Nie miała pani żadnych oporów, żeby zagrać osobę żyjącą, która być może kiedyś zobaczy ten film i zechce go skomentować?
Meryl Streep: Przez pół filmu gram Margaret Thatcher, której nigdy nikt nie widział publicznie, o której nikt nie ma pojęcia, osobę starą i schorowaną. Nie czułam jednak obciążenia, wręcz przeciwnie - wolność i dowolność w kreowaniu tej części jej życia. Niektórzy uważają za wstydliwe pokazywanie schyłku człowieka. Jedyny wniosek, jaki stąd płynie, jest taki, że wciąż uważa się starość i niedołężność za wstydliwy temat, coś, czego na pewno nie powinno się pokazywać w filmie. I to mnie osobiście gorszy. Wiem dobrze, co to jest starość, demencja. Traktuję to jako coś naturalnego. Tak samo jak naturalna jest nasza ciekawość prywatnego życia znanych osób i liderów politycznych, które toczy się za zamkniętymi drzwiami. W gruncie rzeczy poprzez historie znanych i ważnych ludzi opowiadamy historie o nas samych.
Jak przygotowywała się pani do roli?
- Oglądałam dużo archiwalnych nagrań Margaret Thatcher. Najtrudniejsze było dla mnie opanowanie mówienia na jednym oddechu, tak jak ona to miała w zwyczaju. To musiało mieć dużo wspólnego z tym, jaką była osobą: nie dość, że tryskała energią, to mówiła aż do wyczerpania sensu i utraty tchu. I nigdy nie pozwalała sobie przerwać. Może kiedyś też będę potrafiła tak udzielać wywiadów.
Co panią najbardziej zaskoczyło, jeśli chodzi o Margaret Thatcher?
- Widziałam jej kalendarz i starałam się wyobrazić jej funkcjonowanie na różnych poziomach: szefa rządu, matki i żony. Sama jestem matką i przez całą karierę aktorską pracuję zrywami. Kręcę film przez cztery-pięć miesięcy w roku i potem mam przerwę, spędzam dużo czasu w domu. A ona? Trudno to sobie wyobrazić, ale przez jedenaście i pół roku jej pracy, gdy w rozkładzie dnia pojawiało się dziesięć minut wolnego, ona uważała taki dzień za stracony. Więc jak ona była w stanie w swoim życiu pomieścić obecność dzieci i męża?
Decyzja Margaret Thatcher o zostaniu politykiem zmieniła jej życie na zawsze.
- Jestem pewna, że Margaret Thatcher miała ciężkie dzieciństwo. Była jedną z dwóch córek w rodzinie w czasach, kiedy faworyzowano synów - takie podejście jest zresztą nadal aktualne w wielu częściach świata. Jej ojciec był burmistrzem Grantham, bardzo aktywnym politycznie, ale równocześnie był także pastorem w kościele metodystów. Gdy dostrzegł, że z jego dwóch córek jest ponadprzeciętnie bystra, stwierdził, że będzie pełnić funkcję jego syna. Takie jest moje przeczucie, ale mogę się mylić. Margaret była głodna wiedzy i miała pociąg do nauki. Jej ojciec pomógł jej wyrobić w sobie odwagę, żeby mierzyć jeszcze wyżej. Margaret była nie tylko pierwszą kobieta premierem, ale także pierwszym chemikiem na tym stanowisku. Skończyła chemię na Oksfordzie, a dopiero później prawo.
Powiedziała pani w jednym z wywiadów, że podziwia Margaret Thatcher za to, że nie bała się być przywódcą, chociaż kompletnie nie wiedziała, jak rządzić. Kobietom nadal jest trudniej objąć taką funkcję w polityce niż mężczyznom?
- Z przerażeniem czytałam o tym, jak utrudniano jej drogę awansu w partii. A mimo to została najdłużej sprawującym władzę premierem w XX wieku. W Anglii w tamtych czasach musiała pokonać mnóstwo przeszkód i wszystkie kobiety mogą być jej wdzięczne, że jednak jej się udało. Nawet jeśli nie zgadzamy się z jej opcją polityczną, decyzjami, poglądami, to należy podziwiać jej determinację i wytrwałość.
Podczas konferencji prasowej w Nowym Jorku not. Joanna Ozdobińska