Podczas niedawnej narady z udziałem szefa Rady Bezpieczeństwa Leanida Malcaua i ministra obrony Jurija Żadobina prezydent wyraził zaniepokojenie drastycznymi różnicami płac wojskowych w Rosji i na Białorusi. Obiecał więc podwyżki wszystkim resortom siłowym.
Niestety, z powodu kryzysu nie da się wygospodarować dodatkowych funduszy, Łukaszenka poprosił więc o pomoc Kreml. - Mamy pewną umowę z prezydentem Rosji i już napisałem do niego list w tej sprawie - powiedział. Pieniądze mają być pozyskane w ramach wspólnych białorusko-rosyjskich projektów obronnych.
Generał w stanie spoczynku Walery Frałou przyznaje, że różnica w dochodach rosyjskich i białoruskich wojskowych jest znacząca. - W Rosji major dostaje ok. 3 tys. dol., a u nas - 300. A przecież są wspólne manewry, oficerowie kontaktują się ze sobą i nam zawsze było wstyd z powodu niskich zarobków - mówi "Gazecie" Frałou. - Nigdy jednak nie słyszałem o tym, by jakiś kraj finansował wojsko sąsiada. Wychodzimy na żebraków.
Ponieważ jednak Rosję łączy z Białorusią sojusz wojskowy, generał nie wyklucza możliwości otrzymania finansowego wsparcia dla armii.
Innego zdania jest rosyjski politolog Kirill Koktysz z Moskiewskiego Państwowego Instytutu Stosunków Międzynarodowych: - W obecnej sytuacji to nierealne.
Białoruś się teraz w Rosji nie liczy. Konflikt władzy i społeczeństwa obywatelskiego zepchnął inne tematy na margines.
Tymczasem Łukaszenka obiecał też wojsku tanie
kredyty mieszkaniowe i zwiększenie liczby mieszkań budowanych dla żołnierzy i oficerów. - Poparcie dla prezydenta spadło, więc musi szczególnie dbać o wojsko i "siłowików", którzy gwarantują mu zachowanie władzy - mówi "Gazecie" Alaksiej Janukiewicz, lider opozycyjnej partii BNF.
Jak ocenia państwowy Białoruski Komitet Statystyczny, w ciągu ubiegłego roku dochody Białorusinów zmalały niemal o połowę. Według niezależnych badań opinii publicznej poparcie dla Łukaszenki jest najniższe, od kiedy objął władzę 17 lat temu, i waha się w granicach 20-25 proc.