Sarkozy na prezydenta. Start
15.02.2012
, aktualizacja: 15.02.2012 21:32
Konto Nicolasa Sarkozy'ego na Twitterze (Fot. MAL Langsdon Reuters)
Prezydent Nicolas Sarkozy jest już oficjalnie kandydatem na drugą kadencję. Teraz potrzeba mu jeszcze tylko cudu, by został wybrany.
22 kwietnia i 6 maja Francuzi wybiorą w dwóch turach prezydenta. Lista pretendentów jest od miesięcy znana. Socjalistów będzie reprezentował były przywódca partii François Hollande. Skrajnie prawicowy Front Narodowy wystawia swoją szefową Marine Le Pen, a centryści - François Bayrou. Prócz nich wystartuje dziewięciu mniej znaczących kandydatów.
Na liście brakowało dotąd tylko prezydenta Sarkozy'ego. Choć było tajemnicą poliszynela, że będzie ubiegał się o reelekcję, sam oficjalnie tego nie potwierdzał. Starał się odwlec ten moment, by jak najdłużej sprawiać wrażenie męża stanu skoncentrowanego na walce z kryzysem i niemającego czasu na tak przyziemne rzeczy jak kampania wyborcza.
Teraz on i jego doradcy uznali najwyraźniej, że dłużej zwlekać się nie da. W środę rano prezydent założył konto w serwisie internetowym Twitter. Właśnie za jego pośrednictwem poinformował, że wystąpi w wieczornym dzienniku telewizyjnym najpopularniejszej stacji TF1.
Wieczorem powiedział jasno: "Tak, jestem kandydatem, bo mam wiele do powiedzenia Francuzom i propozycje, które chcę im złożyć". Głównym motywem jego kampanii ma być "silna Francja". Wspominał reformy, które przeprowadził, i zapowiadał, że będą następne. - Mój projekt jest taki, by w centrum wszystkiego umieścić pracę - mówił. Zapowiedział, że w razie sporów będzie oddawał głos Francuzom, czyli odwoływał się do referendów, których dotychczas nigdy nie organizował.
Początkowo planowano, że prezydent zdeklaruje się dopiero w marcu. Posłowie jego prawicowej partii UMP coraz bardziej się niecierpliwili, bo Sarkozy znalazł się w sondażach daleko w tyle za swoim głównym rywalem Hollande'em (a wybory parlamentarne odbędą się miesiąc po prezydenckich, więc wynik pierwszych z pewnością wpłynie na drugie). W drugiej turze na socjalistę zamierza głosować ok. 57 proc. wyborców, na Sarkozy'ego tylko 43 proc.
Prezydent irytuje Francuzów nie tylko swoimi decyzjami (choćby głośne deportacje Romów pochodzących z innych krajów UE), ale i mało dystyngowanym (liczne ustawiane sesje dla tabloidów w towarzystwie żony Carli Bruni), a czasem aroganckim stylem. Najsłynniejszym zdaniem jego pierwszej kadencji było: "Spadaj, biedny głupku" do mężczyzny, który nie chciał uścisnąć mu dłoni na targach rolnych.
Taki wynik byłby nie tylko niespotykaną porażką urzędującej głowy państwa, ale też największą klapą prawicy, od kiedy prezydent jest wybierany w wyborach powszechnych. "Wspinaczka, którą rozpoczyna [Sarkozy], nie jest z niczym porównywalna" - napisał w środę lewicowy dziennik "Liberation".
57-letni prezydent zamierza przedstawiać się jako mąż stanu, jedyny, który jest w stanie nawigować statkiem "Francja" w czasach kryzysu. Zadanie ma o tyle ułatwione, że jego główny rywal nie ma żadnego doświadczenia w rządzeniu - Hollande był szefem partii, lecz nigdy nie pełnił choćby funkcji ministra.
Sarkozy już wcześniej uzyskał niespotykane raczej w stosunkach międzynarodowych poparcie niemieckiej kanclerz Angeli Merkel, razem z którą od miesięcy ratuje strefę euro przed upadkiem. Podobno ma się ona nawet pojawić na jego wiecach wyborczych.
Środa przyniosła optymistyczne dla Sarkozy'ego wieści gospodarcze. Podczas gdy w ostatnim kwartale 2011 r. Włochy i Holandia wpadły w recesję, kurczyła się też po raz pierwszy gospodarka niemiecka, Francja odnotowała niespodziewanie dobry wynik: 0,2 proc. wzrostu PKB.
Z drugiej strony Sarkozy powraca do swych ulubionych tematów sprzed pięciu lat, by pozyskać głosy prawicowych wyborców. W wywiadzie dla dziennika "Le Figaro" tydzień temu wiele mówił o ograniczaniu imigracji. Zaproponował też referendum w sprawie nowej polityki, która miałaby zmusić bezrobotnych do podejmowania pierwszej zaproponowanej im pracy zgodnej z ich kwalifikacjami.
Nie wiadomo, czy to wystarczy, by odwrócić fatalne dlań sondaże. W kampanii wiele się jeszcze może wydarzyć. Zasadniczą zmianą byłoby zniknięcie z grona rywali skrajnie prawicowej Marine Le Pen. Kilka tygodni temu kandydatka biła na alarm, że choć cieszy się prawie 20-proc. poparciem wyborców, nie może zebrać wymaganych 500 podpisów wybieralnych urzędników. Gdyby Marine zabrakło, większość jej zwolenników poparłaby zapewne Sarkozy'ego. Według sondażu instytutu Ifop miałby wtedy w pierwszej turze równy wynik z Hollande'em - po 33 proc. Inne instytuty nie prognozują aż takiej zmiany. Dziś sztabowcy Marine Le Pen twierdzą, że mają 400 podpisów.
Już na czwartek wieczorem zaplanowano pierwszy publiczny wiec prezydenta kandydata w Annecy przy granicy szwajcarskiej. W piątek odbędzie się kolejny - w Marsylii na południu kraju. Jak mówią anonimowo jego sztabowcy, podobnie będzie codziennie od świtu do nocy przez najbliższe 66 dni, bo Sarkozy zamierza pokazać, że dla niego niemożliwe jest możliwe.
Na liście brakowało dotąd tylko prezydenta Sarkozy'ego. Choć było tajemnicą poliszynela, że będzie ubiegał się o reelekcję, sam oficjalnie tego nie potwierdzał. Starał się odwlec ten moment, by jak najdłużej sprawiać wrażenie męża stanu skoncentrowanego na walce z kryzysem i niemającego czasu na tak przyziemne rzeczy jak kampania wyborcza.
Teraz on i jego doradcy uznali najwyraźniej, że dłużej zwlekać się nie da. W środę rano prezydent założył konto w serwisie internetowym Twitter. Właśnie za jego pośrednictwem poinformował, że wystąpi w wieczornym dzienniku telewizyjnym najpopularniejszej stacji TF1.
Wieczorem powiedział jasno: "Tak, jestem kandydatem, bo mam wiele do powiedzenia Francuzom i propozycje, które chcę im złożyć". Głównym motywem jego kampanii ma być "silna Francja". Wspominał reformy, które przeprowadził, i zapowiadał, że będą następne. - Mój projekt jest taki, by w centrum wszystkiego umieścić pracę - mówił. Zapowiedział, że w razie sporów będzie oddawał głos Francuzom, czyli odwoływał się do referendów, których dotychczas nigdy nie organizował.
Początkowo planowano, że prezydent zdeklaruje się dopiero w marcu. Posłowie jego prawicowej partii UMP coraz bardziej się niecierpliwili, bo Sarkozy znalazł się w sondażach daleko w tyle za swoim głównym rywalem Hollande'em (a wybory parlamentarne odbędą się miesiąc po prezydenckich, więc wynik pierwszych z pewnością wpłynie na drugie). W drugiej turze na socjalistę zamierza głosować ok. 57 proc. wyborców, na Sarkozy'ego tylko 43 proc.
Prezydent irytuje Francuzów nie tylko swoimi decyzjami (choćby głośne deportacje Romów pochodzących z innych krajów UE), ale i mało dystyngowanym (liczne ustawiane sesje dla tabloidów w towarzystwie żony Carli Bruni), a czasem aroganckim stylem. Najsłynniejszym zdaniem jego pierwszej kadencji było: "Spadaj, biedny głupku" do mężczyzny, który nie chciał uścisnąć mu dłoni na targach rolnych.
Taki wynik byłby nie tylko niespotykaną porażką urzędującej głowy państwa, ale też największą klapą prawicy, od kiedy prezydent jest wybierany w wyborach powszechnych. "Wspinaczka, którą rozpoczyna [Sarkozy], nie jest z niczym porównywalna" - napisał w środę lewicowy dziennik "Liberation".
57-letni prezydent zamierza przedstawiać się jako mąż stanu, jedyny, który jest w stanie nawigować statkiem "Francja" w czasach kryzysu. Zadanie ma o tyle ułatwione, że jego główny rywal nie ma żadnego doświadczenia w rządzeniu - Hollande był szefem partii, lecz nigdy nie pełnił choćby funkcji ministra.
Sarkozy już wcześniej uzyskał niespotykane raczej w stosunkach międzynarodowych poparcie niemieckiej kanclerz Angeli Merkel, razem z którą od miesięcy ratuje strefę euro przed upadkiem. Podobno ma się ona nawet pojawić na jego wiecach wyborczych.
Środa przyniosła optymistyczne dla Sarkozy'ego wieści gospodarcze. Podczas gdy w ostatnim kwartale 2011 r. Włochy i Holandia wpadły w recesję, kurczyła się też po raz pierwszy gospodarka niemiecka, Francja odnotowała niespodziewanie dobry wynik: 0,2 proc. wzrostu PKB.
Z drugiej strony Sarkozy powraca do swych ulubionych tematów sprzed pięciu lat, by pozyskać głosy prawicowych wyborców. W wywiadzie dla dziennika "Le Figaro" tydzień temu wiele mówił o ograniczaniu imigracji. Zaproponował też referendum w sprawie nowej polityki, która miałaby zmusić bezrobotnych do podejmowania pierwszej zaproponowanej im pracy zgodnej z ich kwalifikacjami.
Nie wiadomo, czy to wystarczy, by odwrócić fatalne dlań sondaże. W kampanii wiele się jeszcze może wydarzyć. Zasadniczą zmianą byłoby zniknięcie z grona rywali skrajnie prawicowej Marine Le Pen. Kilka tygodni temu kandydatka biła na alarm, że choć cieszy się prawie 20-proc. poparciem wyborców, nie może zebrać wymaganych 500 podpisów wybieralnych urzędników. Gdyby Marine zabrakło, większość jej zwolenników poparłaby zapewne Sarkozy'ego. Według sondażu instytutu Ifop miałby wtedy w pierwszej turze równy wynik z Hollande'em - po 33 proc. Inne instytuty nie prognozują aż takiej zmiany. Dziś sztabowcy Marine Le Pen twierdzą, że mają 400 podpisów.
Już na czwartek wieczorem zaplanowano pierwszy publiczny wiec prezydenta kandydata w Annecy przy granicy szwajcarskiej. W piątek odbędzie się kolejny - w Marsylii na południu kraju. Jak mówią anonimowo jego sztabowcy, podobnie będzie codziennie od świtu do nocy przez najbliższe 66 dni, bo Sarkozy zamierza pokazać, że dla niego niemożliwe jest możliwe.
Skomentuj:
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX














