Raport "Obiegi kultury" przyjęty został z entuzjazmem między innymi na łamach naszej "Gazety", gdzie z jego współautorami Mirosławem Filiciakiem i Alkiem Tarkowskim wywiad przeprowadziła Miłada Jędrysik.
Rozmowa ukazała się pod tytułem "My, piraci, elita", co uwypukla naczelną tezę raportu, zgodnie z którą piraci (których autorzy wolą eufemistycznie nazywać "uczestnikami nieformalnego obiegu") stanowią elitę kulturalną, bo jednocześnie najwięcej wydają na płyty i książki.
Mam duszę malkontenta, a w dodatku ścisłe wykształcenie pozostawiło we mnie głęboką nieufność wobec wszystkiego, co humaniści nazywają "badaniami". Nie uwierzyłem więc autorom na słowo, ściągnąłem raport i przyjrzałem się metodologii badań.
"Sferę nieformalną" raport definiuje jako "wymianę książek, muzyki i filmów w postaci cyfrowej za pośrednictwem internetu". Temu podporządkowane są pytania w ankiecie typu "czy zdarzyło się panu/pani ściągnąć książkę z internetu za darmo".
Na takie pytanie oczywiście odpowiem twierdząco, bo jako użytkownik serwisów typu iTunes, Amazon czy Steam całkiem często coś ściągam - w tym za darmo. Ba, nawet sam opublikowałem swoją książkę o Stanisławie Lemie, udostępniając przy tym okrojony fragment jako wersję demonstracyjną na zachętę.
Według definicji Filiciaka i Tarkowskiego także ludzie ściągający demo mojej książki, darmową grę na Steamie czy nawet instrukcję obsługi iPada z iTunesów - uczestniczą w "nieformalnym obiegu kultury". A przecież to obieg stuprocentowo formalny, opakowany z każdej strony kontraktami, klauzulami i prawem autorskim.
Coraz popularniejszym pomysłem na zarabianie na grach komputerowych jest wypuszczenie programu za darmo i umieszczenie w środku specjalnego sklepiku, w którym gracz za realne pieniądze dokupuje coś, bez czego - w praktyce - nie da się grać.
Najwięcej kontrowersji wzbudza gra
dla dzieci "Smurf's Village" ("Wioska Smurfów"), w której Smurfy potrzebują "smerfojagód" ("smurfberries"), żeby szybciej realizować jakieś zadania, np. wybudować mostek. Wiadro smerfojagód kosztuje 4 euro, beczka - 20 euro, wagon - 80 euro.
Internet pełen jest lamentacji rodziców, którzy oddali dzieciom iPada do zabawy, a potem na karcie kredytowej odnaleźli słony rachunek za smerfojagody. Pewna dziewczynka w
USA przyczerdżowała na kartę mamusi okrągłe 1400 dolarów!
Na podobnej zasadzie działa strzelanka na wielu graczy "Team
Fortress 2", którą ściąga się z serwisu Steam za darmo, ale potem trzeba dopłacić za uzbrojenie, bez którego gra nie bardzo ma sens. Zatem właściwe pytanie mające wykryć pirata w kwestionariuszu to nie "czy ściągnął pan grę za darmo", tylko "czy próbował pan hacków dających za darmo piłę łańcuchową albo wiadro smerfojagód"?
Autorzy nie zadają niestety ani jednego, ani drugiego - bo w ogóle nie uważają gier za element obiegu kultury. To fatalne niedopatrzenie w raporcie mającym pokazywać "obieg treści cyfrowych".
Od dłuższego czasu już gry
wideo stanowią element obiegu kultury nie mniej istotny od filmu czy serialu telewizyjnego. Polakom to nowe medium wychodzi lepiej od tradycyjnych, wystarczy porównać międzynarodowy sukces "Wiedźmina" jako gry i "Wiedźmina" jako filmu i serialu.
Gra "Wiedźmin" zrobiła więcej dla promocji polskiej kultury na świecie niż niejeden film wyprodukowany i promowany na festiwalach za publiczne pieniądze. Uparte ignorowanie przez badaczy kultury tego obiegu to błąd - podobnie jak zignorowanie w tym raporcie telewizji, która jest akurat tym medium, w którym najczęściej zdarza mi się obejrzeć jakiś klasyczny, stary film.
Sposób wyłaniania grupy "uczestników nieformalnego obiegu" budzi więc moje zasadnicze wątpliwości. A skąd się wziął wybity w gazetowym tytule wniosek o elitarności tychże? Z ufnej wiary w ich ustne deklaracje.
Najzwyczajniej w świecie ankieterzy pytali: "Czy ostatnio kupił pan książkę", a autorzy raportu przyjęli odpowiedź za dobrą monetę. Moim zdaniem to odbiera wnioskom wiarygodność.
Pytanie o to, ile kto czyta książek albo ogląda filmów, to pytanie o kapitał kulturowy. Inna będzie odpowiedź na pytanie: "Czy ostatnio czytałeś książkę", a inna na: "Jaką ostatnio czytałeś książkę", bo w tym drugim wypadku trochę trudniej ściemnić.
W kwestionariuszu, który był podstawą do tego raportu, niestety nie było tego rodzaju pytań kontrolnych - kto powiedział, że "przynajmniej raz w miesiącu uczestniczy w festiwalu muzycznym, filmowym czy teatralnym", temu wierzono na słowo. Ja niestety nie podzielam optymistycznej wiary Filiciaka i Tarkowskiego w ludzką prawdomówność, traktuję więc wnioski tego raportu z bardzo dalekim sceptycyzmem.
Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>