Przez debatę o podniesieniu wieku emerytalnego nieco zapomnieliśmy o emeryturach służb mundurowych. Nad zmianą zasad przechodzenia policjantów, żołnierzy czy funkcjonariuszy służb specjalnych rząd pracuje już piąty rok! A projektu ustawy wciąż nie ma w Sejmie, bo związkowcy zaciekle walczą o swoje przywileje.
Rząd planuje wydłużenie "cywilnym" kobietom czasu
pracy o siedem lat, a "cywilnym" mężczyznom o dwa lata. Wiek przejścia na emeryturę ma być taki sam dla obu płci i wynosić 67 lat. Tymczasem pracownicy służb mundurowych wciąż mają prawo do emerytury po 15 latach pracy, bez względu na wiek.
Co to oznacza w praktyce? Jeśli wejdzie w życie tylko podniesienie wieku emerytalnego - a pewnie wejdzie, bo
Donald Tusk jest zdeterminowany - to pani Kowalska, cywil, która zacznie
pracę w wieku 18 lat, zanim odejdzie na emeryturę będzie musiała przepracować 49 lat. Odpocznie jako 67-latka. Policjantka, pani Nowak przepracuje raptem 15, dostanie emeryturę jako 33-latka.
Nie może być tak, że państwo stawia grupom zawodowym tak drastycznie różne wymogi. Dlaczego "cywile" mają - w skrajnych przypadkach - pracować trzy razy dłużej niż funkcjonariusze? Nigdzie na świecie nie ma takich obyczajów.
Od pięciu lat rząd nosi się z zamiarem wydłużenia czasu pracy funkcjonariuszy do 25 lat, emerytem mogłaby zostać osoba co najmniej 55-letnia (nowe zasady nie dotkną osób już będących w służbach). Teraz jest ostatni dzwonek. Rząd powinien, nie zwlekając, skierować projekt reformy emerytur mundurowych do Sejmu, w przeciwnym razie "cywile" będą się czuli nabici w butelkę.