W nocy z 24 na 25 stycznia nie śpi pół Sosnowca. Wieczorem na parkowej alejce z wózka porwano półroczną dziewczynkę. Wcześniej ktoś ogłuszył matkę.
W wieżowcach przy ul. Legionów wywiadowcy pukają do drzwi, prewencję przerzucono z meczu do przeszukiwania krzaków. Wkrótce cała
Polska już wie, że dziecko ma na imię Madzia, a jej rodzice to Kasia i Bartek.
Rano Kasia jeszcze się słania po relanium, które wstrzyknęli jej w karetce. W domu Pan Jezus patrzy ze ściany na puste łóżeczko. Bartek uchyla laptop i czyta pod newsami, że sam ukartował porwanie i że koniecznie trzeba przyjrzeć się matce. "Ludzie, ogarnijcie się, nazywam się Bartłomiej Waśniewski... moja córka ma na imię magda, pomóżcie szukać, proszę!!!". Komentarzy przybywa. O 2.23 nad ranem czyta: "Imię córki z małej litery napisał, chory cwaniak".
Środa. Mama przedstawia różne wersjeMissing! Decaparecida! Porwano dziecko! - krzyczą ulotki, które znajomi Kasi i Bartka tłumaczą na angielski, niemiecki, hiszpański i rozsyłają w plikach na cały świat - od Phoenix przez Londyn po Bratysławę. Co noc rozlepiają je na słupach, dworcach, postojach taksówek w
Katowicach i Sosnowcu. Po tygodniu poszukiwań dodrukowali 10 tysięcy plakatów i w sieci skrzykują się pod hipermarketem na roznoszenie.
- Od razu rzuciliśmy się do internetu, tam są wszyscy znajomi i wiadomości - mówią Kasia (22 lata, bezrobotna) i Bartek (23 lata, skończył sosnowieckie technikum elektroniczne, studiował informatykę, ale rzucił, bo marzył o grafice komputerowej). Na jego prywatnym profilu w Facebooku zdjęcia córeczki wiszą kilkanaście godzin, nazajutrz
policja przekazuje fotografie prasie.
Policjantom, których pogotowie wezwało na miejsce, gdzie cucono Kasię, utkwiły w pamięci jej niezborne tłumaczenia: szła z wózkiem do pracy, a przecież mówiła, że jest bezrobotna, potem mówiła, że tylko szukać pracy, a potem, że z Madzią szła do babci.
Kasia pamięta, że lekarze długo czekali na radiowóz. Wyrywała się, szarpała, błagała, żeby od razu szukano dziecka. - Muszę dać pani zastrzyk - zdecydował ratownik. - Byłam kompletnie otępiała - tłumaczy mama Madzi.
Środa. Mężczyzna w białej kurtceW środę do wieczora rodzice tkwią w prokuraturze przy ul. Teatralnej (za rogiem pod komendą rozstawiają się wozy transmisyjne TV, by "łapać przecieki").
- Sprawdzamy, czy to na pewno było porwanie - ujawnia Mirosław Miszuda, szef prokuratury rejonowej Sosnowiec-Północ.
Na korytarzu prokuratury Bartek zdradza do kamer, że policja właśnie kreśli portret tajemniczego mężczyzny w białej kurtce z pasem na piersiach. Żona zapamiętała, że ktoś taki ją śledził.
- Wiem, że mnie wyśmiewają, że intuicja to żaden dowód, ale miałam przeczucie, bałam się. Myślałam, że chodzi mu o mnie. Gdy stanęłam i odwróciłam głowę, mężczyzna wyraźnie zwolnił. Widziałam go jeszcze raz z odległości 150 metrów. Potem zniknął - mówi Kasia. Wtedy pognała z wózkiem między przechodniów, pod latarniami, omijając park.
Policjanci odmawiają publikacji szkicu - bo jaki pożytek z portretu, na którym nie widać twarzy? - Na rysunku rozpozna się pół Polski - mówią z rezygnacją. Zespół funkcjonariuszy przegląda godziny nagrań z miejskich kamer monitoringu (jest ich tyle, że w sosnowieckiej komendzie zabrakło dysków DVD na gigabajty danych). Nieoficjalny przeciek: na filmach pojawia się kobieta z wózkiem, ale nie widać podejrzanego.
Czwartek. "Wszyscy wiedzą, co się stało z dzieckiem"W czwartek katowicka prokuratura okręgowa przejmuje śledztwo z Sosnowca. - Ze względu na wagę sprawy - uzasadnia prokurator Marta Zawada-Dybek. Trzeba przewieźć akta, wyznaczyć referenta, upływa kolejna noc. Następnego dnia komendant wojewódzki policji powołuje specjalną grupę operacyjno-śledczą. Odnalezienie dziecka będzie priorytetem - zapowiada policja.
W osiedlowym sklepie, do którego od dziecka zaglądała Kasia, sprzedawczynie krzywią się od plotek, jakie codziennie przynoszą klienci: że dziewczynkę sprzedano, bo rodzice nie mieli pieniędzy; że porwano dziecko na części zamienne, bo przecież Madzia dwa tygodnie po urodzeniu leżała w klinice i tam zrobiono jej dokładne badania, które zna międzynarodowa mafia; że kiedy Kasia pchała wózek, to wcale nie było w nim dziecka, bo znikło wcześniej, tam gdzie wynajmują mieszkanie przy ul. Floriańskiej.
Żona właściciela posesji przy ul. Floriańskiej nie chce rozmawiać. - Wynosić mi się - rozkazuje, a potem rygluje bramę starej kamienicy. Jest nieufna, zmęczona i zła. - Wszyscy wiedzą, co się stało z dzieckiem! - rzuca na pożegnanie.