http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dzieci w sieci, czyli jak korporacje zarabiają na rzekomej wolności w sieci

Adam Leszczyński
2012-02-19, ostatnia aktualizacja 2012-02-19 13:28

Protest przeciwko ACTA w Sofii
Protest przeciwko ACTA w Sofii
Fot. Valentina Petrova AP

Jak Facebook może monetyzować to, co ma? Czyli nas?

Sofia. Sobotnia demonstracja przeciw ACTA
Fot. Valentina Petrova AP
Sofia. Sobotnia demonstracja przeciw ACTA
Protest przeciw ACTA przed biurem Parlamentu Europejskiego na Jasnej
Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja
Protest przeciw ACTA przed biurem Parlamentu Europejskiego na Jasnej
"Facebook nie był stworzony, żeby być firmą. Był zbudowany, żeby zrealizować społeczną misję - sprawić, żeby świat był bardziej otwarty i połączony" - napisał założyciel Facebooka Mark Zuckerberg w liście dołączonym do prospektu emisyjnego przed wejściem jego firmy na giełdę. Giełda wyceniła Facebooka na 75-100 mld dol. Majątek samego Zuckerberga to więcej niż jedna czwarta.

"The Economist" podzielił niedawno majątek najbogatszych ludzi świata przez ich wiek: Warren Buffett, wielki inwestor giełdowy, zyskiwał średnio 600 mln dol. przez każdy rok swojego życia, licząc od narodzin. Zuckerberg wypadł lepiej - dokładał do swojego majątku ponad miliard dolarów rocznie, czyli 2,7 mln dol. dziennie, wliczając w to czas, kiedy zajmował się głównie robieniem w pieluchy.

Nic więc zaskakującego, że skromność nie jest najmocniejszą stroną założyciela Facebooka, który w liście porównał swój wynalazek do druku i telewizji: "Ludzie, którzy się dzielą z innymi, tworzą bardziej otwartą kulturę. Tworząc większą liczbę silniejszych związków pomagamy ludziom doświadczyć większej liczby perspektyw".

Podobny patos - nadchodzi koniec starego świata i starej kultury, w sieci nie tylko będzie wszystko szybsze, ale bardziej demokratyczne i otwarte - był przy okazji protestów przeciw ACTA na naszym lokalnym gruncie. Przybrał tylko bardziej naiwną - bo bezinteresowną - formułę.

Poeta i pisarz Piotr Czerski (rocznik 1981) wydrukował w "Polsce the Times" (12-13 lutego) manifest "My, dzieci sieci", linkowany do upadłego na Facebooku i różnych blogach. "My nie korzystamy z sieci, my w niej i z nią żyjemy - pisał. W sieci nawiązywaliśmy przyjaźnie i kłóciliśmy się, w sieci przygotowywaliśmy ściągi na klasówki, w sieci umawialiśmy się na imprezy i wspólną naukę, w sieci zakochiwaliśmy się i rozstawaliśmy ze sobą. (...) Technologie pojawiają się, a potem znikają na peryferiach, serwisy powstają, rozkwitają i gasną, ale sieć trwa, bo sieć to my - komunikujący się ze sobą w naturalny dla nas sposób, bardziej intensywny i wydajny niż kiedykolwiek w historii ludzkości".

Facebook i Google mówią o misji społecznej, ale zarabiają miliardy na sprzedawaniu swoich użytkowników



Ten "naturalny dla nas, bardziej intensywny i wydajny" sposób komunikacji ma jednak bardzo realną cenę - o której biznesmen Zuckerberg pisze swoim inwestorom parę akapitów niżej, a poeta Czerski nie wspomina. Jaka to cena?

Kto płaci za prąd?

Naturalną dla pokolenia Czerskiego potrzebę sieciowej komunikacji Facebook przerobił w bardzo sprawny model biznesowy. Konto na Facebooku jest darmowe, ale prowadzenie samej firmy - która ma już ponad 800 mln użytkowników na całym świecie, więcej niż cały internet w 2004 r. - kosztuje. Nowe, otwarte w styczniu w hrabstwie Crook w stanie Oregon przez Facebooka centrum przetwarzania danych zużywa 28 megawatów energii, czyli tyle, ile wszystkie pozostałe domy, biura i fabryki w hrabstwie razem wzięte. Wkrótce zostanie otwarta druga faza projektu i wtedy trzeba będzie zwiększyć przepustowość linii wysokiego napięcia. Ktoś płaci nie tylko rachunki za prąd - ale także pensje 3,2 tys. pracowników i wypracowuje zysk.

Facebook - podobnie jak poprzednia wielka gwiazda internetowego biznesu, Google, któremu teraz systematycznie podkupuje najzdolniejszych inżynierów - zarabia na reklamach. Jego przychód (nie zysk!) w 2011 r. wyniósł 3,70 mld dol: reklama to 85 proc. tej sumy. Im więcej wie o swoich użytkownikach, tym więcej może sobie liczyć za reklamy, bo skuteczność lepiej adresowanych reklam jest większa. W styczniu 2011 r. Google zarabiał na jednym statystycznym użytkowniku swoich licznych usług (wyszukiwarki, poczty, internetowego pakietu biurowego i wielu innych) 24 dol. rocznie; Facebook - tylko 4 dol. rocznie, i serwisy biznesowe w internecie pełne były spekulacji czy - i w jaki sposób - uda mu się ten wynik poprawić.

"Facebook jest pod naciskiem, żeby zwiększyć swoje przychody z reklam na wielką skalę, i żeby przejąć część wydatków na reklamę z wielkich firm, które teraz przeznaczają miliardy dolarów na kampanie w telewizji, radiu i prasie" - pisał w listopadzie 2011 r. "The Wall Street Journal". Pisał z troską, bo okazywało się, że kampanię reklamową na Facebooku nie jest łatwo zorganizować - trzeba wymyślić coś, co użytkownicy będą chcieli dobrowolnie sobie przesyłać. Mimo to David Fischer, światowy wiceprezes Facebooka ds. reklamy, tryskał optymizmem. Powiedział dziennikowi, że firma "ma dobre wyniki biznesowe wśród największych marek na świecie".

Piszę o tym nie po to, żeby przypomnieć, jak wielką firmą jest Facebook. Kiedy firmy z misji zamieniają się w biznes - zwłaszcza biznes duży, giełdowy, poddany nieustannej presji inwestorów oczekujących osiągania kolejnych rekordowych zysków - ich "społeczna misja", nawet jeśli na początku była traktowana serio, idzie w odstawkę. W kapitalizmie w starciu pomiędzy wizjonerami i księgowymi na dłuższą metę zawsze wygrywają księgowi.

W anglosaskim żargonie biznesowym jest czasownik "to monetize" - który bywa przekładany na polski jako wdzięczne słowo "monetyzować". Jak Facebook może monetyzować to, co ma? Czyli nas?

Jak zostaliśmy produktami

Zuckerberg ma dużo pomysłów. Chce, żeby ludzie płacili przez Facebooka - i na płatnościach serwis zarobił 557 mln dol. w 2011 r., aż o 400 mln więcej niż rok wcześniej. Przez Facebooka inne firmy będą mogły sprzedawać swoje wyroby - według cytowanej przez "The Economist" firmy Booz & Company rynek produktów sprzedawanych przez tzw. media społecznościowe wzrośnie z 5 mld dol. w 2011 r. do 30 mld. w 2015 r. Wiele serwisów internetowych - w tym także Gazeta.pl czy Wyborcza.pl - ma dziś przy swoich stronach znaczki "Lubię to", pozwalające na łatwe udostępnienie tekstu czy filmu znajomym na Facebooku. To kieruje ruch z Facebooka ku innym serwisom - część znajomych osoby, która kliknęła "lubię to", na nie wejdzie - i pozwoli być może w przyszłości pobierać Facebookowi procent od wyświetlanych na takich stronach reklam. Na każdej takiej transakcji Facebook nie tylko zarabia, ale też więcej dowiaduje się o swoich użytkownikach - a ta wiedza jest jego kapitałem.

Wszystko to jest OK - pod warunkiem że użytkownik zdaje sobie sprawę, w co się pakuje. W styczniu 2012 r. Google - inny internetowy gigant, który zarabia na tym, co wie o swoich użytkownikach - zmienił zasady prywatności. "Nasza nowa polityka prywatności mówi jasno, że jeśli zalogujesz się na konto Google, możemy łączyć informacje, których dostarczyłeś w jednej usłudze, z informacjami z innych usług" - tłumaczyła serwisowi InformationWeek Alma Whitten, dyrektor ds. prywatności. Google ma więc do dyspozycji e-mail, kalendarz, dokumenty, wyniki wyszukiwania, a nawet - w przypadku użytkowników telefonów z systemem Android - często także miejsce pobytu.

Zmiana wzbudziła protesty obrońców prywatności. Amerykański senator Richard Blumenthal, demokrata ze stanu Connecticut, pisał na swoim blogu, że martwi go brak możliwości niezgody (ang. opt-out) na łączenie swoich danych.

Można oczywiście przestać korzystać z usług Google. Ale jeśli ktoś ma już - jak wyżej podpisany - kilkadziesiąt tysięcy maili na Google Mail i pełny kalendarz, który synchronizuje z kilkoma różnymi urządzeniami - pomyśli o kosztach rozstania z tą firmą i machnie ręką. Naprawdę zaś Google podniósł - bez uprzedzenia - cenę swoich usług: sięgnął po większą część prywatności swoich użytkowników.

Tu dochodzimy do subtelnej kwestii ceny. Jak to często bywa w tzw. realu, także w internecie nie ma nic za darmo (a w każdym razie bardzo niewiele). Korzystając z Facebooka - czy wielu usług Google - wchodzimy z tymi firmami w transakcję. Nie płacimy im w gotówce, ale informacjami o sobie, które później sprzedają - w sposób, nad którym użytkownik (ale także wybierani przez niego politycy) ma mało kontroli. Warto o tym pamiętać zawczasu, a idealizowanie tego układu jest naiwne.

25 stycznia europejski komisarz sprawiedliwości Viviane Reding ogłosiła nowe plany Unii Europejskiej dotyczące ochrony prywatności. Proponuje m.in. wprowadzenie "prawa do zapominania" - nałożenia na serwisy obowiązku kasowania wszystkich danych użytkownika - oraz kary sięgające 1 mln euro (albo 2 proc. rocznych przychodów) za łamanie unijnych reguł. Na razie to tylko propozycja, a do jej wprowadzenia jest jeszcze bardzo daleko. Jest sporo ironii w tym, że to pokolenie poety Czerskiego - przywiązane do wolności w sieci, pełnego dostępu do muzyki i filmów, sprzeciwiające się prawom ochrony własności intelektualnej, przywiązane do swobodnej i darmowej komunikacji ze wszystkimi - hoduje w ten sposób gigantyczne korporacje, które świetnie zarabiają nie tylko na ich ideowych postawach, ale także najbardziej osobistych danych.

Kiedy poeta Czerski pisze podniośle o "dzieciach w sieci", biznesmen Zuckerberg dopisuje kolejne 2,7 mln dol. do swojego konta.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 5
  • 2
  • 2
  • 1
  • 4
  • 16 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    56 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':