Nie wolno kupić np. analogów insuliny, bo są one droższe od najtańszych insulin. Zatem chory na cukrzycę, którego szpital przyjmie z powodu zapalenia płuc, jest skazany na przestawienie się na inny rodzaj insuliny. To samo dotyczy chorych na serce, nadciśnienie i wiele innych chorób. Dopasowanie optymalnego leku i dawki do indywidualnych potrzeb pacjenta zazwyczaj trwa kilka miesięcy, wymaga wysiłku i chorego, i lekarza.
Ale ustawodawca uznał, że w każdym przypadku można zamienić lek droższy na najtańszy.
Szpitalna lista leków została administracyjnie okrojona o kilkanaście procent. Części z nich nie można zastąpić. Taka decyzja chroni interes finansowy szpitala, ale przynosi szkodę pacjentom. Czy o to chodziło w ustawie?
To samo pytanie zadaje sobie kilka tysięcy specjalistów, którzy podpisali już apel do ministra zdrowia w sprawie ograniczania stosowania leków. Lekarze mogą teraz ze zniżką przepisywać leki tylko na choroby wymienione podczas rejestracji danego preparatu. To prawdziwy dramat przy leczeniu
dzieci. Wiele leków zarejestrowanych dla dorosłych podawano dzieciom. Do 2005 r. w ogóle nie było badań klinicznych na dzieciach - uważano, że są nieetyczne. Teraz te same leki dla dorosłych są ze zniżką, a za leczenie dzieci
rodzice muszą płacić ciężkie pieniądze. Czy o to chodziło ustawodawcy?
NFZ zaoszczędzi, ale dlaczego kosztem dzieci?
Dramat zrobił się też w onkologii. Są leki, które pomagają chorym z jednym rodzajem raka, ale zarejestrowane są na inny jego rodzaj. Te leki są za drogie, by chorzy mogli je sobie kupować za pełną cenę. Teraz zostaną bez pomocy.
Minister zdrowia uspokaja, że będzie podejmował decyzje w sprawie refundacji każdego leku osobno. Kiedy to zrobi? Ilu chorych jeszcze ucierpi?
Nowa ustawa refundacyjna miała ograniczyć szafowanie lekami pod wpływem marketingu firm farmaceutycznych. Ale sięgnięto po siekierę tam, gdzie potrzebny był skalpel. Zamieszanie w aptekach mamy szczęśliwie za sobą. Ale pojawiły się nowe, poważniejsze zagrożenia.