Różne są bezpośrednie powody, choć wszędzie to samo rewolucyjne narzędzie komunikacji i organizacji - internet. I wszędzie jest podobne zaskoczenie klasy politycznej, która nie ma pojęcia, jak rozmawiać z takim ruchem, jak jego postulaty przenieść w realną sferę polityczną. Zrewoltowana młodzież też nie wie, jak siłę swej sieciowej rewolty przekuć w narzędzie zmiany realu bez zanurzenia się w skompromitowaną polityczną grę. Jak zmienić świat, pozostając nieskalanym.
Ileż ja czytałem artykułów tłumaczących, dlaczego w Polsce żadnych Oburzonych nie będzie. No i proszę, mamy największe manifestacje od 20 lat i nikt tu nikogo autokarami pod siedzibę rządu nie zwozi. Ciekawie jest obserwowanie polityków przechodzących przyspieszony kurs sieciowego świata i szukających sposobów rozmowy z nim.
Jestem pewien, że świat będzie lepszy, kiedy wchłonie i jakoś oswoi ten bunt.
Jedno mnie tylko irytuje. W hasłach noszonych na manifestacjach, w wypowiedziach protestującej młodzieży i przedstawicieli organizacji, które stanęły na czele buntu przeciw ACTA, ciągle słyszę, że to oni reprezentują społeczeństwo. W imię wolności biorą w nawias wszystkie instytucje demokratycznego państwa - to oni, zrodzeni z sieci, uważają się za prawdziwą reprezentację społeczeństwa.
Na to ja, życzliwy wszelkim młodzieżowym rewoltom staruszek, nie mogę się zgodzić. Chcecie bronić swojej wolności, chcecie władzy pilnować i ją rozliczać? Wasze prawo. Ale nikt nie zabrał jej na razie demokratycznego mandatu i nikt wam nie dał mandatu obrażania wybranych przeze mnie i miliony ludzi reprezentantów.
Musicie nas wszystkich - łącznie z tymi, którzy nie mają konta na Facebooku - przekonać do swoich racji. Musicie to zrobić w realu, używając pogardzanych często przez was demokratycznych narzędzi dialogu z naszymi reprezentantami.
Źródło: Gazeta Wyborcza