Waszyngton W prawicowej telewizji Fox News z upodobaniem nazywają Baracka Obamę "naczelnym kwestarzem" - zamiast "naczelnym dowódcą sił zbrojnych" - szydząc, że prezydent sprawdził się tylko w roli zbieracza pieniędzy na kampanie wyborcze. Przed jesiennymi wyborami jego sztab zamierza zebrać i wydać miliard dolarów, co byłoby nowym rekordem (w kampanii 2008 r. zebrał 750 mln dol., czyli więcej niż wszyscy kandydaci na prezydenta z roku 2004 razem wzięci). Tydzień temu na reelekcję Obamy zebrano w jeden tylko wtorkowy wieczór 5 mln dol. - kwestowali m.in. jego żona Michelle i wiceprezydent Biden. Ale największym gwiazdorem kolacji z darczyńcami jest sam prezydent, któremu zdarza się wtedy nawet podśpiewywać standardy jazzowe. Obamie łatwo zbiera się pieniądze, ponieważ jest niezwykle sympatyczny, wręcz czarujący. Przyznają to nawet niechętni mu Republikanie. Choć po kilku latach kryzysu tylko czterdzieści kilka procent Amerykanów popiera go jako polityka, aż dwie trzecie lubi go jako człowieka. Ostatnio zrobił furorę klipem
wideo z życzeniami dla słynnej kiedyś, ale wciąż aktywnej, aktorki Betty White, która w styczniu skończyła 90 lat. "Patrząc na ciebie, Betty, zupełnie nie wierzę w te 90 lat, dlatego proszę, żebyś wysłała mi na adres Białego Domu pełny odpis aktu urodzenia"- mówił prezydent. Był to żart z niektórych Republikanów, którzy w zeszłym roku rozsiewali teorie spiskowe, że Obama nie urodził się na amerykańskich Hawajach, tylko poza
USA, dlatego jest prezydentem bezprawnie. Żądali, żeby ujawnił pełny akt urodzenia (choć już kilka lat temu pokazał dziennikarzom skrócony akt urodzenia ze szpitala w Honolulu).
Wczoraj wdoskonałej machinie wyborczej Obamy lekko zazgrzytało za sprawą braci Cardona, właścicieli licznych kasyn i milionerów pochodzenia meksykańskiego, którzy zdobyli majątek w szemranych okolicznościach. Juan José Rojas Cardona - dla przyjaciół "Pepe" - był w 1994 roku podejrzewany w USA o przekręty finansowe i przemycanie marihuany. Wyszedł za kaucją z aresztu w stanie Iowa i ślad po nim zaginął.
Odnalazł się w Meksyku, gdzie jest oskarżany o zlecenie morderstwa konkurenta w biznesie, przekupywanie urzędników i polityków. W styczniu jego brat Carlos przekazał ponad 200 tys. na kampanię Obamy w nadziei, że dawne sprawki zostaną "Pepe" zapomniane. Zbierał pieniądze razem z trzecim bratem - Alberto - już od jesieni (z własnej kieszeni wyłożyli po 30,8 tys. dol. - maksimum, jakie osoba prywatna może w USA podarować partii politycznej, w tym przypadku oczywiście Demokratom). Osiągnęli pewne sukcesy, ale jeszcze niewystarczające. Były szef partii demokratycznej w Iowa Gordon Fisher zwracał się do demokratycznego gubernatora stanu Cheta Culvera, żeby skorzystał zprawa łaski i umorzył stare postępowanie przeciwko "Pepe", ale prośba została odrzucona.
Zasługi braci Cardona opisał "New York Times". Wczoraj sztab Obamy ogłosił, że nie miał pojęcia o ich powiązaniach i odda wszystkie pieniądze, które podarowali oni sami albo zebrali od innych. Cała sprawa to ewidentny wypadek przy
pracy, który osobiście nie obciąża prezydenta ani członków jego sztabu. Ale pojawiły się też niezależnie informacje, że sztab nieco obniża moralne standardy kampanii.
Chodzi o tzw. niezależne komitety wyborcze (nazywane w skrócie SuperPAC - ami), które Obama krytykował, ale teraz sam zamierza z nich korzystać. Są one kuriozum prawnym, które powstało po wyroku sądu najwyższego w 2010 roku. Mogą przyjmować dowolnie duże dotacje od kogokolwiek zechcą, firm czy osób prywatnych, pod warunkiem że "nie koordynują swoich działań z kandydatem". W praktyce przepis jest kpiną, ponieważ np. komitet Restore Our Future (Odbudujmy Naszą Przyszłość) popierający Mitta Romneya, kandydata Republikanów, został utworzony przez jego przyjaciół.
Wykorzystując lukę w prawie, komitety mogą nawet - jeśli zechcą - nie ujawniać źródeł swoich dochodów. Po decyzji sądu najwyższego Obama twierdził, że reguły finansowania polityków w USA stają się nieprzejrzyste. Wielkie firmy czy miliarderzy mogą potajemnie wspierać kandydata i domagać się wdzięczności, kiedy zdobędzie urząd. Co gorsza, "niezależne komitety" mogą sobie pozwolić na bardziej agresywne, niewybredne ataki, a stojący za nimi kandydaci zawsze będą utrzymywać, że nie mają z tym nic wspólnego.
Początkowo sztab Obamy zapowiadał, że nie będzie opierał kampanii 2012 r. na SuperPAC-ach. Ale jak dotąd republikańskie "niezależne komitety" zebrały prawie 100 mln dol. i ostro atakują Obamę antyreklamami w telewizji. Tymczasem demokratyczne komitety zebrały zaledwie 19 mln dol. - Nie możemy sami wiązać sobie rąk za plecami i jednostronnie się rozbrajać - mówił wczoraj Jim Messina ze sztabu wyborczego Obamy. I posłał po kraju wici, żeby Demokraci zaczęli intensywnie zbierać na "niezależne komitety".