Prezydent Komorowski już drugi raz robi na odwrót. Pół roku temu podpisał i posłał do Trybunału Konstytucyjnego zmianę ustawy o dostępie do informacji ze słynną "poprawką Rockiego", ograniczająca dostęp do dokumentów, których pokazanie mogłoby mieć wpływ na interes gospodarczy państwa, ale nie aż tak poważny, by można je było utajnić (konstrukcja sama w sobie dość absurdalna).
Może prezydent chce zjeść ciastko i je mieć: nie narazić się ani na zarzut przeszkadzania rządowi w rządzeniu, ani na krytykę, że nie stoi na straży konstytucji? Tylko, że tak się zachowując, na straży konstytucji nie stoi.
W dodatku wprowadzając ustawę waloryzacyjną w życie i potem ją skarżąc prezydent utrudnia Trybunałowi jej osądzenie. Trybunał będzie bowiem musiał wziąć pod uwagę także to, że jej zakwestionowanie wywoła poważne skutki dla
budżetu państwa: emeryci, którzy na niej stracili mogą domagać się zwrotu niewypłaconych kwot wraz z odsetkami. Takie prawo daje każdemu, kto został dotknięty niekonstytucyjnym prawem art. 417 (1) kodeksu cywilnego. Skutki dla budżetu będą tym większe, im dłużej ustawa działa. A średni czas oczekiwania na wyrok Trybunału to kilkanaście miesięcy. A więc zaskarżanie do Trybunału przez prezydenta ustawy po jej podpisaniu, a nie przed, jest tu rodzajem presji na Trybunał w kierunku orzeczenia zgodności z konstytucją - finanse publiczne są przecież także wartością konstytucyjną.
I nie ma znaczenia, czy ta presja to skutek zamierzony, czy uboczna konsekwencja.