Wszystkie gazety zajmują się wspominaniem Wisławy Szymborskiej. Każda robi to jednak trochę inaczej. Prawica poetki nie lubi, więc "Gazeta
Polska Codziennie" umieściła informację o śmierci polskiej noblistki co prawda na pierwszej stronie, ale w małej zapowiedzi działu "kultura". "Nasz Dziennik" poświęcił poetce jedno zdanie na pierwszej stronie.
"W latach 50. pisała wiersze propagujące stalinizm" - przypomina "GPC". Z kolei "Super Express" cytuje jej wiersz "Lenin" z socrealistycznego tomiku "Dlatego żyjemy" z 1952 r. "Poetka do 1966 roku była członkiem PZPR i jawnie popierała stalinowski reżim" - pisze tabloid. Oczywiście z żadnej gazety nie dowiemy się, jak wielu intelektualistów dało się wtedy uwieść komunizmowi i popierało reżim i że czym innym była przynależność do PZPR w latach 50., 60. czy 80. Cały ten historyczny kontekst jest zupełnie nieobecny. Właściwie w ogóle nie wiadomo, dlaczego poetka napisała o Leninie, że był "nowego człowieczeństwa Adamem". Zwariowała? A przecież ona sama jasno do tego okresu swojego życia się odniosła i uczciwe byłoby choć wspomnienie o jej odrzuceniu systemu komunistycznego.
Piszą o tym choćby Anna Bikont i Joanna Szczęsna w dzisiejszej "Gazecie Wyborczej".
Mając w pamięci histerię, jaką urządziła nasza prawica wokół pochówku innego noblisty, którego nie lubiła za ostentacyjną nieendeckość - Czesława Miłosza - trzeba przyznać, że na razie Szymborską potraktowano dość łagodnie. Być może po prostu prawicowi specjaliści od lustracji życiorysów i poglądów pisarzy mają spóźniony refleks i dziś dopiero ostrzą pióra. Czekam więc na ciąg dalszy: idę o zakład, że wkrótce odkryją głęboki antypolonizm w jej twórczości.
Bezrobotni 50+ "Przybywa bezrobotnych w wieku powyżej 55 lat" - pisze "Dziennik Gazeta Prawna". Z najnowszych danych wynika, że starszych bezrobotnych przybywa, podczas gdy młodszych - poniżej 25 lat - trochę ubyło w ciągu ostatniego roku. "Eksperci są zgodni, że wzrost liczby bezrobotnych w wieku 55+ to efekt nadmiernej ochrony prawnej osób w wieku przedemerytalnym" - pisze gazeta. Oczywiście: zlikwidujmy ochrony, na pewno się polepszy! Zlikwidujmy też publiczną edukację, służbę zdrowia i policję: niech wszyscy wszystko kupują na wolnym rynku. Wtedy Polska stanie się rajem. Nie mogę się doczekać.
Być może jednak bliższy prawdy powód gazeta odkrywa dalej - "zwolnieniom sprzyja też przekonanie, że starsze osoby są mniej wydajne i trudno się im dostosować do nowych technologii". Obstawiałbym raczej to drugie. Warto też pamiętać, że starsi Polacy są dużo gorzej wykształceni od młodych - i mamy tu do czynienia z prawdziwą edukacyjną przepaścią. Wcale mnie nie zaskakuje, że pracodawca - liczący każdą złotówkę - woli zwolnić 55-latka i zatrudnić osobę o 30 lat młodszą, tańszą, z dyplomem (nawet kiepskim, ale zawsze), która chce siedzieć w pracy do późna, która cieszy się, że w ogóle ma pracę, i która świetnie radzi sobie z internetem oraz komputerami - bo stanowią dla niej środowisko naturalne. Dopóki
rynek pracy w Polsce będzie miał tak dużą przewagę podaży nad popytem, pracodawcy będą tak wybierać - bo po prostu mogą.
W tej sytuacji tym bardziej zrozumiały jest jednak opór przed podniesieniem wieku emerytalnego. Rządowy program "50 plus" - który miał zwiększyć zatrudnienie osób zbliżających się do emerytury - poniósł sromotną porażkę i dziś nawet rząd o nim już nie wspomina. Sam rząd, nawiasem mówiąc, nazwał go programem "łagodzenia skutków
bezrobocia i aktywizacji zawodowej osób w wieku niemobilnym", co nie jest komplementem wobec adresatów (kto ma wątpliwości, niech powie dowolnej pani: "jest pani w wieku niemobilnym" - i poczeka na reakcję.
Program 50+ na stronie resortu pracy ). Tak czy inaczej, jak wiele rządowych projektów - np.
laptopy w szkole - "50 plus" dogorywa gdzieś w zakamarkach urzędniczych biurek.
Rostowski na obronie Dziś w "Rzeczpospolitej" osiągnięć rządu broni minister Jacek Rostowski. To bardzo ważny tekst, który zasługuje pewnie na szersze omówienie - i obszerniejszą polemikę niż ta, na którą w przeglądzie prasy mogę sobie pozwolić. (
"Rostowski o polityce gospodarczej rządu Donalda Tuska"). Rostowski przekonuje, że deficyt nam nie straszny, że radzimy sobie z kryzysem znacznie lepiej niż większość krajów Unii, i że "Projekt PO - zdefiniowany przez Donalda Tuska - zawsze pomyślany był na co najmniej dwie kadencje". Poza tym zatrudnienie rośnie, a gospodarka ma się świetnie. Tusk jest tu przywódcą na miarę Margaret Thatcher, którą Rostowski przywołuje dwukrotnie.
Oczywiście minister rządu ma prawo chwalić osiągnięcia rządu - byłoby zaskakujące, gdyby robił coś innego - ale o rozmaitych wpadkach rządu ma tu do powiedzenia tylko jedno zdanie, i jest to zdanie smutne. Chodzi o ustawę refundacyjną. Rostowski pisze: "Na tym ostatnim przykładzie widać jednak także, jak nawet relatywnie małe błędy techniczne mogą nieść ze sobą znaczące koszty polityczne".
"Małe błędy techniczne?". Nazwanie tego gigantycznego zamieszania połączonego z wprowadzaniem nieprzemyślanej i nieprzygotowanej reformy "małym błędem technicznym" bardzo źle wróży temu rządowi. Świadczy bowiem o tym, że - zapatrzony w swoje dokumenty i wskaźniki makro - przestał dostrzegać to, co się dzieje wokół niego. Urzędowy optymizm rozumiem, bo on idzie w parze z funkcją; ale brak kontaktu z rzeczywistością prędzej czy później mści się - na wszystkich.