http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Sting: sława czy chała?

Robert Sankowski
2012-02-11, ostatnia aktualizacja 2012-02-12 21:24

Sting na koncercie w Warszawie, 2005. Koncert zorganizowano z okazji zmiany nazwy jednej z sieci telefonii komórkowej
Sting na koncercie w Warszawie, 2005. Koncert zorganizowano z okazji zmiany nazwy jednej z sieci telefonii komórkowej
Fot.Bartosz Bobkowski / AG

Wydarzenie przyszłego tygodnia: W środę i czwartek w warszawskiej Sali Kongresowej wystąpi Sting. To znaczy kto? Uosobienie rockmana z klasą i artystycznymi ambicjami czy symbol muzycznej konfekcji, który wyprzedaje resztki z dawnej wielkości?

ZOBACZ TAKŻE
SONDAŻ
Kiedy Sting był najlepszy?

z The Police
na pierwszych płytach solowych, z jazzmanami
grając pop (lata 90.)
w wersji symfonicznej
gdy śpiewał "I Want My MTV" w piosence Dire Straits "Money For Nothing"
jako aktor filmowy
gdy grał z Garrim Kasparowem w szachy

Sting na tak

czyli każda mała rzecz, którą on robi, to magia

Powyższa parafraza tytułu jednego z przebojów grupy The Police to zasługa recenzenta gazety "The Washington Examiner", który w październiku ubiegłego roku w ten sposób opisywał z entuzjazmem najnowszą inkarnację Stinga. "Back To The Basis" to trasa, na której wokalista po trwającej kilka lat przygodzie z mniej rockowymi brzmieniami powrócił do gitarowych źródeł. Nie przypadkiem szyld najnowszego tournée zawiera szczególną językową dwuznaczność. Daje się przetłumaczyć jako "powrót do podstaw". Ale gdyby wyrzucić z niego "i", byłby to przecież "powrót do basu". Sting przypomina publiczności, że na początku kariery był przede wszystkim rockmanem. Porywającym wokalistą i zarazem ciekawym instrumentalistą, który z równą swobodą kokietował fanów oryginalnym, nieco zachrypniętym głosem, jak i partiami gitary basowej, które przecież w mocno czerpiącym z estetyki reggae The Police odgrywały rolę niebanalną. Teraz znów złapał za instrument, a swoje przeboje - te z płyt solowych, i te pamiętające jeszcze czasy jego macierzystego zespołu - gra na koncertach w prostych, momentami wręcz surowych, rockowych wersjach.



To nowe wcielenie byłego frontmana The Police spodobało się nie tylko dziennikarzowi z Waszyngtonu. Podobne recenzje Sting zebrał za występy w wielu innych amerykańskich miastach. Teraz podróżuje z tym samym materiałem po Europie i najwyraźniej też może liczyć na świetne przyjęcie. Także w Polsce. Początkowo miał zagrać u nas jeden koncert. Impreza wyprzedała się tak szybko, że organizatorzy szybko dodali drugi występ artysty. Bilety na ten wieczór też bez problemu znalazły nabywców.

Jak zresztą zawsze, gdy Sting przyjeżdża do Polski. I nie tylko tutaj. Wokalista ma armię zagorzałych wielbicieli, których wychował przez całą swoją karierę, skutecznie przyzwyczajając do różnych stylistycznych wolt, niekiedy wystawiających ich estetyczne oczekiwania na poważną próbę. Choć wielką popularność (a przy okazji ogromne pieniądze) zdobył w rockowym bądź co bądź The Police, zawsze był muzykiem z ambicjami i - co chyba ważniejsze - umiejętnościami wykraczającymi daleko poza ograniczenia tego jednego gatunku.

Urodzony w 1951 roku jako nastolatek chodził na koncerty takich gigantów muzyki rockowej lat 60. jak Jimi Hendrix czy Cream. W swoich wspomnieniach przyznaje się do obsesyjnej wręcz fascynacji Beatlesami. Gdy jednak zaczął grać, poszedł w kierunku muzyki jazzowej. W drugiej połowie lat 70. zachęcony eksplozją punka wrócił do prostszego grania i został frontmanem The Police. Krytycy początkowo uznali zespół za jeszcze jednego reprezentanta rockowej nowej fali. Ale The Police nigdy nie pasowało do tej sceny. Ani generacyjnie, bo muzycy grupy byli starsi od punkowców. Ani artystycznie, bo choć pisali rockowe piosenki, to nawet w swoich największych przebojach udowadniali, że pod względem techniki gry na instrumentach i pomysłów aranżacyjnych ambicjami biją nowofalowców na głowę. The Police łączyło rock, pop, reggae i inne gatunki muzyki karaibskiej, soul i nową falą ze swobodą niedostępną większości współczesnych grupie wykonawców.

Zespół zapewnił Stingowi status gwiazdora. Ale szybko udowodnił, że jego ambicje sięgają znacznie dalej. I że za tymi ambicjami idą możliwości. Jeszcze gdy zespół istniał, podjął pierwsze próby solowe. Równolegle objawił się jego talent aktorski (rola w legendarnej "Quadrophenii"). Na co go stać w pełni pokazał dopiero, gdy The Police się rozpadło. Jako muzyk zwrócił się ku ambitnej muzyce pop, bardzo mocno zabarwionej jazzrockowym graniem. Do nagrania świetnego debiutanckiego albumu solowego "The Dream Of The Blue Turtles" zaprosił świetnych muzyków jazzowych takich jak Kenny Kirkland, Darryl Jones, Omar Hakim czy Branford Marsalis. Jako aktor zagrał między innymi w "Diunie", "Obfitości" i "Burzliwym poniedziałku".



Z idola awansował do roli rockowego intelektualisty, który śmiało realizuje swoje nie tylko artystyczne pomysły. Jeszcze w The Police zaczął wspierać akcje organizacji zajmujących się obroną praw człowieka. Bardzo mocno związał się z Amnesty International. Już jako solista grał na specjalnych koncertach firmowanych przez organizację. Wspierał obronę lasów deszczowych i prawo plemion amazońskich do zachowania swojej kultury, popierał też ruchy domagające się rozliczenia zbrodni popełnianych przez junty w Ameryce Południowej. Aktywistą pozostał do dziś - brał udział w koncercie "Live 8", organizował też pomoc dla zniszczonego trzęsieniem ziemi Haiti.

Jako muzyk nagrywał różne płyty. Ale nawet na tych gorzej przyjmowanych przez krytykę poszerzał granice swojego stylu. Sięgał po bossa novę, folk, muzykę etniczną, rytmy taneczne. Jak bardzo wszechstronnym jest artystą, udowadniał wiele razy w ostatnich latach. Z jednej strony zaangażował się w reaktywację The Police. Z drugiej zaczął nagrywać płyty, które nie mają nic wspólnego nie tylko z rockiem, ale też w ogóle muzyką współczesną. Najpierw na "Songs From The Labyrinth" wspólnie z lutnistą Edinem Karamazovem odświeżył klasyczne barkowe pieśni Johna Dowlanda. Potem nagrał płytę "If On a Winter's Night...", na której połączył folk i pop z muzyką dawną. Wreszcie ruszył w trasę, na której śpiewał swoje największe hity z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej. - W tej zabawie nie chodzi wcale o to, żeby być najlepszym wokalistą na świecie. - mówi o sobie. - Ważne jest tylko, żebyś był wyjątkowy.

Sting na nie,

czyli kogo trzeba będzie zastrzelić, gdy wybuchnie muzyczna rewolucja

Tym razem to rzecz jasna nie cytat ze Stinga, tylko z Nicka Hornby'ego i jego słynnej książki "Wierność w stereo". Gdy wymyśleni przez Hornby'ego bohaterowie - Rob Fleming i pomagający mu w jego sklepie płytowym sprzedawcy - ustalali listę pięciu zespołów lub artystów, którzy będą pierwszymi ofiarami muzycznej rewolty, pod ścianę wysłali ówczesne symbole obciachu. Co bossa znaczące, nie postawili na bezbarwne gwiazdki produkujące miałki pop, lecz wykonawców z pretensjami lub takich, którzy kiedyś grali dobrą muzykę, aby potem zdradzić ideały. W piątce znaleźli się więc Simple Minds, Michael Bolton, U2, Bryan Adams oraz Genesis. Stinga zabrakło. Ale "Wierność w stereo" to książka z połowy lat 90. Wokalista The Police nie miał wówczas najlepszej passy, jego wielka gwiazda na chwilę przygasła, a na dodatek nagrywana wówczas przez niego muzyka dawała nadzieję, że zawsze może się jeszcze nawrócić na dźwięki, które zaakceptują najwięksi ortodoksi. Od tego czasu dużo jednak się zmieniło i Sting zrobił sporo, aby wylądować na czarnej liście muzycznych rewolucjonistów.

Tak naprawdę za muzycznego reakcjonistę łatwo byłoby uznać go już na samym początku kariery. Jazz w czasach punkowej rebelii był na cenzurowanym nieomal tak samo jak rock progresywny. Muzyk rockowy, który potrafi grać na instrumencie? Równie dobrze można było głosić sympatię dla Trockiego w stalinowskiej Rosji. Część prasy muzycznej szybko zresztą zaczęła zarzucać The Police, że to zespół nieautentyczny, który postanowił wypromować się na młodzieżowej modzie. Panowie z grupy zresztą niespecjalnie się tego wypierali. Pozwolili sobie nawet na sesję zdjęciową, w której pozowali z plikami dolarów wypychających im kieszenie ubrań. Cynizm czy tylko autoironia? To pytanie nieraz powracało także przy okazji solowej kariery Stinga.

W połowie lat 80. był już multimilionerem i ikoną popkultury, mógł więc realizować najbardziej śmiałe pomysły. Jazz z popem rzadko przegryzają się zupełnie bezboleśnie. Stingowi i jego współpracownikom się udało, ale nie wszyscy to docenili. Dla armii fanów wokalista stał się synonimem artysty z ambicjami, twórcą muzyki wysmakowanej, dopracowanej w każdym szczególe, eleganckiej. Dla krytyków, którzy nie potrafili kupić jego nowej estetyki - typowym rockmanem z przerośniętym ego, który, próbując realizować wybujałe artystowskie ambicje, brnie w ślepy zaułek. Zwłaszcza przełom wieków w karierze Stinga zdawał się potwierdzać tę drugą opcję. Zdarzało mu się wówczas nagrywać świetne piosenki. Świetne płyty - już nie.



Sting wzbudza kontrowersje nie tylko jako muzyk, ale także celebryta. Gordon Sumner urodził się i wychował pod Newcastle, tuż przy samej granicy ze Szkocją. Dziś podkreśla, że nie używał swojego imienia i nazwiska tak dawno, że bardziej utożsamia się ze swoim pseudonimem. Ta zmiana najwyraźniej pociągnęła za sobą przemianę tożsamości. Choć pierwsze ćwierć wieku swojego życia spędził na północy Anglii, zapomniał o lokalnym akcencie Geordie i posługuje się wzorową angielszczyzną z południa. Choć jest synem fryzjerki i mleczarza, pozuje na rockowego arystokratę. Nawet w jego społecznym zaangażowaniu łatwo dopatrzyć się pozy, jakiej w latach 80. uległo kilku rockmanów, którzy nagle przeistoczyli się w politycznych aktywistów (bardziej wyraziście widać to tylko w przypadku Bono).

Niby Sting potrafi zachować do tego wszystkiego dystans. Wystąpił na przykład w jednym z odcinków kontrowersyjnej kreskówki "Simpsonowie". Podłożył głos pod samego siebie - animowanego Stinga, który był napuszonym celebrytą z ustami pełnymi frazesów o ratowaniu Matki Ziemi. Ale spora część fanów i tak woli pamiętać mu wywiad sprzed kilkunastu lat, w którym oprowadzał dziennikarza po swojej wielkiej posiadłości, opowiadając przy tym, jak dzięki jodze potrafi uprawiać ze swoją żoną Trudie seks trwający siedem godzin. Gdy po latach wyznał, że cały ten wywiad był żartem i tak naprawdę nieustannie podpuszczał reportera, nie wszystkich udało mu się przekonać.



Ostatnio stawia na różnorodność. Sięga po swoje sprawdzone przeboje, aby za chwilę nagrywać płyty zupełnie zaskakujące. Sting sięgający po muzykę dawną i grający trasy z orkiestrą symfoniczną jawi się trochę jako artysta, który, dojrzewając, chce również, aby razem z nim dojrzewała jego publiczność. Najwierniejsi fani to doceniają. Krytycy zawsze znajdą powody, aby krytykować. Do kogo na przykład adresowany jest album "Songs From The Labyrinth"? Puryści muzyki klasycznej znają zapewne wiele lepszych wykonań tego repertuaru. Dla sporej części popowej i rockowej publiki takie granie to zwyczajne nudziarstwo. Sting faktycznie funkcjonuje dziś jako gwarant wykonawczej elegancji i wysokiego standardu. Czy jednak w ten sposób nie mówi się o twórcach muzycznej konfekcji, którzy zapewniają rozrywkę muzycznym snobom, a nie poszukiwaczom nowych wrażeń i wyzwań?

- Moja praca polega na tym, aby piosenki, które napisałem 30 lat temu, śpiewać tak, jakby powstały dzisiaj rano - mówi Sting. To jeszcze raz szczerość i autoironia czy zawoalowany cynizm?

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':