To dobra wiadomość, bo Komisja to instytucja niezwykle ważna dla zapewnienia bezpieczeństwa pasażerów i pilotów. Konflikt na pewno nie wpływał na jakość jej prac.
Ale też z innych powodów minister nie mógł postąpić inaczej. Klich w ostatnich miesiącach pomylił funkcje szefa Komisji z rolą telewizyjnego celebryty i polityka, a to - w przypadku stanowiska takiego jak szef PKBWL, który powinien być wyjątkowo powściągliwy - postawa dyskwalifikująca.
Jako jedyny Polak akredytowany przy rosyjskim Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym (MAK) miał dostęp do prowadzonego przez Rosjan śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej. Niestety, nazbyt często wykorzystywał ten fakt w rozmowach z dziennikarzami, szczególnie telewizyjnymi, choć powinien być w tej sprawie wyjątkowo ostrożny. To on przecież ujawnił tuż po rozbiciu się tupolewa, że dowódca sił powietrznych gen. Andrzej Błasik był w kokpicie. I choć dziś wiele wskazuje na to, że tak było, to jednak Klich nie powinien był tego mówić, nie mając 100-proc. pewności. A wtedy takiej pewności mieć nie mógł. To tylko jeden z wielu przykładów, gdy Klich wybiegał przed szereg.
Żenujące były też przepychanki między Klichem a polskim rządem ws. wyjaśniania tragedii z 10 kwietnia 2010 r. Szef PKBWL grał niezrozumiałą dla mnie rolę mędrca posiadającego patent na prawdę i konsekwentnie odmawiającego - także publicznie - jakiejkolwiek współpracy. W przypadku takiej tragedii to upór szkodliwy.
Najbardziej dyskwalifikująca Klicha była jednak jego próba dostania się do Senatu - przy wykorzystaniu medialnego rozgłosu, który wynikał z jego roli w wyjaśnianiu katastrofy smoleńskiej. W okręgu leszczyńskim zdobył ponad 11 tys. głosów i zajął trzecie miejsce. Ktoś, kto z racji pełnionej funkcji bezwzględnie powinien być apolityczny, stracił tym samym wiarygodność.
Źródło: Gazeta Wyborcza