Paweł Smoleński: Jak dzisiaj w Polsce mają się prawa i wolności obywatelskie?
Prof. Wiktor Osiatyński: Obecna ekipa jest pierwszą po demokratycznym przełomie 1989 r., która wprost i nawet dość cynicznie naigrawa się, powątpiewa lub podaje w wątpliwość prawa człowieka. Wcześniej w Polsce istniał - tak to nazywam - konsensus liberalno-demokratyczny. Wszystkie największe siły polityczne, z wyjątkiem niektórych partii skrajnej prawicy, uznawały podstawowe reguły państwa: demokrację reprezentatywną i konstytucyjną, rządy prawa oraz te prawa i wolności człowieka, które są zapisane w ratyfikowanych przez nas konwencjach międzynarodowych.
Państwo demokratyczne jest wtedy, gdy rządzi większość. A liberalno-demokratyczne, gdy większość nie może zrobić wszystkiego, co chce, władza nie może naruszać praw mniejszości ani ograniczać wolności jednostek.
Tymczasem w ostatniej kampanii wyborczej koncepcja liberalnej demokracji została rozbita przez zwycięskie ugrupowanie. Polskę demokratyczno-socjalną, nazwaną "solidarną", przeciwstawiono Polsce liberalnej i tolerancyjnej, np. tolerującej marsze i parady równości albo swobodę wypowiedzi artystycznej.
Co to oznacza?
- To, że Polska może podążać w kierunku klubu tych państw, które amerykański politolog Fareed Zakaria określił mianem demokracji nieliberalnych. Tam władza pochodzi z wyboru, ale nie szanuje i nie przestrzega ograniczeń, nie respektuje praw obywatelskich ani praw mniejszości.
W Polsce oglądamy tworzenie porozumienia wokół emocjonalnych haseł, takich jak patriotyzm, wiara, religia, katolicyzm, rodzina, ojczyzna. Nie mam nic przeciwko żadnemu z tych pojęć, lecz jeśli stają się one główną osią projektu politycznego, to obawiam się, że taki projekt ma wiele wspólnego z innymi znanymi z historii formami rządzenia opartymi na tego typu wartościach. To przypomina późny frankizm. Generał Franco budował hiszpańskie państwo na podobnych wartościach, a w końcówce rządów miał nawet legitymację pochodzącą z wyborów.
Hiszpania generała Franco nie kojarzy się zbyt sympatycznie...
- A niby dlaczego miałaby się kojarzyć? To było państwo oparte na zastraszaniu, gwałcące prawa człowieka. W Polsce rządzonej przez PiS pojawiają się sygnały, że obóz zwycięski może wejść na podobną drogę.
Jakie to są sygnały?
- Oczywiście ostatni szantaż dotyczący rozwiązania Sejmu pod pretekstem nieuchwalenia budżetu. A wcześniej choćby nowa ustawa o Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Organu konstytucyjnego nie można rozwiązać ani zawiesić zwykłą parlamentarną większością. KRRiT została zaprojektowana jako instytucja niezależna. Bez wyjątkowych okoliczności konkretnie przewidzianych w prawie nie powinno się jej odwoływać ani skracać kadencji.
Nie bronię działalności poprzedniej Rady, gdyż w jej działaniach można było dostrzec próby zawłaszczenia mediów przez SLD, choćby przez dopisywanie pozaustawowych obowiązków przy wydawaniu koncesji. Lecz niedawna procedura zastosowana przy jej odwołaniu i uchwaleniu nowej ustawy o mediach elektronicznych sugeruje, że to zwykły skok na media publiczne. Naruszono zasadę, że media publiczne nie powinny być zawłaszczane przez aktualnie dominującą opcję polityczną.
Jarosław Kaczyński tłumaczył, że telewizja publiczna zawsze była politycznie skrzywiona. Za prezesury Andrzeja Drawicza - w stronę Unii Demokratycznej, pod Wiesławem Walendziakiem - ku ZChN, pod Robertem Kwiatkowskim - ku SLD, a dziś to telewizja opozycyjnej PO. Lider PiS mówi, że chce odpolitycznić media publiczne, gwarancją zaś, że mu się to powiedzie, jest przyzwoitość PiS oraz uczciwość i charaktery ludzi, których tam desygnuje.
- Pytanie brzmi: czy można opierać się na obietnicach przywódcy zwycięskiego ugrupowania? Wszystko, co wiem o naturze ludzkiej, o naturze życia publicznego, o istocie systemów politycznych i konstytucyjnych, podpowiada mi, że na słowach ludzi władzy nie można się opierać. Każdy zwycięzca obiecuje to samo i zbyt często nic z tego nie wynika.
Kiedy do TVP przyszedł Wiesław Walendziak i pampersi albo Robert Kwiatkowski ze swoją ekipą, to wtedy nie robiono żadnych zmian ustawowych, żeby ich tam wpuścić. Musieli czekać na korzystną dla siebie polityczną konstelację. Tak działa zasada zazębiających się kadencji różnego rodzaju organów państwa przy zachowaniu równoważenia się władz. Poprzednia ustawa dawała szansę, że nie będzie można wszystkiego wywrócić do góry nogami tylko w wyniku zmiany jednego z elementów systemu władzy. Dziś zwycięzca bierze wszystko.
Przed PiS nikt nie dokonywał zamachu prawnego na samą instytucję Krajowej Rady, a jedynie - mniej lub bardziej bezczelnie - korzystano z istniejących możliwości. PiS też mógł poczekać, ale nie czekał, bo - jak z wielu stron słychać - szło o kontrolę nad mediami publicznymi, gdyż mogą nam się przytrafić przyspieszone wybory.
A to rodzi kolejne pytanie: czy w Polsce braci Kaczyńskich może funkcjonować równowaga władz? Dziś jest ona zaburzona, gdyż po ostatnich wydarzeniach po prostu nie można sobie wyobrazić równowagi między braćmi bliźniakami: Jarosław nie będzie przeciwwagą Lecha i odwrotnie. Obaj grają w jednej drużynie, wspierają się, miast patrzeć sobie na ręce.
Jarosław Kaczyński powiedział również: "Ratowanie cywilizacji będzie wymagało w przyszłości czegoś w rodzaju cenzury obyczajowej".
- Od cenzury obyczajowej tylko krok do cenzury politycznej, bo między tym, co obyczajowe, a tym, co polityczne, jest bardzo cienka granica. Czy parada równości jest wypowiedzią obyczajową, czy polityczną, zwłaszcza w sytuacji, gdy biorą w niej udział grupy, które czują się dyskryminowane politycznie lub prawnie, za to nie dochodzi do obyczajowych ekscesów? Może jednym i drugim. A może tylko drugim.
Jakiekolwiek ograniczenia dostępu do mediów, kontrolowanie prasy (niech polega to tylko na wycofywaniu reklam instytucji zależnych od państwa z krytycznych wobec rządu tytułów, jak to robił wicepremier Kołodko z SLD) to naruszanie wolności słowa. Niedawny list rzecznika rządu do telewizyjnych "Wiadomości" nie jest niczym innym. Zamach na wolność prasy jest zamachem na jeden z elementów liberalnej demokracji.
PiS wygrało wybory. Mandat do rządzenia ma niewątpliwy, ale bardzo wątły. A mimo to zdaje się zapominać, że wybory to tylko jeden, wcale nie najważniejszy element demokracji. Istotą bowiem demokracji jest to, że decyzje dotyczące powszechnych reguł i zachowań oraz podziału tych dóbr, których nie ma pod dostatkiem, podejmowane są w procesie politycznym. W takiej debacie dąży się do przedstawienia różnego rodzaju racji, interesów i poglądów, a jej rezultatem jest kompromis.
Zapowiedź wprowadzenia cenzury dla "ratowania cywilizacji" czy szczególny sposób rozwiązania KRRiT to rzeczy niepokojące. Lecz chyba znaczą zbyt mało, by uznać, że zasady demokracji zostały złamane.
- Kompromis, debata publiczna i zdolność wysłuchania wszystkich - przeciwników i zwolenników - to sedno demokracji. Aby to osiągnąć, bezwzględnie potrzebne są warunki brzegowe zapewniane nie przez sam wolny wybór posłów do parlamentu, ale przez prawa polityczne i wolności obywatelskie: wolność słowa, stowarzyszeń, zgromadzeń. To są sposoby wyrażania naszych poglądów i opinii - tak organizują się obywatele wokół konkretnych interesów, to gwarancja naszego udziału w debacie publicznej.
W demokracjach mówi się o konieczności rozdziału Kościoła od państwa. Tymczasem w Polsce trzeba dziś już mówić o konieczności rozdziału państwa od Radia Maryja i Telewizji Trwam. Aparat państwowy nie może sobie wybrać jednej rozgłośni prywatnej lub społecznej, za to o bardzo określonym charakterze, jako swojej tuby i miejsca głównych informacji rządowych. Do tego służą media publiczne. To, że premier i ministrowie jeżdżą do radia Maryja i stamtąd ogłaszają swoje programy, uważam za skandaliczne naruszenie zasady równości udziału mediów w życiu publicznym i bezstronności samego państwa.
Nie wierzy Pan, że rządy PiS będą przyzwoite?
- W przyzwoitość tej władzy można było zwątpić natychmiast po przywróceniu członkostwa w partii Jackowi Kurskiemu, który bez wątpienia dokonał w kampanii wyborczej czynu haniebnego. Wyrzucono go z PiS koniunkturalnie, żeby podczas kampanii poprawić sobie wizerunek. A potem przyjęto go z powrotem, jakby nic się nie stało. Moralna sanacja zapowiadana przez PiS jest mocno wątpliwa.
Nie mówię już o tym, jak PiS układa się z Andrzejem Lepperem, człowiekiem skazanym prawomocnym wyrokiem. Wszak obiecywano nam w kampanii wyborczej, że dla tego typu ludzi nie będzie miejsca w polskiej polityce.
Zresztą mam również problem z radością PiS wynikającą z pozyskania Zyty Gilowskiej. W końcu odeszła z PO oskarżona o nepotyzm. Intencje partii oczyszczenia moralnego, która bierze na wicepremiera osobę z taką kartą, stają się wątpliwe.
Żeby jednak nie było niedomówień: uważam, że PO nie jest wiele lepsza, skoro do dziś nie wyrzuciła Konstantego Miodowicza, który nikczemnie zachował się wobec Włodzimierza Cimoszewicza.
Ale w pakcie stabilizacyjnym Jarosław Kaczyński wykluczył możliwość powołania Leppera do rządu. Może to dobry znak?
- Nie sądzę. Bo przecież ten pakt to zwykły szantaż i próba zawieszenia demokracji. Kaczyński przecież żąda w nim wyrzeczenia się kontroli Sejmu nad ministrami i marszałkiem oraz przyjęcia w ciemno pakietu ustaw, pośród których wiele jest kontrowersyjnych, a wszystkie wymagają debaty i kompromisu. Wydaje się zresztą, że ta lista ustaw w sporej części została przygotowana pod kątem nowej kampanii wyborczej. By móc ją później wykorzystać w takim przesłaniu: "PiS chciał, by uchwalić ustawę o lustracji majątkowej, o ochronie pracy, o biopaliwach i ubezpieczeniach dla rolników, ale złodzieje i niesolidarni liberałowie na to się nie zgodzili".
Jak ocenia Pan pierwszą decyzję ministra Zbigniewa Ziobro, który nakazał zwolnić z aresztu ludzi osadzonych za lincz na nękającym ich bandycie?
- Bardzo dobrze. Minister zwolnił sprawców linczu, którzy prawdopodobnie nie powinni trafić do więzienia przed rozprawą, bo po zabójstwie już nie mogli być szkodliwi - zabili, bo, przy bierności policji, bali się o życie i zdrowie swoich rodzin i sąsiadów.
Ale mam wątpliwości, czy ministrowi Ziobro uda się zmniejszyć przestępczość i strach przed nią. On zapewne jeszcze go spotęguje. Minister Ziobro wywodzi się z dość specyficznego ruchu działającego na rzecz ofiar przestępstw. O ile jestem gorącym zwolennikiem zwiększenia roli ofiar w postępowaniu karnym, a nawet podporządkowania tego postępowania zadośćuczynieniu wyrządzonej im krzywdy, to mam ogromne filozoficzne i czysto ludzkie wątpliwości wobec tych ruchów obrony ofiar, które bardziej są oparte na chęci odpłaty i nienawiści niż na rekoncyliacji, zadośćuczynieniu i ukojeniu. A właśnie takie były początki kariery ministra Ziobro i one ukształtowały jego poglądy na karanie. Dzisiaj niepokoją mnie oświadczenia ministra Ziobro i prezydenta Kaczyńskiego o potrzebie zwiększenia represyjności prawa i wysokości orzekanych kar. Akurat Polska ma bardzo wysokie zagrożenia karne - spadek po reformach jeszcze z czasów Lecha Kaczyńskiego, ministra sprawiedliwości. Okazało się, że to wcale nie zmniejszyło przestępczości, która, jak wspomniałem, została w tamtym czasie wyolbrzymiona; sądzę, że w celach politycznych.
Niedawno widziałem w telewizji materiał o właśnie powstającym prywatnym więzieniu. Boję się tego, gdyż w prywatnym więzieniu musi być położony silny nacisk na jak największą liczbę więźniów, bo to istota tego biznesu. Za prywatnymi więzieniami powstanie lobby optujące za długimi wyrokami. I - może nie za tego rządu, lecz z całą pewnością za następnego - zacznie się korupcja. W prywatnym więzieniu trudniej o respektowanie praw człowieka, które nie przez przypadek za kratami są najważniejsze, bo tam człowiek jest poddany nagiej władzy urzędników państwa i bezpośredniemu przymusowi.
Słyszę też z ust prezydenta Kaczyńskiego, ministra Ziobro, a nawet przyszłego rzecznika praw obywatelskich, że resocjalizacja nie działa. Lech Kaczyński ma bardzo głębokie przeświadczenie w tej sprawie. Opowiada, że siedział w więzieniu, widział ludzi skazanych i wie, że z nich nic dobrego nie da się zrobić. Może Lecha Kaczyńskiego ktoś bardzo skrzywdził w więzieniu i teraz nie umie sobie z tym poradzić. Może minister Ziobro patrzy na przestępców tylko i wyłącznie z punktu widzenia odpłaty za popełniony czyn. Obaj powołują się przy tym na badania z lat 70. A to trochę tak, jakby dziś powoływano się na Ptolomeusza i z pełnym przekonaniem twierdzono, że Słońce krąży wokół Ziemi.
A Pan wierzy w resocjalizację? W wiadomościach aż się roi od informacji o przestępstwach popełnianych przez recydywistów. Recydywistą był np. zlinczowany mężczyzna z Włodowa.
- Od lat 70. bardzo wiele się zmieniło. Powstały modele skutecznej resocjalizacji, zarówno na świecie, jak i w Polsce. Wystarczy obejrzeć program oduczania przemocy realizowany w więzieniu w Barczewie. Albo programy terapii uzależnień na Rakowieckiej i w kilkunastu innych więzieniach w Polsce. W latach 70. resocjalizacja nie mogła działać, ponieważ w prawie karnym i penitencjarnym dominowało przekonanie, że przestępstwo jest rezultatem warunków społecznych. Zatem bez zmiany tych warunków trudno było kogokolwiek zresocjalizować. Dziś wiadomo, że - niezależnie od warunków społecznych - człowiek ma wybór i ponosi odpowiedzialność za to, co zrobił. W końcu większość ludzi znajdujących się w niekorzystnych warunkach nie popełnia przestępstw. Jeśli tak się myśli, wówczas wielu ludziom można podać rękę, pomagając im właśnie podjąć odpowiedzialność - najpierw za swoje czyny, a później za swoje życie. Również to, że recydywa wśród ludzi nieuzależnionych od alkoholu i narkotyków jest stosunkowo niewielka, pokazuje, że resocjalizacja działa.
Czy prawo powinno być bardziej represyjne?
- Hasło "trzeba zwiększać represyjność prawa" głoszone przez najważniejsze autorytety w państwie jest groźne, bo zwiększa wiarę w represyjność wśród społeczeństwa. I natychmiast pojawia się pytanie: czy w demokracji istnieje odpowiedzialność przywódców? Czy przywódcy tylko grają na nastrojach, by wygrać wybory, czy może umieją się im przeciwstawić i jakoś nimi pokierować?
Tak naprawdę większość ludzi jest za karą śmierci. Lecz czy takie przekonanie wystarcza, by tę karę stosować? Jan Paweł II uważał, że nie. I znaczna grupa ludzi popiera to przekonanie.
Większość jest za radykalną odpłatą za przestępstwo, za bardzo silną państwową przemocą. Ale cywilizacja - używam tego pojęcia inaczej niż Jarosław Kaczyński - polega również na zdolności ograniczania naszej pierwszej reakcji na frustrację i gniew, złość lub strach. Albo reagujemy bezpośrednio i pobudzamy te uczucia, albo też staramy się zrobić coś w sposób cywilizowany, wydłużyć okres między zjawiskiem budzącym strach a reakcją i zastanowić się, czy bezpośrednie użycie przemocy jest skuteczne i przyniesie właściwe skutki.
Podoba się Panu pomysł stworzenia Narodowego Instytutu Wychowania?
- Wychowanie patriotyczne powinno być bez wątpienia częścią funkcjonowania szkoły i mediów. Ale jeśli to ma być szczególny przedmiot? Polityka historyczna uprawiana przez władzę jest zawsze niebezpieczna, bo władza może ją wykorzystać dla siebie.
W Polsce wielu polityków uważa, że ich definicja patriotyzmu jest jedynie słuszna i właściwa. Tymczasem, co dla państwa i demokracji ważniejsze, można być przyzwoitym obywatelem i wcale nie być patriotą. Patriotyzm to postawa społeczna i osobista, zbiór zasad, także moralnych. W każdym narodzie są autorytety moralne przypominające o tych zasadach. Warto ich słuchać, ale nie ma takiego obowiązku. Zaś obywatelstwo to poszanowanie dla pewnych reguł, dla prawa i wolności, które pozwalają funkcjonować razem ludziom o różnych poglądach i hierarchiach wartości.
Czy kandydatura Janusza Kochanowskiego na rzecznika praw obywatelskich jest trafiona? Kochanowski wielokrotnie kwestionował zasadność szerokiego rozumienia praw człowieka.
- Niech pan mi odpowie, jak to jest możliwe, bo ja po prostu tego nie wiem, nie rozumiem. Ta propozycja świadczy o stosunku obecnej ekipy do praw człowieka wyraźniej niż wypowiedzi braci Kaczyńskich czy ministra Ziobro. To bardzo poważny sygnał ostrzegawczy. Sądzę, że możemy spodziewać się zmiany charakteru urzędu Rzecznika Praw Obywatelskich i dewaluacji jego autorytetu.
Wydaje mi się, że mamy do czynienia z polityką budowaną na antyliberalnych emocjach; że szuka się społecznego poparcia lub buduje je dla różnych działań represywnych. Minister Dorn mówi, że buntujących się lekarzy trzeba wysłać w kamasze i upiera się, że za to nie przeprosi. To bardzo bolesne i znamienne. Każdemu politykowi, zwłaszcza na początku rządzenia, może się zdarzyć jakiś lapsus, lecz winien być zdolny do refleksji nad tym, co mówi.
A co Pan sądzi o pomyśle 24-godzinnych sądów, które karzą za chuligaństwo?
- Świetny pomysł. To jeden ze sposobów przyspieszenia procedur wymiaru sprawiedliwości stosowany w niektórych krajach. Np. w Nowym Jorku procesy odbywały się w autobusach ustawionych pod stacjami metra. Powód ustawienia autobusów był prosty. Wejście bez biletu do metra to było wykroczenie za jednego dolara. Doprowadzenie gapowicza do sądu kosztowało 150 dolarów i po prostu nikomu się to nie opłacało. A do autobusu było bliżej i taniej. W Nowym Jorku takie rozwiązanie sprawdziło się. Metro jest dziś bezpieczne.
Pomysł 24-godzinnych sądów wymaga spełnienia kilku warunków, bo inaczej pozostanie fikcją lub spowoduje drastyczne naruszanie praw. Musi powstać specjalna państwowa instytucja publicznych obrońców, którzy w takich sądach mieliby dyżury. Trzeba bardzo wyraźnie określić, jakiego rodzaju przestępstwa mogą być tak osądzane i wyłączyć z tej listy te, które zahaczają o prawa i wolności obywatelskie, np. znieważenie funkcjonariusza, krytyka władzy, udział w nielegalnej pokojowej demonstracji. Musi istnieć inny sposób dowodzenia przestępstwa niż tylko zeznanie policjanta. Nie rozumiem, dlaczego w projekcie ministra mówi się, że policja nie będzie musiała prowadzić śledztwa. Policjant jako jedyne źródło dowodów - przerabialiśmy to w czasach stalinowskich.
PiS zapowiedziało stanowczą walkę z korupcją.
- To akurat bardzo dobrze. Gorzej z metodami. Boję się takiej koncepcji sprawowania władzy, która polega na tworzeniu nowych, niezapisanych w konstytucji urzędów, jak ten do zwalczania korupcji. Zwłaszcza jeśli takie urzędy wyposaży się w prawo do przesłuchań, inwigilacji i prowokacji. To nic innego jak komunistyczne myślenie, odgrzanie pomysłu, że przed korupcją uratuje nas jakaś nadzwyczajna superczerezwyczajka.
Szczęśliwie jest orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z 12 grudnia ubiegłego roku, które mówi, w jakich warunkach i w jakiej sytuacji można wydać zgodę na prowadzenie podsłuchu. Ale tak czy siak nadzwyczajne instytucje to ślepa uliczka. W naturalny sposób osłabią działania prokuratury i policji. Między różnymi instytucjami powstanie konkurencja, która zawsze - jak widać na przykładzie innych krajów - sprzyja korupcji i nadużyciom władzy niezależnie od intencji polityków.
Jak to możliwe, by ludzie wywodzący się z "Solidarności" i z opozycji demokratycznej, którzy z przeszłości muszą pamiętać, jak ważne są prawa człowieka przy zmienianiu świata na lepsze, dziś, kiedy mają władzę, niezbyt się tym przejmują?
- Wielu ludzi, którzy w latach 80. działali wokół Komitetu Helsińskiego monitorującego przestrzeganie praw człowieka w Polsce, już po przejęciu władzy przez "Solidarność" zaczęło sceptycznie odnosić się do tych idei i mówić, że były potrzebne do walki z komunizmem. Jednym z pierwszych, który wykazał taki właśnie sceptycyzm, był członek Komitetu Jarosław Kaczyński.
Bracia Kaczyńscy mówią o przestępczym, podskórnym układzie, o kombinacjach, o bezprawnym przejmowaniu majątku państwa oraz o tym, że trzeba przywrócić sprawiedliwość. Czyli odebrać i ukarać.
Tymczasem historia uczy, że na wielkich przemianach korzystają nie ofiary poprzedniego systemu zamienione w zwycięzców, ale, oprócz ludzi pracowitych, wynalazczych, zdolnych do ryzyka, często również - mówiąc skrótem - spekulant, dziwka, alfons i waluciarz, czyli ludzie, którzy obsługiwali upadły reżim. Możliwe, że jest to niemoralne. Lecz udało się tego uniknąć tylko w przemianie bolszewickiej - takich ludzi wybito. A co było dalej, wiemy aż za dobrze. Bez porównania lepiej byłoby poprzez nacisk społeczny i mądre prawo podatkowe skłonić takich ludzi, by część swego majątku przeznaczali na szpitale, uniwersytety, stypendia i podobne cele.
Po każdej rewolucji ci, którzy wygrali w walce trudnej i bolesnej, mają w sobie dużo urazów. Zwłaszcza jeśli pierwsze rezultaty tej walki były przez nich oprotestowane jako zdrada i wyrzeczenie się ideałów. Tak naprawdę obawiam się, że w ludziach, którzy doszli do stanowisk i urzędów, w tym kształtujących opinię publiczną i wymierzających sprawiedliwość, jest zbyt dużo prostej, zwyczajnej nienawiści.
Nie boję się, że rząd popsuje gospodarkę albo politykę, choć tu akurat może więcej popsuć, tworząc niebezpieczne, złe precedensy naruszające zasadę podziału i równowagi władz. Boję się, że zatruje nam dusze nienawiścią płynącą od najwyższych urzędów.
Jeśli ktoś jest wierzący, zapewne powinien się za nich modlić. Ale też trzeba wyraźnie zakreślić granice, myśleć o sygnałach ostrzegawczych pokazujących, jak władza zamyka się w sobie, jak realizuje swoje cele, odgradza się od społeczeństwa, degeneruje się.
*Prof. Wiktor Osiatyński - prawnik i socjolog, konstytucjonalista. Był doradcą Komisji Konstytucyjnej Senatu, a następnie Zgromadzenia Narodowego w Polsce; doradzał w pracach konstytucyjnych w innych krajach, ostatnio w Kirgistanie. Wykłada porównawczy konstytucjonalizm i prawa człowieka na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie oraz na uniwersytetach w Sienie i w stanie Connecticut w USA. Jest autorem ponad 20 książek, w tym „O zbrodniach i karach” (2002) oraz „Rzeczpospolita obywateli” (2004).