http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Polityka w multipleksie

Wojciech Orliński
2012-02-12, ostatnia aktualizacja 2012-02-10 15:26

Ryan Gosling jako Stephen. Kadr z filmu
Ryan Gosling jako Stephen. Kadr z filmu "Idy marcowe"
Fot. Best Film

George Clooney jako senator Morris. Kadr z filmu
Fot. Best Film
George Clooney jako senator Morris. Kadr z filmu "Idy marcowe"

Fot. Kino Świat
"Idy marcowe", reż. George Clooney
Żelazna Dama
Żelazna Dama

Materiały prasowe
"Żelazna Dama"

Materiały prasowe
"Żelazna Dama"

Materiały prasowe
"Żelazna Dama"

Materiały prasowe
"Żelazna Dama"
Tematy, które do 2008 roku uważaliśmy za nudziarstwo, teraz są świetnym pomysłem na thriller

Kino polityczne wraca z wygnania. Przez wiele lat krążyło po niezależnych wytwórniach, festiwalowych pokazach i kinach studyjnych. Teraz w multipleksach spogląda triumfalnie na widzów stojących w kolejce po popcorn z plakatów, na których widnieją gwiazdy takie jak Meryl Streep czy George Clooney.

"Idy marcowe" promowane przez tego drugiego pokazują nam tajniki kampanii wyborczej poprzez historię młodego idealisty, który popierając charyzmatycznego kandydata, zmuszony jest do porzucenia iluzji oraz uświadomienia sobie, w jak brudną grę się wpakował.
Na poziomie jednozdaniowego streszczenia takiego jak powyżej nie da się odróżnić "Id marcowych" od "Barw kampanii" z 1998 roku. Wtedy charyzmatycznego kandydata grał John Travolta, teraz George Clooney.

Problem jednozdaniowego streszczenia można jednak łatwo rozwiązać, dodając jedno słowo, które stanowi o zasadniczej różnicy między tymi filmami. To słowo to "pieniądze". "Barwy kampanii" do dziś przyniosły na całym świecie jakieś trzy czwarte ze swojego 65-milionowego budżetu. "Idy marcowe" jeszcze nawet nie weszły do masowego rozpowszechniania, a już z ograniczonej dystrybucji zarobiły właśnie 65 milionów. A kosztowały 12,5 - co znowu pokazuje rehabilitację polityki jako tematu. .
Gdy ktoś chciał w Hollywood wyprodukować film o polityce w latach 90., gwiazdy dawały zaporowe stawki. Bo polityka to śliski temat - pochwalisz lewicę, to podpadniesz prawicy, a do kina w końcu chodzą jedni i drudzy.Teraz jest inaczej. Teraz do filmu o polityce można zgromadzić wspaniały ansambl z Ryanem Goslingiem, Paulem Giamattim i Philipem Seymourem Hoffmanem, akceptujący minimalne stawki ("Idy marcowe" właśnie). Gosling, na widok którego żeńska część widowni wydaje z siebie chóralne westchnienia, może grać wszędzie za dowolne pieniądze - ale woli za minimum zagrać przemianę politycznego idealisty w byłego politycznego idealistę. Z kolei wiecznie młoda Meryl Streep, wywołująca westchnienia męskiej części widowni, i Phylida Lloyd, reżyser musicalu "Mamma Mia!", to filmowy dream team. "Mamma Mia!" pobiła wiele kasowych rekordów, będąc m.in. najlepiej sprzedającym się DVD w dziejach. Na imprezach szlagiery Abby do dzisiaj często puszczane są nie w wersji oryginalnej, tylko właśnie w brawurowej reinterpretacji Meryl Streep.
Jeśli te dwie panie - reżyser i gwiazda "Mamma Mia!" - zabierają się teraz do biografii Margaret Thatcher, to z całą pewnością nie dlatego, że nie mają ciekawszych propozycji. Odwrotnie, tak jak Clooney i Gosling albo Kevin Spacey i Paul Bettany w "Chciwości" po prostu doszły do wniosku, że nie ma dziś ciekawszego pytania niż: jak to się właściwie stało, że znaleźliśmy w tym szambie?

Sklepiki małe i duże



Pytanie samo w sobie rzeczywiście jest bardzo interesujące. Te filmy przecież ze sobą korespondują. Świat pokazany w "Chciwości" to świat wykreowany przez bohaterkę "Żelaznej Damy" i jej ideologicznego pobratymca Ronalda Reagana. To oni znieśli prawne ograniczenia dla sektora finansowego, dzięki któremu postacie grane w "Chciwości" mogą robić to, co robią, a przede wszystkim stają przed życiowymi wyborami, które symbolizuje zwolniony szef analityków grany przez Stanleya Tucciego i jego młody naśladowca grany przez Zachary'ego Quinto. Bohater Tucciego z wykształcenia jest inżynierem budowlanym, bohater Quinto - specjalistą od mechaniki ośrodków ciągłych, czyli mówiąc potocznie, "naukowcem od rakiet". Obaj mogliby pracować w swoich wyuczonych specjalnościach, działając dla dobra społeczeństwa - bohater Tucciego zdążył nawet zbudować jeden most - ale sektor finansowy skusił ich znacznie większymi zarobkami. W rezultacie więc obaj bohaterowie zaprzęgli swoje ponadprzeciętne umysły do zmieniania świata na gorsze, bo wynajdywane przez takich jak oni instrumenty finansowe wywołały kryzys, którego skutki odczuwamy do dzisiaj i być może odczuwać będziemy jeszcze bardzo długo. A wszystko po to, żeby ich szef (wspaniały Jeremy Irons), który już jest bardzo bogaty - stał się jeszcze bogatszy, bo dla prezesa banku lepsza od kryzysu to już jest chyba tylko wojna. Nawet jeśli bank upadnie (albo jak go wyrzucą akcjonariusze), należy mu się przecież sowita odprawa.
Jak stworzyliśmy świat, w którym społeczeństwo lepiej wynagradza tych, którzy niszczą gospodarkę, niż tych, którzy budują mosty i silniki rakietowe? "Żelazna Dama" sugeruje odpowiedź, która nie spodobała się brytyjskiej lewicy.

Thatcher za swoje przywiązanie do konserwatywnych wartości obyczajowych była oczywiście znienawidzona przez brytyjskie feministki. Można jednak zadać przewrotne pytanie, kto więcej zdziałał dla promowania równego statusu kobiet i mężczyzn: czy partia, która jako pierwsza wprowadziła kobietę na stanowisko premiera, czy też partia, której politycy posługiwali się obrzydliwymi seksistowskimi obelgami pod jej adresem? Dlaczego Thatcher, która karierę polityczną zaczynała przecież na lewicy - przeszła do obozu konserwatywnego? Czy nie ma w tym także winy samej ówczesnej Partii Pracy, w której kobiety oczywiście były mile widziane, ale najlepiej w roli uśmiechniętych dziewczątek parzących herbatę dla towarzysza przewodniczącego? Jeśli zaś w latach 80. Thatcher mimo wielkiego wzrostu bezrobocia i obniżenia poziomu życia sporej części społeczeństwa ciągle wygrywała kolejne wybory - to czy nie choć częściowo dlatego, że ówczesna lewica odleciała do swojej Nibylandii? Jeśli ktoś był białym heteroseksualnym mężczyzną, lewica uważała go za wroga publicznego numer jeden. Kobieta miała lepiej, ale pod warunkiem, że była czarnoskórą performerką. Ambitnej córce sklepikarza ówczesna lewica nie miała nic do zaoferowania. Thatcher zmieniła więc barwy klubowe. W pismach Hayeka odnalazła filozoficzne ujęcie systemu wartości drobnego sklepikarza, doskonale rezonującego z całym jej doświadczeniem życiowym. Nie tylko jej. Zbudowała więc na nim niesłychanie skuteczną platformę wyborczą.Tylko że państwem - ani nawet spółką akcyjną - nie można rządzić tak, jak się rządzi rodzinnym sklepikiem. W efekcie wyznawcy etosu drobnego sklepikarza pewnego dnia obudzili się w Wielkiej Brytanii, w której drobnych sklepikarzy zrujnowały wielkie sieci sklepów, bo tylko one mogły skorzystać na thatcheryzmie.

Scenariusze z życia wzięte

Dlaczego w polityce zawsze gorszy towar musi wyprzeć lepszy? Dlaczego wszystkie reformy - czy to przyjmowane przez lewicę, czy przez prawicę - bez względu na pierwotne intencje w końcu zawsze okazują się służyć jakimś strukturom - państwowej biurokracji albo wielkim korporacjom? Na to pytanie bardzo ciekawej odpowiedzi udzielają "Idy marcowe" - i tu dochodzimy do ważnej różnicy między tym filmem a "Barwami kampanii" z 1998 roku, z której może wynikać to, że jeden film poniósł finansową klapę, a drugi już teraz jest finansowym sukcesem (a najlepsze dopiero przed nim). Kontekstem dla "Barw kampanii" była kampania wyborcza Billa Clintona, kontekstem dla "Id marcowych" - kampania Obamy. Pierwszy film powstał na podstawie wspomnień Joe Kleina, rozczarowanego zwolennika Clintona, który obserwował od środka jego udaną kampanię. Drugi na podstawie sztuki Beau Willmona obserwującego nieudaną kampanię Howarda Deana z 2004 roku. Dean początkowo prowadził w sondażach, jako jeden z pierwszych amerykańskich polityków zbudował sobie silny ruch oddolnego wsparcia ponad partyjnymi strukturami i tradycyjnymi mediami - znaczną część wpłat na jego kampanię stanowiły drobne datki od internautów.
W bezpośredniej konfrontacji z potęgą politycznych układów wszystko to rozsypało się jak domek z kart. Czarny PR i personalne intrygi spin doktorów (podobne do tych, które widzimy w filmie) wykluczyły Deana z pierwszej ligi graczy w prawyborach. Ostatecznie Partię Demokratyczną w 2004 roku reprezentował John Kerry, który stanął przeciwko George'owi W. Bushowi - by jako kolejny demokrata przekonać się, że jeśli chodzi o czarny PR i personalne intrygi spin doktorów, mało kto potrafi podskoczyć Partii Republikańskiej. Nawiasem mówiąc, dlatego nie mogę się już doczekać filmu, który ma to wreszcie pokazać od drugiej strony, czyli "Game Change" - o niezwykłej drodze Sary Palin (Julianne Moore) do republikańskiej nominacji na wiceprezydenta. Tak absurdalnej, że dla odmiany wybory wygrał demokrata.

Howard Dean przedstawił sensowny program, dlatego prowadził w sondażach, dopóki chodziło jeszcze o programy. To nadaje innego wymiaru opowieści o rozczarowanym idealiście. Clinton nie proponował nic nowego co do meritum, we wszystkich istotnych kwestiach podzielał poglądy Republikanów. Zachował Alana Greenspana jako strażnika Rezerwy Federalnej (mianował go na to stanowisko jeszcze Ronald Reagan w 1987 r.), którego fundamentalne draństwo widzimy w "Chciwości". Jaki potencjał dramatyczny miałby wynikać z tego, że za uśmiechniętą maską kandydata na prezydenta kryje się dokładnie taki sam cynik jak cała reszta? Żaden. A jaki dramat, taka frekwencja w kinach ("Barwy kampanii" okazały się klapą).
W "Idach marcowych" jest inaczej. Tam fikcyjny kandydat na prezydenta grany przez George'a Clooneya nareszcie mówi kilka sensownych rzeczy, których w amerykańskiej polityce jakaś dziwna siła zabrania mówić liczącym się kandydatom. Że czas skończyć z niesprawiedliwym systemem podatkowym, który sprowadza się do dotowania najbogatszych przez najuboższych. Że Ameryka powinna odzyskać utraconą pozycję technologicznego lidera i najlepiej nadaje się do tego rozwijanie obiecującej technologii ogniw paliwowych. Najlepszym sposobem na pokonanie terrorystów jest uniezależnienie się od ich ropy. Ameryka przodująca w samochodach napędzanych wodorem byłaby nie tylko technologicznym liderem, ale także krajem, który przestaje już być uwikłany w to, co się dzieje w Iraku, Iranie czy Arabii Saudyjskiej, a cieśnina Ormuz stałaby się zapomnianym zakątkiem świata.
George Clooney, który w tym filmie mówi takie mądre rzeczy jako fikcyjny gubernator Morris, ciągle jest na drugim planie. Bo na pierwszym jest jego początkujący PR-owiec grany przez Ryana Goslinga - przekonany, że ta praca to coś więcej, że to szansa na zmianę świata. Że on będzie kimś innym niż jego starsi koledzy, grani przez Paula Giamattiego i Philipa Seymoura Hoffmana. Obserwujemy, jak przystojniaczek Gosling uczy się reguł tej gry. A liczy się w niej tylko jeden cios: kop w jaja, cała reszta to tylko rozgrzewka i wymiana uprzejmości. I przemiana Goslinga z idealisty w cynika jest właśnie tym prawdziwym dramatem, którego brakowało "Barwom kampanii".
To nie jest kwestia tego, że scenarzyści jednego filmu mieli lepsze pomysły. W obu wypadkach kluczowe pomysły brano prosto z życia. Ale dopiero teraz, pod koniec pierwszej kadencji Obamy, który za cenę przepchnięcia czegokolwiek przez Kongres musi każdy projekt ustawy rozwadniać tak bardzo, że zamienia się on we własną parodię - widzimy w tym prawdziwy dramat. My - kinomani w Warszawie, w Londynie, w Atenach i w Los Angeles, stojący w kolejce po popcorn i zastanawiający się nad tym, ile w jego cenie stanowią podatki i gdzie one idą. Oraz dlaczego te podatki płacimy właśnie my, a nie najbogatsi obywatele naszych krajów.

Doktor Guss i królik w cylindrze

I doszliśmy do najważniejszej różnicy między kinem politycznym sprzed dwóch dekad i tym obecnym. Politykom w dzisiejszych filmach o coś chodzi. To mogą być politycy prawdziwi lub fikcyjni, prawicowi lub lewicowi, ale zawsze mają wyrazisty program. Jaki program miał Jack Stanton grany w "Barwach kampanii" przez Johna Travoltę? Co David Palmer, fikcyjny prezydent z serialu "Przez 24 godziny", myśli o podatkach albo o wojnie w Iraku? Przez pięć sezonów i dwie kadencje dowiedzieliśmy się właściwie tylko tego, że Palmer chciałby ochronić przyrodę Alaski.
Do niedawna w popkulturze, a zwłaszcza w kinie i telewizji, dominowała wizja "polityki apolitycznej", w której zadaniem prezydenta jest obrona ludzkości przed inwazją z kosmosu, ewentualnie własnoręczna walka z terrorystami, którzy porwali prezydencki samolot. Podatki? Oświata? Służba zdrowia? Takimi drobiazgami ekranowi politycy nie zaprzątają swoich przyprószonych dystyngowaną siwizną dostojnych głów. Szlachetnym wyjątkiem jest serial "Prezydencki poker", którego scenarzysta Aaron Sorkin nieprzypadkowo jest teraz u szczytu popularności (to on napisał "Social Network"!). Czekam z niecierpliwością na zapowiedziany na koniec roku jego kolejny serial - "The Newsroom", w którym zabierze się do świata mediów.

Polityka nas nudziła i brzydziła, więc jeśli już mieliśmy polubić ekranowego polityka - musiał być politykiem apolitycznym. Takim jak Jack Stanton czy David Palmer albo premier Turski z polskiego serialu "Ekipa". W tym serialu jest scena, która jak w pigułce skupia popkulturowe marzenie o polityce apolitycznej. Premier Turski, naukowiec i "człowiek spoza układu", przyprowadza swojego kolegę, doktora Gussa. Doktor Guss mówi niezrozumiale, ma na głowie dziwną czapeczkę i ciągle coś stuka na palmtopie, co ma nam zasygnalizować, że jest geniuszem. Dzięki jego obecności premier Turski nie musi się martwić o zbilansowanie budżetu, bo doktor Guss wyciąga dowolną sumę jak prestidigitator królika z cylindra - coś tam bełkotliwie mamrocząc o "funduszach hedgingowych". Wtedy jeszcze tego rodzaju politycy byli naszym marzeniem. Chcieliśmy, żeby po prostu mieli pieniądze. Jak nie mają - to niech wezmą jakiegoś Gussa i wyczarują, bylebyśmy przeszli do ciekawszych spraw, takich jak atak neonazistów.
Ale już po 2008 roku finansista, który obiecuje wyczarowanie pieniędzy z niczego, budzi w nas raczej przerażenie niż aprobatę. W "Chciwości" zobaczyliśmy, czym to się kończy, kiedy - jak w tym filmie - okaże się, że "w formule był błąd". Geniusz wzruszy ramionami, że to nie jego problem, i odejdzie, bawiąc się swoim palmtopem - to przecież my, a nie on, stracimy miejsca pracy. Kryzys uświadomił nam, że te cyferki na paskach informacyjnych opisują nie jakieś sprawy toczące się gdzieś na Marsie, tylko nasze życie, tak boleśnie uzależnione od stóp procentowych, kursu franka i greckich obligacji. A co za tym idzie tematy, które do 2008 roku uważaliśmy za nudziarstwo, teraz wydają nam się świetnym pomysłem na thriller.Dziś bardziej od prezydenta wysyłającego na Bliski Wschód żołnierzy bardziej ekscytuje nas prezydent szukający pomysłu na to, jak ich stamtąd wyciągnąć. Bardziej od terrorystów zagrażających naszej demokracji boimy się dziś spin doktorów i cyników wykorzystujących luki tej demokracji do blokowania debaty na tematy, których istotność wreszcie doceniliśmy.
Polityk może mieć walizeczkę z kodami do rakiet jądrowych i telefon do Jamesa Bonda albo Jacka Ryana. Ale trzyma też w rękach nasze pieniądze. Dopiero teraz zrozumieliśmy, że to jest ważniejsze.

Źródło: Duży Format
  • 1
  • 1
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    14 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':