Trudno dziś powiedzieć, co tak naprawdę wydarzyło się w Sosnowcu. Nie chcę domyślać się, jakie motywy kierowały młodziutką 22-letnią matką, gdy najpierw mówiła, że ktoś ją napadł i porwał jej córkę, a później wyznała detektywowi Rutkowskiemu, że
dziecko w domu wyśliznęło jej się z rąk i zmarło po uderzeniu głową w próg. To wyjaśni
policja i prokuratorskie śledztwo.
Mnie w tej historii uderzyło co innego. Ten rodzinny dramat, który w ostatnich dniach rozgrywał się na naszych oczach, uruchomił niezwykłą energię społeczną. W kraju, w którym tyle narzeka się na brak obywatelskiego zaangażowania i wzajemnego zaufania, w poszukiwanie kilkumiesięcznej Magdy zaangażowały się setki osób. Ciągle przewijają mi się przed oczami obrazki z
TVN 24, na których grupki mieszkańców Sosnowca po ciemku, na mrozie rozklejają w mieście plakaty ze zdjęciem zaginionej dziewczynki. Ludzie poruszeni dramatem tej rodziny chcieli bezinteresownie pomóc. W wypowiedziach zatrzymanych na ulicy przechodniów było tyle współczucia i wyrazów wsparcia dla rodziny Magdy, dla jej matki, która na oczach milionów Polaków, przeżywała swój prywatny dramat, bo - już chyba zaczynamy się przyzwyczajać, że takie tragedie jak seriale transmitują wszystkie telewizje. Byłam naprawdę zbudowana postawą mieszkańców Sosnowca. To był wielki test dla lokalnej społeczności i zdali go na szóstkę z plusem. Okazało się, że z tym kapitałem społecznym w Polsce wcale nie jest tak źle!
Teraz wszyscy ludzie, którzy zaangażowali się w pomoc, mogą poczuć się oszukani. Boję się, że następnym razem, gdy gdzieś w Polsce zaginie dziecko, ktoś może pomyśleć: po co się w to angażować, to pewnie znowu jakaś podejrzana historia. To byłaby bardzo smutna konsekwencja tej historii. Mam nadzieję, że społeczne zaufanie, które uruchomiło tyle dobrych emocji, nie pęknie jak bańka mydlana.