Drogi Ateisto
Gdyby uwiodły mnie pańskie błyszczące słusznością argumenty, z miejsca padłabym na kolana, aby przepraszać za mojego Boga, który ponoć siarką wonie, czego mój felerny nos przez lata zwąchać nie zdołał. Tymczasem czytam pański tekst raz i drugi, i choć wiem, że pod względem merytorycznym mucha nie siada, to przecież niewiele ma on wspólnego z Prawdą. Tak, z Prawdą.
Ani ja jej nie posiadam, ani pan jej nie wyczyta nawet z kolejnych czterech ton arcyrzetelnych dzieł z dziedziny teoretycznego i praktycznego ateizmu. No chyba, że niczym Spinoza, który w wierszu Herberta szlifował soczewki aż przebił zasłonę, pan również swoje podszlifował i stanął twarzą w twarz ale z... nicością.
Naprawdę widział pan ów pusty firmament, na którym ani Boga, ani śladu nawet żadnej Boskiej Istoty nie ma? Mnie także nie dokucza stuprocentowa pewność wszystkiego, w co wierzę, ale ani mieczem, ani namolnością nikogo nie nawracam. Mimo to zalecałabym odrobinę pokory, zanim następnym razem definitywnie rozstrzygnie pan na łamach "GW", że właściwie Boga nie ma, a kto się uparł w Niego wierzyć, ten równy jest w okrucieństwie Jemu samemu (jeśli polegać na pańskim zalecanym motcie: "Religia sprawia, że dobrzy ludzie robią złe rzeczy").
Jakie to uczucie, tak między jednym felietonem a drugim, palnąć wszem i wobec mówkę z petycją, aby Biblię między bajki włożyć (no dobra, awansem się jednak na półkę z mitologią dostała). A czy pisząc, miał pan jakiekolwiek wątpliwości czy też sama cieplutka pewność siebie zagrzewała do pisania manifestu "My, ateiści"?
Nie sposób z panem o treściach wiary polemizować, bo zasługuje pan na solidnego i charyzmatycznego katechetę, jakim ja z pewnością nie jestem. Podpowiem zaledwie, że panu się tylko wydaje, że wie, o co w chrześcijaństwie "chodzi", podczas gdy tylko coś tam obiło się panu o uszy. W pobieżnym niechętnym spojrzeniu najlepiej też wyłuszczyć grzechy Kościoła, a to, co w nim święte czy wyjątkowe, strategicznie przemilczeć. Owszem, dobry chwyt, ale mało ma wspólnego z rzetelną mobilizacją umysłową piszącego, na jaką zasługuje czytelnik tekstów "Magazynu Świątecznego".
Proszę sobie wyobrazić, że byłam w hiszpańskim muzeum inkwizycji i choć zrobiło na mnie przepotężne i druzgoczące wrażenie, to mojej wiary w Dobrego Boga nie tknęło. Nie wiem, jak w kilku słowach próbować przekonać rasowego ateistę, więc użyję najprostszej metafory: gdyby to pan i pańska twórczość publicystyczna miała pozostać jedynym świadectwem, czy dobry jest pański Naczelny, czy odpowiednio profesjonalny i rzetelny we wszystkim - to z pewnością wiele można by mu zarzucić, a nawet zwątpić w jego istnienie. Czy to jest przykład akuratny, nie panu sądzić, ale nam, czytelnikom, owszem. My, czytelnicy - tak jak wy, ateiści - też swoje wiemy.
Z niekłamanym poważaniem
Małgorzata Wołczyk