgnoimy ciebie, zgnoimy twojego męża, dzieciaki poślemy do ochronki.
Nawet nie próbowała namówić.
Mówili więc Staszkowi: tę twoją ześwirowaną żonę zamkniemy w wariatkowie. A on stawał na głowie, by nie pokazać, jak bardzo boi się o najbliższych; szczur nie może dowiedzieć się, gdzie ma najsłabszy punkt.
Handzlik podpisał jakiś protokół przesłuchania, więc skopiowali jego podpis i podrobili charakter pisma. Przez donosiciela przesłali do przyjaciół Staszka sfałszowany greps. W fałszywce wzywał hutników do zaniechania oporu i rezygnacji z podziemnej działalności; akurat do Polski przyjeżdżał Jan Paweł II, a to zły moment, by szamotać się z władzą, niech dostojny gość odwiedzi spokojny, cichy Kraków. Wszak postępuje normalizacja.
Szczur groził: - Powiesz, nie powiesz, jakie to ma znaczenie, skoro i tak nadamy twoim kumplom, że wszystko zakapowałeś.
Został skazany z paragrafu o osłabianiu zdolności obronnych PRL. Dostał cztery lata. Wyszedł po roku z hakiem, z amnestii w 1983 r., jak wielu innych działaczy podziemia. Do huty nie miał powrotu.
Dziś sądzi, że może dzięki teczkowym informacjom dowie się, komu zawdzięcza aresztowanie. Jeszcze kilka lat temu nie był tego tak bardzo ciekawy, ale teraz już nie umie uwolnić się od takich myśli. Czy to zmiana na lepsze, a może na gorsze? Bardzo trudno zastanawiać się nad takim pytaniem.
***
Drugi raz zamknęli Handzlika w 1985 r., trzeciego maja, po mszy w wawelskiej katedrze. Wlepiają mu trzy miesiące aresztu za kierowanie nielegalną manifestacją, choć tłumem wychodzącym z kościoła nie dało się kierować. Siedzi z Edwardem Nowakiem. Dostają do celi Janusza G.; wedle świadków - etatowych esbeków też miał kierować ulicznym protestem. Staszek myśli: - Jakiś dziwny ten G. W hucie od niedawna, stanowczo za dużo pyta i dlaczego tak często wywołują go na spotkania z adwokatem. Po co adwokat komuś, kto już został skazany?
Spotkali się jakiś czas po odsiadce. Staszek zapytał wprost: - Jesteś konfidentem.
G. wypił dwie wódki i skinął głową. Donosił o wszystkim, co działo się w celi. Miał fenomenalną pamięć, odtwarzał co do słowa każdy szczegół rozmowy sprzed kilku miesięcy. Powiedział, że SB szykuje Handzlikowi i innym działaczom z Nowej Huty oskarżenie o szpiegostwo. I że boi się, bo teraz bezpieka na pewno go załatwi.
Handzlik wspomina, że G. prosił o pomoc przy wyjeździe z kraju. Potrzebował pieniędzy. Chętnie opisał współpracę z SB; zeznanie zdeponowano u krakowskiego adwokata. Przyrzekł, że przestanie pokazywać się hutnikom. I faktycznie - zniknął im z oczu.
Na wiele lat ta historia znikła z pamięci Staszka. Wróciła niedawno, znów bardzo mocna i wyrazista, a z nią poczucie, że może wtedy nie zrobił wszystkiego. Obiecał donosicielowi, że ceną za jego informacje będzie milczenie. Udzielił mu się strach G. To oczywiste, że SB może zgnoić zdekonspirowanego agenta.
A może - myśli dziś Handzlik - przede wszystkim powinien bać się o ludzi "Solidarności". Może w przypadku G. popełnił wielki błąd. Trzeba było wydać komunikat do podziemnych pism, że Janusz G. donosi, chronić ludzi przyzwoitych, a nie kapusia. Nikt nie dał mu prawa ukrywać tożsamości donosiciela.
Zgoda - G. zabrał się z huty. Lecz jaką Handzlik ma pewność, że mocodawcy nie wkręcili go do innej konspiracyjnej struktury związku? Jak ma nie myśleć o tamtych czasach, skoro nie wie, czy nieumyślnie nie przyłożył ręki do krzywdy. Może dowie się tego teraz i naprawi błąd.
***
W wolnej Polsce Stanisław Handzlik był posłem na Sejm. Od kilku kadencji jest krakowskim radnym. Spełnił się, nie ma w sobie goryczy wielu działaczy podziemia, którzy po zwycięstwie znaleźli się na marginesie życia. Nie łaknął odwetu, nie szukał okazji do rewanżu za krzywdy sprzed lat. I nigdy dotąd nie interesowały go SB-ckie papiery, a po szalonej lustracji autorstwa Antoniego Macierewicza w 1992 r. nabrał do teczkowych rozrachunków jeszcze większego dystansu.
Aż w 1998 r. uchwalono ustawę o IPN. Informacje z dawnych milicyjnych archiwów przestały być tajemnicą. W Krakowie zagotowało, gdy rozszyfrowano "Ketmana". Potem zabrano się za "Monikę". W publicznym obiegu znalazła się lista Wildsteina. Ujawniono współpracowników SB z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Po prostu zmieniło się, choć Handzlik nie przyłożył do tego ręki. I co z tego? Można - powiada Staszek - nie wtrącać się do polityki, lecz to nie znaczy, że polityka nie wtrąci się sama, nie przyjdzie nieproszona do twojego życia.
Wyjaśni: - O ludziach, którzy nie chcą zaglądać do teczek, mówi się, że lękają się prawdy o przeszłości. Nie mnie oceniać, bo jedni pewnie się tego boją, a drudzy mają zupełnie inne powody. Nie chcę grzebać w ludzkich intencjach. Może niektórzy z przeciwników otwierania teczek są prawdziwymi chrześcijanami: umieją wybaczyć nawet tym, którzy nie wyspowiadali się z grzechów. Wiem za to, że plotka ma potworną moc. To o mnie opowiadano, że po robotniczych plecach pchałem się do władzy, że podobno mam w Krakowie jakiś supermarket, że dorobiłem się na "Solidarności". Myślę, że robili to ludzie z niejasną przeszłością. A z takimi łatkami ciężko żyć.
I zaraz doda: - Przestraszyłem się. Swojej niewiedzy, choć wcześniej mi to nie przeszkadzało. Paskudnych wspomnień, które nagle powróciły razem z zapachem więzienia i dudnieniem "Abrakadabry". Ale też ludzi wokół mnie. Przestraszyłem się, że jeśli nie zajmę jasnego stanowiska w sprawie ujawnień agentów, to ludzie mogą powiedzieć: co najmniej ochraniasz ich, jesteś wspólnikiem facetów, którzy uczynili tyle zła. Nie mam trzydziestu lat, nie chcę walczyć znów o swoje dobre imię. Nie mogę pozwolić, by posądzono mnie o cokolwiek. Także o ukrywanie prawdy. Nawet za cenę tego, że znów myślę o szczurze, o Januszu G., o całej ówczesnej podłości.
Handzlik był ostatnim z hutniczej czwórki, który poprosił IPN o swoją teczkę. Zrobił to dopiero 13 stycznia. Jeszcze nie wie, co w niej przeczyta.
***
Z Filoskiem spotkali się całą czwórką; Handzlik wziął ze sobą dyktafon. "Kałamarz" nie umiał o tym mówić (Staszek: - A kto by potrafił?), miał spuszczone oczy, bardzo źle wyglądał.
Gdy wreszcie zaczął opowiadać, zajęło mu to trzy godziny. Wykrztusił, że była to najpodlejsza rzecz, jaką zrobił w życiu. Połamał go ten sam esbek, który Handzlikowi nie pozwalał chodzić do toalety. Szczur jest obecny w wielu hutniczych życiorysach.
Filosek poprosił o wybaczenie. Pytał, co może teraz zrobić. Zaproponowali, żeby wziął udział w konferencji prasowej. Oraz - jeśli ma dość sił - niech spotka się z kolegami ze zgniatacza. To oni mają największe prawo do zadawania pytań.
Na spotkaniu w ośrodku Fundacji Brata Alberta w Nowej Hucie Stanisław Filosek odczytał oświadczenie dla prasy. „Zostałem internowany po pacyfikacji Huty Lenina 16 grudnia 1981 r. Byłem w Wiśniczu, potem w Załężu. Najpierw podpisałem deklarację lojalności, potem - już po powrocie do Krakowa - na początku 1982 r., zostałem poddany szantażowi i groźbom mającym nakłonić mnie do podpisania współpracy ze służbą bezpieczeństwa. Mówili: »zgnijesz bydlaku w kryminale, a twoja rodzina zdechnie z głodu «. I wtedy zrobiłem najgorsze - podpisałem. Odtąd, jako tajny współpracownik, nosiłem kryptonim operacyjny »Kałamarz « i byłem prowadzony przez agenta bezpieki Sławomira Sienniaka. Jego zwierzchnikiem w III departamencie Służby Bezpieczeństwa na ulicy Mogilskiej był Kazimierz Kasprzyk. Nie zapomnę go do końca życia. Po spotkaniach z nim czułem się zgnojony i byłem tak przerażony, że myślałem już tylko o samobójstwie. Donosiłem na kolegów z „Solidarności” i przyjmowałem czasem od Sienniaka różne kwoty na tzw. koszty własne. Prawdziwym jednak motorem mojego działania był strach. Bałem się o dzieci i żonę, potem paraliżowała mnie już tylko myśl, że Kasprzyk zrealizuje groźbę ujawnienia mojej współpracy przed kolegami z huty. Prowadzili mnie więc jak psa na łańcuchu, a ja nie miałem ani odwagi, ani siły z tym zerwać”.
I dalej: „Miałem jakieś wewnętrzne przekonanie, że muszę tę hańbę z siebie zmyć. Temu miała służyć moja aktywna praca na rzecz potrzebujących, organizowanie kolonii dla dzieci, wreszcie pełne zaangażowanie w budowę pomnika na zgniataczu, upamiętniającego czyn ludzi »Solidarności «. W chwili, gdy go odsłanialiśmy, gdzieś w głębi duszy przeprowadzałem, nie wiem który już raz, swój rachunek sumienia”.
Oświadczenie dla prasy pomagał pisać Handzlik. Zaangażowanie Filoska w pomoc charytatywną potwierdził ks. Zaleski. Dodał, że ani myśli rezygnować ze współpracy z byłym hutnikiem połamanym przez bezpiekę. A nawet - że wchodząc po uszy w różne akcje wspierające potrzebujących, zmazywał swoje winy.
Gdy Filosek opowiadał o roli Kasprzyka, rozpłakał się. Tych łez nie było w scenariuszu konferencji.
Już na spotkaniu w Fundacji Brata Alberta Handzlik powiedział: - Wybaczyliśmy Staszkowi. Najważniejsze, że powiedział prawdę.
***
Zanim Filosek publicznie wyznał agenturalną przeszłość, Handzlik i ksiądz Zaleski byli u niego w domu. Prosili rodzinę, żeby umiała go wesprzeć. To była trudna, lecz dobra rozmowa.
Już od lat nie ma walcowni zgniatacz. W jej miejsce powstała pracownicza spółka, ale wielu zatrudnionych to dawni hutnicy nowohuckiego kombinatu. W spółce pracuje syn Filoska. Staszkowi znajomi ze zgniatacza zapowiedzieli, że jeśli ktokolwiek zaczepi chłopaka, dostanie w mordę.
- Filosek mówił mi - opowiada Handzlik - że pewnego dnia już po naszym apelu, znalazł się w piwnicy swojego bloku w pomieszczeniu z zaworem gazu. Jak tam się znalazł - nie pamiętał. Już chciał odkręcić, ale dotarło do niego, że może wysadzić w powietrze cały dom. Nie myślę, żeby to był teatr. Wiem, że w połowie lat 80. Staszek pojechał na budowę w Związku Radzieckim. To była ucieczka od parszywej sytuacji, w jakiej się znalazł. Gdy zbliżał się czas powrotu, myślał o samobójstwie. Dobrze, że tego nie zrobił.
Powie też, że nie rozumie kolegów z opozycji, którzy mówią, że wszyscy agenci to jednakowe kanalie. To byłoby zbyt proste, żeby mogło być prawdziwe.
Są tacy, którzy do końca idą w zaparte. Kłamią, choć już wszystko wiadomo. Jak ten facet, który złapał Handzlika pod krakowską radą miejską. Zapytał: - Poznaje mnie pan, panie Staszku. I zaraz dodał: - Syn powiedział mi, że pan rozpowiada, że byłem agentem. Fakt - coś im podpisałem. Ale nie byłem donosicielem. Nigdy nie współpracowałem.
- Poprosiłem go, żeby napisał oświadczenie - mówi Handzlik. - Obiecał, że to zrobi, lecz nie umiał patrzeć mi w oczy. Już się więcej do mnie nie odezwał. Może nie ma odwagi, by zmierzyć się z własnym życiorysem.
Ale są też tacy ludzie jak Filosek. Gotowi do publicznego rachunku sumienia. Choć przecież nie ma żadnej gwarancji, że spowiedź przyniesie przebaczenie.
***
Czasami pytają Handzlika: - Dlaczego cackasz się z tym Filoskiem?
Odpowiada, że nie cacka się, lecz nie chce mieć na sumieniu Stanisława Filoska. Nigdy nie wierzył, by ludzie rodzili się źli. To raczej okoliczności sprawiają, że postępują podle. Dlatego warto sądzić nie tylko ludzi, lecz przede wszystkim okoliczności. Można być do południa łajdakiem, a po południu starać się naprawiać krzywdy. Życie to nie alfabet, po "a" nie zawsze musi być "b". Z tego powodu nigdy nie odkryje nazwisk donosicieli, którzy już nie żyją. Człowiek ma prawo do obrony, bliskim nie warto dostarczać niepotrzebnych cierpień. Tego akurat nie zmieni żadna sytuacja.
- Więc jak się z tym wszystkim czujesz? - spytałem.
- Nie pytaj o to. Ale jakoś cenię Staszka Filoska, jeśli w ogóle mogę cenić ludzi, którzy na mnie donosili. To dziwne, lecz przez tę jego współpracę jakoś zbliżyliśmy się do siebie.