My, polscy chrześcijanie, nie różnimy się od innych ludzi ani miejscem zamieszkania, ani językiem, ani strojem. Nie mamy własnych miast, nie posługujemy się jakimś niezwykłym dialektem, a nasz sposób życia nie odznacza się niczym szczególnym. Mieszkamy w miastach i wsiach polskich albo za granicą, jak komu wypadło, stosując się do miejscowych zwyczajów w ubraniu, jedzeniu, sposobie życia, a przecież samym swoim postępowaniem uzewnętrzniamy owe przedziwne i wręcz paradoksalne prawa, jakimi się rządzimy. Jednym słowem: czym jest dusza w ciele, tym są w świecie chrześcijanie.
Niektórzy czytelnicy zapewne już rozpoznali w powyższym akapicie parafrazę słynnego "Listu do Diogneta" z końca II w. Przywołuję ten tekst, by przypomnieć i nam, chrześcijanom, i Krzysztofowi Vardze, jaki jest chrześcijański ideał życia w społeczeństwie. Nie trudno też zauważyć, że nieznany autor starożytny odwołuje się w tym liście do słów swego mistrza, Jezusa z Nazaretu: "Wy jesteście solą dla ziemi ( ). Wy jesteście światłem świata" (Mt 5, 13-14).
Tekst zatytułowany prowokacyjnie "My, ateiści" ("Gazeta Wyborcza" 4-5 lutego 2012) można potraktować jako akt oskarżenia, jaki autor wytacza polskim chrześcijanom. Jednak w głębszej warstwie można ten artykuł też wziąć za przyczynek do dyskusji zatytułowanej: jak polscy niewierzący postrzegają wierzących, ich wiarę i
Kościół.
Czym są owe wspomniane w "Liście do Diogneta" "przedziwne i wręcz paradoksalne prawa, jakimi się rządzimy"? Nie są to naturalnie prawa państwowe, bo te jednakowe są dla wszystkich i tym podlegamy tak, jak wszyscy. Nie są to również prawa kościelne, ponieważ te wywodzą się z rzeczywistości nadrzędnej dla chrześcijan.
Nie piszę tu niczego nadzwyczajnego, a jednak podkreślam fakt o znaczeniu dla chrześcijan najwyższej wagi: centrum naszego życia publicznego i prywatnego jest osoba Jezusa Chrystusa. Z osobowej relacji z nim wyprowadzamy wszystko to, co określa i organizuje nasze życie.
Krzyż jest dla nas na pierwszym miejscu świętym symbolem odsyłającym do tej najbardziej intymnej więzi wiary w osobowego Boga, który "dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba ( ) i stał się człowiekiem. Ukrzyżowany również za nas ( ) umęczony i pogrzebany. I zmartwychwstał trzeciego dnia ( ) I powtórnie przyjdzie w chwale " (Symbol Nicejsko-Konstantynopolitański). Dopiero na drugim miejscu krzyż odbieramy jako symbol tradycji chrześcijańskiej, a niektórzy z nas uznają też w krzyżu symbolikę wartości ogólnoludzkich.
Więc, gdy Krzysztof Varga pisze, że spór o krzyż w Sejmie to był "klasyczny temat zastępczy, bez związku z realną sytuacją obywateli", muszę zaprotestować. Bo realna sytuacja chrześcijanina to nie tylko podatki, system opieki zdrowotnej i nasza obecność w Unii Europejskiej, ale także - a może przede wszystkim - jego realna więź z Bogiem oraz cały asortyment wartości i powinności, które z tejże relacji wypływają. A przecież to właśnie symbolizuje krzyż.
Naturalnie jego obecność lub nieobecność w sali sejmowej nie przeniesie się bezpośrednio na zamianę poziomu życia Polaków czy też ich religijności, ale dyskusji o krzyżu w Sejmie nie da się oddzielić od szerszego kontekstu. I nawet jeśli przy tej okazji kilku pieniaczy (zarówno z prawicy jak i lewicy) będzie chciało zbić jakiś kapitał polityczny, to nie zmienia to faktu, że więź chrześcijan z krzyżem oraz tym, co on symbolizuje, jest czymś najbardziej realnym, co stanowi o ich być albo nie być.
*** Mimo swego ateizmu Krzysztof Varga docenia "epokowy wpływ wiary chrześcijańskiej na rozwój naszej kultury". Wykorzystuje jednak to bogactwo do tego, by zdyskredytować współczesne polskie chrześcijaństwo, a konkretniej Kościół rzymskokatolicki w Polsce. Gładkie hasło "Msza h-moll Bacha - tak, kazanie biskupa Michalika - nie" demaskuje autora.
Po pierwsze metropolita przemyski jest arcybiskupem, a nie biskupem. To oczywiście szczegół, jednak tytułowanie kogoś publicznie doktorem, gdy faktycznie piastuje profesurę, po prostu jest nieeleganckie i świadczy o tym, że publicysta "Gazety Wyborczej" nie zadał sobie trudu sprawdzenia tej informacji. Ale to, powiadam, szczegół. Ważniejsze jest to, że ten chwytliwy slogan zbudował na opozycji konkretnego arcydzieła muzycznego, które wszyscy zainteresowani mogą sobie odsłuchać, wobec jakiegoś bliżej nieznanego kazania przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski.
Arcybiskupowi Józefowi Michalikowi zdarzają się słabsze wypowiedzi czy kazania, zgadzam się. Jednak gdyby Krzysztof Varga odwiedził jego stronę internetową i przeczytał np. list zatytułowany „Ubóstwo kapłana realizacją Ewangelii”, który metropolita przemyski skierował do księży swojej archidiecezji, znalazłby tam i takie myśli: „Mamy prawo do zapracowanej »strawy «, ale do niczego więcej” - to o pensjach księży. A o problemie opłat za posługi duszpasterskie pisze tak: „Ofiara składana przy tych okazjach musi pozostać »ofiarą «, a nie taksą czy »ceną « za posługę. Duszpasterze nie mają prawa żądać, określać wielkości ofiary ani uzależniać od jej złożenia spełnienia posługi sakramentalnej i duszpasterskiej”.
Przytaczam te cytaty nie po to, by bronić hierarchy, ale po to, by wykazać schematyczność i nierzetelność wywodu Krzysztofa Vargi. Równie dobrze mógłbym błysnąć sloganem: "Heban" Kapuścińskiego - tak, artykuł Vargi - nie. Gdzie afrykańska summa będzie symbolizowała mój szczery podziw dla arcydzieł, jakie wyszły spod piór polskich reportażystów, a jakiś nieokreślony artykuł redaktora Vargi stanie się synonimem kryzysu współczesnego dziennikarstwa. Prawda, że przewrotne?
Rzecz jasna rozumiem, że za sloganem autora kryje się podziw dla pięknych wytworów kultury inspirowanej chrześcijaństwem oraz rozgoryczenie wobec słabości współczesnego polskiego Kościoła. Tylko że za czasów Bacha też byli lepsi i gorsi biskupi, a Kościół borykał się z w wieloma problemami. Nic się nie zmieniło w tym względzie.
*** Czy rzeczywiście racjonalny ateizm jest tak groźny dla chrześcijaństwa? Nie sądzę. Nie boimy się racjonalnych ateistów, a szczególnie takich, którzy piszą świetne książki. Od zawsze, od samego początku Kościoła - odkąd prawie wszyscy apostołowie uciekli spod krzyża, na którym umierał Jezus, a Piotr wyparł się trzykrotnie mistrza - największym zagrożeniem dla chrześcijaństwa są sami chrześcijanie. Zarówno biskupi z księżmi, jak i wierni świeccy. To my sami oddajemy pole światowi konsumpcji i bezideowości, to my i nasi pasterze wciąż nie potrafimy odpowiedzieć sobie na pytanie, jak skutecznie nieść dzisiejszemu zmieniającemu się światu orędzie miłości, nie rezygnując przy tym z istotnych elementów naszej wiary. Tak, jest to naszym poważnym problemem. Nie znaczy to jednak, że przestaliśmy podążać za Jezusowym wezwaniem do bycia solą ziemi i światłem świata.
Nie zamierzam tu polemizować z treścią książki, którą Krzysztof Varga w swoim tekście cytuje. Temu trzeba by poświęcić odrębny i bardzo szeroki tekst. Interesujące jednak jest to, jaki obraz polskich wierzących, ich Kościoła oraz Boga wyłania się w artykułu "My, ateiści".
Oto my, polscy chrześcijanie, w wersji a la polski racjonalny ateista: bronimy krzyża w Sejmie; jesteśmy w trudnej sytuacji, tylko nie wiadomo, czy zdajemy sobie z tego sprawę; skupiamy się na wybrykach Palikota zamiast dostrzegać prawdziwe zagrożenia; brakuje nam refleksji nad współczesnymi przemianami i odpowiedniego dostosowania się do nich, a jeśli już, to są to zmiany w ślimaczym tempie; nasza autorefleksja ma prędkość żółwia; ubywa nam wiernych, a przybywa ateistów; nasza ludowa religijność zakrawa na magiczność; nasz Bóg nie reaguje na ludzkie cierpienia, a wręcz jest mięsożerny; naszą świętą księgę, Pismo Święte, powinna się nazywać mitologią chrześcijańską, ponieważ pełna jest mitów, jak np. ten o potopie; nasza religia sprawia, że dobrzy ludzie robią złe rzeczy. Dla pełni obrazu trzeba przypomnieć, że Krzysztof Varga pozytywnie patrzy na wkład chrześcijaństwa w rozwój kultury, samej wierze nie odmawia miejsca we współczesnym świecie, a siebie samego nazywa nawet ateistą w pewien sposób tęskniącym za obecnością Boga.
Konieczne by były zapewne szczegółowe badania, skąd wziął się taki a nie inny obraz wierzących i ich Boga. Uogólniając, można by pewnie przyjąć, że jest to wypadkowa osobistych doświadczeń i ograniczeń autora oraz faktycznych problemów polskich chrześcijan. Zasadnicze pytanie, jakie tu się rodzi, to kwestia proporcji. Dlaczego w oczach ateisty wizerunek polskiego Kościoła to arcybiskup Michalik i jego któreś słabsze kazanie, a nie np. siostra Małgorzata Chmielewska i dzieło jej Wspólnoty „Chleb życia”? Jakie błędy popełniamy my, chrześcijanie a jakie ci, którzy podzielają wizję Vargi? I w końcu, last but not least, czy mimo wszystko możliwe jest nasze spotkanie, uzyskanie minimalnego porozumienia? Wszak nie musimy razem chodzić do kościoła, by wspólnie troszczyć się o dobro naszego kraju.
*** W 2010 r. na ekrany francuskich kin wszedł film "Ludzie Boga" Xaviera Beauvois. Niewierzący reżyser opowiedział w nim tragiczną historię wspólnoty mnichów żyjących w górach Atlas na północy Algierii. Nikt nie spodziewał się, że ta kameralna i religijna opowieść przyciągnie ponad 3 mln ludzi w samej Francji, a reżyserowi przyniesie Grand Prix festiwalu w Cannes.
Cóż to mówi o "najstarszej córze Kościoła", gdzie laickość państwa jest dogmatem? Prawdopodobnie jest to wyraz tej samej tęsknoty za obecnością Boga we współczesnym świecie, o której szczerze pisze Krzysztof Varga. Bo współczesny człowiek - nawet jeśli sam siebie nazywa ateistą lub jeśli podziela wyżej nakreślony wizerunek Kościoła - to jednak chciałby za sąsiadów mieć ludzi Boga.
*Konrad Sawicki- teolog, publicysta, menedżer, stały współpracownik "Więzi"