http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Derekrutacja

Bożena Aksamit, Krzysztof Katka
2012-01-31, ostatnia aktualizacja 2012-01-31 21:34

Protest pracowników Coca-Coli zwolnionych z pracy pomimo dobrych wyników finansowych. 13.01.2012 Łódź
Protest pracowników Coca-Coli zwolnionych z pracy pomimo dobrych wyników finansowych. 13.01.2012 Łódź
Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta

Niniejszym wypowiadam warunki umowy o pracę - jak Polak zwalnia Polaka

ZOBACZ TAKŻE
SERWISY

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Wchodzisz do pokoju - on zaprasza, żebyś usiadł, stara się być miły, łagodny jak ojciec, który pociesza, gdy stłukłeś kolano. Próbuje patrzeć w oczy, ale ty czujesz, że nie jest szczery. Męczy się - masz wrażenie, że najchętniej ciebie obarczyłby winą za to, co stanie się za chwilę. Przerobiłeś już obydwa warianty tych kilku minut. W pierwszym usłyszysz: - Jesteś świetnym pracownikiem, ale muszę cię zwolnić, bo... W drugim: - Jesteś kiepskim pracownikiem, dlatego musisz odejść z naszej firmy. Nie chcemy cię, bo...

Wiesz, że żadna rozmowa nie ma sensu, bo decyzja już zapadła. Podpisujesz tam, gdzie on przykłada palec. Jedna kartka dla niego, druga dla ciebie.

To już koniec.

Zwalnianie po amerykańsku

Ksiądz z Pucka, który zwalniał gospodynię, usłyszał, że przez niego straci wiarę w Boga. W świecie bywa niebezpieczniej. Kilka lat temu zwolniony pracownik poprosił o spotkanie z prezesem, kadrowym i księgowym. Tłumaczył, że ma coś bardzo ważnego do powiedzenia. Gdy weszli do pokoju, zamknął drzwi i zastrzelił całą trójkę.

3 sierpnia 2010 do magazynu firmy handlującej winem i piwem w Manchester w stanie Connecticut wszedł kierowca i zaczął strzelać. Na miejscu zginęły trzy osoby, kolejne cztery zmarły w szpitalu. Sprawcę zabili policjanci, kiedy odmówił oddania broni. Kilka dni wcześniej dowiedział się, że będzie zwolniony.

Rok później we Francji odchodzący pracownik zastrzelił szefa firmy i jego syna.

Zwalnianie po angielsku

Dla Polaka wychowanego w PRL kadrowa, bo prawie zawsze jest to kobieta, kojarzy się z panią od wydawania kwitów na kolonie dla dzieci. Na początku lat 90., gdy ona awansuje na pracownika działu HR, Polak zaczyna się jej bać. Kolejna zmiana przychodzi dekadę później. Gdy już wszyscy wiedzą, że stracić pracę z dnia na dzień może każdy, zjawiają się firmy "wymiatające zbędny personel". Usługę można zamówić, jak sprzątanie biura czy mycie okien.

Do czarnej legendy HR przechodzi "derekrutacja" w BRE Banku.

Od samego rana, w piątek 13 września 2002 r. w warszawskiej centrali wszystko jest pod kontrolą "wymiatacza". Na parkingu, w karetce pogotowia czuwa lekarz, a ochroniarze w podwojonym składzie pilnują drzwi wejściowych. Akcja rusza o godz. 13 i trwa równo 60 minut. Sekretarki wzywają po kolei pracowników do działu kadr, tam asystentki wręczają im wypowiedzenia. W korytarzach niewidzialna ręka zdążyła już ustawić tekturowe pudła. A gdy zwolnieni wracają do biurek, ich komputery nie reagują na hasła dostępu do sieci. Na spakowanie rzeczy dostają dwie godziny. Wsiadają do samochodów lub zamówionych przez dyrekcję taksówek - sprzed biurowca co chwila odjeżdżają auta, jakby kończyła się wielka feta.

Całą procedurę opracowała firma IMC Career Vision - w latach 80. pomogła Margaret Thatcher pozbyć się 125 tys. górników.

Zwalnianie na odległość

Trzy miesiące i cztery dni po zwolnieniach w BRE Banku dwie szwaczki z zakładu odzieżowego Hetman idą do elbląskiego zarządu regionu NSZZ "Solidarność". Chcą założyć komisję zakładową. Nie dostają na czas pensji (średnio 800 zł), za nadgodziny też ani złotówki, żeby wyrobić plan, szyją do północy w nieogrzewanej zimą hali. Państwowa Inspekcja Pracy, która później skontroluje zakład, odkryje też, że w 2002 roku 134 pracownicom nie udzielono w ogóle urlopu - bo była pilna robota.

18 grudnia kobiety wchodzą do gabinetu prezesa Janusza Przezpolewskiego, kładą mu na biurku pismo o założeniu związku. Szef podpisuje i tego samego dnia zwalnia dyscyplinarnie obie kobiety za opuszczenie zakładu pracy bez zezwolenia. Następnego dnia rano wzywa do siebie osiem pozostałych kobiet, które weszły w skład komisji zakładowej i oznajmia im, że od poniedziałku będą pracować w Giżycku, 250 kilometrów od Elbląga - w filii zakładu. O szóstej rano w najbliższy poniedziałek mają być w pracy. Szwaczki jadą już wieczorem w niedzielę, 22 grudnia, przed pracą drzemią na dworcu. Filia to pusty, nieogrzewany budynek, jedyny człowiek, którego spotykają, okazuje się stróżem. Chwilę po godz. 6 pojawia się nieznajomy mężczyzna, każe podpisać im listę i przyjść następnego dnia. Kobiety nie mają nic do roboty, ale zastraszone zostają w Giżycku, wieczorem wracają na dworzec.

Wigilijny poranek niczym nie różni się od poprzedniego, znów pojawia się facet z listą i mówi, że 27 grudnia mają stawić się do pracy w Giżycku na godz. 6. Po świętach wszystkie szwaczki zostają w domu, mniej lub bardziej przeziębione idą na chorobowe. 27 grudnia prezes zwalnia je dyscyplinarnie z pracy. Wtedy ponad połowa szwaczek zapisuje się do "Solidarności". Reakcja jest natychmiastowa - w sobotę i niedzielę kadrowa rozwozi im do domów wypowiedzenia z pracy.

Koniec: sąd nakazuje przywrócić szwaczki do pracy i wypłacić zaległe pensje, niektóre z kobiet dostają odszkodowania.

Kilka lat później Hetman pada.

Zwalnianie na słodko

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 45 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    45 głosów

Sufit nad PiS-em

PiS tuż po wyborach miał 24 proc. Po ponad pół roku pracy w opozycji ma 25 proc. I to mimo tego, że Platforma za swe błędy zapłaciła w tym czasie kilkunastoma punktami i ma dziś 28 proc.

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W czwartek z ''Gazetą'':