Czempiński u Olejnik: teczka Lecha Wałęsy to fałszywka. Ja się na tym znam

AGKO
20.02.2012 , aktualizacja: 20.02.2012 22:02
A A A Drukuj
Gen. Gromosław Czempiński

Gen. Gromosław Czempiński (Fot. Wojciech Olkuśnik / AG)

- Istnieje niezliczona liczba różnych dokumentów w różnych miejscach na temat Lecha Wałęsy i jak miałem okazję to oglądać, to są to kserokopie z kserokopii - mówił b. szef UOP gen. Gromosław Czempiński w "Kropce nad i" Moniki Olejnik.
Zwracał uwagę, że nikt z badających sprawę lustracji nie powiedział nigdy, że widział oryginalne dokumenty na temat Lecha Wałęsy. - Takie dokumenty jeśli były, to dawno się gdzieś zapodziały. Służbie Bezpieczeństwa zależało na tym, żeby głównie funkcjonowały kserokopie, bo łatwiej podrabiać takie dokumenty, łatwiej podrobić pismo Lecha Wałęsy - wyliczał.

- Ale pan widział te teczkę, którą ujawnił Macierewicz, a na podstawie której stwierdził, że Wałęsa był Bolkiem? - zapytała Olejnik.

- Potem miałem okazję ją oglądać. I nie widziałem tam ani jednego dokumentu oryginalnego - odpowiedział Czempiński.

- Z czego te kserokopie? - zapytała prowadząca.

- Z dokumentów - opowiedział gość.

- Z przesłuchań Lecha Wałęsy? - dopytała Olejnik.

- Najwięcej z obserwacji Lecha Wałęsy, podsłuchów, ale też z rozmów z Lechem Wałęsą. Były też dokumenty, które miały świadczyć , że to są informacje pozyskane od Lecha Wałęsy, ale też nie najlepiej sfabrykowane.

Czempiński przypomniał, że pracował w wywiadzie PRL i tam często posługiwano się fałszywymi dokumentami, i dlatego umie rozpoznać podrobione papiery. - Były robione w sposób prosty, bez przykładania się do jakości - ocenił.

19 zaginionych kartek

Olejnik przypomniała, że Lech Wałęsa, już jako prezydent RP, oglądał najpierw swoja teczkę w obecności Konstantego Miodowicza, ówczesnego szefa kontrwywiadu UOP, a potem raz jeszcze chciał zobaczyć dokumenty i wtedy przesłał mu je minister spraw wewnętrznych Andrzej Milczanowski. - Tak było? - zapytała.

- Tak, pamiętajmy że Lech Wałęsa patrzył na nie z pozycji człowieka skrzywdzonego, pytał: skoro to są kserokopie z kserokopii, to po co je trzymacie? - wspominał Czempiński.

Olejnik stwierdziła: - Ale to było tak, że Lech Wałęsa wypożyczył teczkę, która potem wróciła niekompletna, bo jeden z pracowników UOP spisał dokładnie co było i brakowało 19 kartek.

- Podobno brakowało dokumentów - potwierdził Czempiński.

- Ale pan i Milczanowski apelowaliście do prezydenta, by oddał brakujące elementy - przypomniała Olejnik.

- Tak, bo potem, gdy po raz drugi dostał pan prezydent Wałęsa te dokumenty, to one do nas wróciły zalakowane, nie otwierać bez zgody prezydenta - mówił Czempiński.

- A czemu nie chcieli panowie otwierać? Może tam były gazety? - zapytała prowadząca.

- Można takie założenie przyjąć, ale pieczęcie jednoznacznie wskazywały skąd one przyszły i wiadomo byłoby, kto przy nich ewentualnie manipulował - odpowiedział gość dziennikarki.

- No tak, ale potem na prośbę Aleksandra Kwaśniewskiego, po wygranych przez niego wyborach prezydenckich, w 1995 roku ta teczka została otwarta i okazało się, że brakuje dokumentów - drążyła Olejnik.

- Tak, ale za każdym razem tymi dokumentami obracano, gdy było zapotrzebowanie polityczne. Wtedy gdy otwierał prezydent Kwaśniewski, była taka potrzeba polityczna by znaleźć coś na tych ludzi, którzy odeszli z funkcji państwowych z MSW czy UOP, w tym na mnie. Najwcześniej sięgnął po te dokumenty Macierewicz, który nie zadbał o to, by je uporządkować, by odtworzyć dlaczego są takim, czy innym ładzie, czy mogą być sfałszowane czy nie. Nawet pan Cenckiewicz, niby historyk, nie potrafi się oderwać, obiektywnie spojrzeć, patrzy z góry założonym wyrokiem: agent Bolek to Lech Wałęsa. Przecież w III RP była kolejna próba stworzenia teczki Lecha Wałęsy. A SB zacięła się na Wałęsę, chciała go skompromitować - mówił były szef UOP.

- Czyli wszyscy oficerowie SB, którzy rozmawiali z Lechem Wałęsa są wymyśleni? - upewniła się Olejnik.

- Nie, to trzeba zrozumieć. Po grudniu 1970 roku SB przeprowadziła kilkanaście tysięcy rozmów w stoczni z robotnikami, w tym z Lechem Wałęsa. Pytano o nastroje. Gniew był ogromny. Ale nie było jeszcze założenia, że tym ludziom założy się teczki rozpracowania operacyjnego, że oni będą jeszcze kiedyś potrzebni. Lecha Wałęsa tak samo zlekceważono. Dopiero po czasie, gdy zaczął rosnąć jako przywódca, zaczęto sięgać do tego i dorabiać resztę. Pracując w wywiadzie wielokrotnie miałem do czynienia z historiami agentów wymyślonych przez oficerów, którzy chcieli się utrzymać za granicą, nie chcieli wracać do kraju. Teraz IPN mnie często wzywa na świadka w tamtych sprawach. Nie ma jednego wzoru. To wszystko nie jest proste, sprawa nie jest sprawie podobna - mówił Czempiński.

Agent Bolek istniał

- Agent Bolek był wymyśloną postacią? - zapytał Olejnik.

- Nie. Istniał. Biuro Studiów, wyspecjalizowana grupa SB, skupiona na tym, by wykończyć Wałęsę, dorobiła resztę. Dziś nie umiemy oddzielić fałszu od prawdy. Bo Wałęsa jako robotnik rozmawiał z SB. Często tak było, że podpisywano - jak to było "fakt rozmowy z SB zachowam w tajemnicy". Podpisując to zobowiązanie nie wiedzieli, że to może być groźne - opowiadał Czempiński.

- Ale to, że kartki zginęły gdy Wałęsa był prezydentem niezbyt dobrze świadczy - Olejnik wróciła do wybrakowanej teczki.

- Tak. Rozmawiałem z prezydentem o tym, mówiłem, że to są kserokopie, ale mówił, że wszyscy go atakują - wspominał Czempiński.

- Ale kto zniszczył te kartki? - chciała usłyszeć Olejnik. Nie usłyszała, Czempiński odpowiedział pytaniem: - Czy warto poświęcać tyle czasu, żeby zniszczyć tego człowieka? Do czego zmierzamy, do jakich wartości? Mamy dwie postacie współcześnie, z których powinniśmy być dumni: Papieża i Lecha Wałęsę.

ZOBACZ TAKŻE
  • 0