Wilhelm J. miał 16 lat, gdy w 1964 r. z powodu nieustannych ucieczek z domu dziecka wysłano go do dziecięcego szpitala psychiatrycznego wiedeńskiego uniwersytetu medycznego. Diagnozę postawiono tam od razu: Wilhelm to psychopata. Leczono go, wstrzykując mu skażoną zarodźcem malarii krew, którą pobierano od innych dzieci. Malaria miała być lekarstwem na wiele chorób psychicznych.
W zeszłym tygodniu Wilhelm J., który po terapii zachorował na malarię i przez wiele lat walczył z jej nawrotami, opowiedział swoją historię dziennikarzom. Nad Dunajem zawrzało.
Wydawało się bowiem, że po latach rozliczeń wiemy już wszystko o piekle, jakie przechodzili wychowankowie austriackich sierocińców. Prasa pisała o powszechnym wykorzystywaniu seksualnym i biciu wychowanków przez personel, o tym, że
domy dziecka przypominały więzienia. Kilka miesięcy temu Austriacy dowiedzieli się, że jeden z sierocińców zamieniono na dom publiczny - wychowawczynie pozwalały mężczyznom wykorzystywać dziewczynki.
Komisja, która od dwóch lat zajmowała się badaniem działalności domów dziecka prowadzonych przez
Kościół katolicki, naliczyła ponad 1,4 tys. przypadków wykorzystywania dzieci. Do tego dochodzą setki skrzywdzonych wychowanków domów prowadzonych przez zarządców świeckich.
Jednak o tym, że na dzieciach prowadzono eksperymenty medyczne, Austriacy dowiedzieli się dopiero teraz.
Szpital, w którym leczono Wilhelma J., zarządził śledztwo. Lekarze szukają dokumentacji medycznej z lat 60. i wzywają na rozmowy dawnych pracowników.
Poza zeznaniem mężczyzny dowodów nie ma, bo w jego krwi nie ma już śladu po zakażeniu.
- Ta sprawa to dopiero początek. Do tej pory nie zajmowaliśmy się dziecięcymi szpitalami psychiatrycznymi. Niewykluczone, że czeka nas nowa lawina - mówi "Gazecie" prof. Horst Schreiber, historyk z Uniwersytetu w Innsbrucku.
Już wiadomo, że Wilhelm J. nie jest jedynym dzieckiem, które leczono malarią. Do dziennikarzy zgłosiła się kolejna ofiara. Schreiber opisał zaś ostatnio w prasie działalność Marii Nowak-Vogl, która do 1987 r. kierowała kliniką psychiatrii dziecięcej w Innsbrucku, poza tym była konsultantem i biegłym sądowym.
- Jej obsesją była walka z onanizmem wśród młodzieży. Nowak-Vogl szukała sposobów, by dzieci z tego leczyć dla ich dobra - opisuje prof. Schreiber.
Jedną ze stosowanych przez Nowak-Vogl terapii było podawanie dzieciom hormonów stosowanych do obniżania popędu u bydła. Zastrzyki dostawały nawet dziesięciolatki, choć było wiadomo, że specyfik jest niezwykle szkodliwy. Inna terapia stosowana w dziecięcych psychiatrykach to długotrwałe naświetlanie promieniami rentgena.
W czasie wojny Nowak-Vogl była zadeklarowaną nazistką, funkcjonariuszką Hitlerjugend - wyjaśnia prof. Schreiber. - Po wojnie nikt ani jej, ani jej kolegów nie rozliczył. Pozwolono jej robić karierę i leczyć ludzi. A poglądów nie zmieniła. Dzieci przysyłane z sierocińców traktowała jak króliki doświadczalne, które dla społeczeństwa są bezwartościowe.
Dawni naziści stanowili większość personelu powojennych domów dziecka w Austrii. Charaktery wychowanków łamali biciem, opornych wysyłali do psychiatryków. Hans Krenek podczas wojny selekcjonował dzieci, które potem zabijano, po wojnie zaś został kontrolerem wszystkich sierocińców w Wiedniu.