Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Jakub Halcewicz-Pleskaczewski: Zbigniew Hołdys, muzyk i zwolennik ACTA, w programie "Tomasz Lis na żywo", a potem w Radiu TOK FM bronił swoich praw jako twórca. Czy to jest nie w porządku?Michał Piotr Pręgowski: Kiedy obejrzałem w telewizji Zbigniewa Hołdysa, przypomniała mi się historia sprzed ponad dziesięciu lat związana z jego synem Tytusem. Był on wtedy głównym animatorem młodzieżowego ruchu fanów "Harry'ego Pottera" w polskim internecie. Stał się z tego powodu popularny w mediach, które wcale nie traktowały go jako pirata, ale ciekawego człowieka z pasją. Tak samo widziałem to ja - i pan Zbigniew pewnie też.
Jednakże Henry Jenkins w książce "Kultura konwergencji" (opublikowanej w Polsce w 2006 r.) opisuje, jak koncern Warner Brothers po wykupieniu praw do "Harry'ego Pottera" od J.K. Rowling wystąpił do serwisów fanowskich - prowadzonych głównie przez dzieciaki - o usunięcie materiałów, które łamią prawa autorskie. Problem dotyczył zdjęć, opowiadań fanowskich (tworzonych na podstawie istniejących dzieł; np. J.K. Rowling czy Andrzej Sapkowski nie mieli nic przeciwko takim opowiadaniom), a nawet domen internetowych, w których było sformułowanie "Harry Potter". Przeciw młodym wytoczono ciężkie działa: grożono sankcjami karnymi i koniecznością wypłaty odszkodowań w razie kontynuacji procederu. Sprawa stała się głośna i zawiązał się międzynarodowy protest. W końcu Warner Bros. podkulił ogon i przeprosił. Okazało się, że ściganie dzieciaków, które dają upust swojej fascynacji pewnym produktem, jest sporą rysą na wizerunku.
Dlaczego powinno nas to interesować w związku z ACTA?- Bo już dekadę temu konkretny koncern postanowił testować, czego może zabraniać odbiorcom w inkluzywnej rzeczywistości internetu, gdzie twórcą może być każdy. A wycofał się nie dlatego, że uznał takie rozwiązania za niewłaściwe, ale ze strachu przed utratą dobrego imienia. Nie powinniśmy oddawać swoich obywatelskich praw i pozwalać koncernom, by decydowały o tym, co nam wolno tworzyć w sieci. Sądzę, że Warner Bros. lekcję odrobił i dziś pewnie nie pozwałby fanów, którzy tworzą serwisy związane z kolejną superprodukcją - jako internauta i obywatel wolałbym się jednak o tym nie przekonywać.
Czy sprawa ACTA jest czarno-biała: z jednej strony mamy złe koncerny, a z drugiej dobrych internautów?- Łatwo wpaść w tę opozycję. Albo w inną: ohydni piraci i dobre korporacje, które tworzą dla nas masowe dobra kulturowe (a my powinniśmy je konsumować tak, jak konsumowaliśmy zawsze). Tymczasem branża gier komputerowych już dawno zauważyła, że z internautami warto pracować. PR menedżer Bethesda (twórcy takich gier jak "The Elder Scrolls V: Skyrim" czy ostatnie dwie części "Fallouta") już w 2006 r. podkreślał, że o społeczność fanowską, która moduje, czyli przerabia grę, należy dbać, bo osoby, które to robią, przedłużają żywotność produktu. Producenci gier nawet zatrudniają takie osoby. Grę "Counter-Strike" stworzyli fani na bazie gry "Half-Life", która doczekała się części drugiej i na tym się skończyło. Natomiast "Counter-Strike" nadal funkcjonuje jako samoistny produkt. Koncerny potrafią być kreatywne we współpracy z fanami, ale żeby rozwijać ten model biznesowy, fani nie mogą poddawać się autocenzurze albo bać się, że dzięki ACTA nadgorliwy dostawca internetu wyłączy ich z sieci.
Druga opozycja w rozmowach o ACTA polega na sporze o definicje: to, co dla przeciwników umowy jest "zdobywaniem dóbr kultury" w internecie, zwolennik ACTA nazywa kradzieżą.- Przywykliśmy w sieci do brania czegoś, co nie zawsze jest nasze, i przerabiania tego, np. robienia wideoklipów z fragmentów ściągniętych filmów i muzyki. W sieci jest cała masa takich właśnie tworzonych przez fanów alternatywnych klipów wideo, które powstały bez pytania kogokolwiek o zgodę. Czy realnie szkodzi to wytwórni, która wyprodukowała film? Czy szkodzi zespołowi muzycznemu, którego
muzyka została wykorzystana bez zgody i płacenia licencji? Czy oprócz symbolicznych pieniędzy, które trzeba by było zapłacić, ktoś na tym straci? Moim zdaniem raczej zyska. Taką nieformalną drogą rozszerza się krąg potencjalnych odbiorców.
Jestem przekonany, że ktoś, kto wrzucił do YouTube'a "Jožina z bažin", nie miał zgody czeskiej telewizji. Pewien zbieg okoliczności spowodował, że Polacy zaczęli masowo oglądać spiraconego "Jožina", polecać go sobie, tak jak teraz podsyłają sobie "Somebody That I Used To Know" Gotye, przy okazji windując australijsko-belgijskiego artystę na szczyty radiowych notowań. Uproszczeniem, które nie oddaje sedna sprawy, jest więc twierdzenie, że jeżeli fani coś wrzucą i rozpowszechnią przez YouTube'a czy inne serwisy, to twórcy na tym stracą. Twórcy "Jožina", czyli Ivan Mládek z zespołem - panowie w sile wieku, ale raczej nie tej koncertowej - przyjechali przecież do Polski na sensowną trasę i zarobili pieniądze. Nie byłoby to możliwe, gdybyśmy restrykcyjnie kasowali z sieci wszystko, co omija autoryzowane i strzeżone kanały dystrybucji.
Czy twórca nie ma prawa czuć, że jest okradany?- Ma, ale reguły gry się zmieniają. Nie jest przypadkiem, że starsi muzycy, jak Hołdys czy Kazik Staszewski, którzy moim zdaniem nie czują internetu, mają pretensje, a nawet obrażają swoich fanów. Lepiej byłoby dla nich, gdyby dostrzegli, że ktoś, kto lubi ich twórczość, zamieszcza ją na YouTubie, chce pokazać światu, jak świetną rzecz zrobił Hołdys czy Kazik, i chce się tą rzeczą podzielić. Traktowałbym to jako formę promocji, być może partyzanckiej, nad którą nie ma kontroli. Ale świat, w którym żyjemy, z tą kontrolą ma coraz mniej wspólnego. O to przecież także chodzi w proteście przeciw ACTA.
Jest to protest młodych przeciwko starym?- Nie chcę, żeby to brzmiało zbyt konfrontacyjnie, ale myślę, że tak. Starego porządku nie da się dopasować do sieci. Osobom, które czują się okradane, polecałbym przeczytanie raportu "Obiegi kultury", który w środę zaprezentowali Mirosław Filiciak i Alek Tarkowski (można go przeczytać na: obiegikultury.centrumcyfrowe.pl). Raport pokazuje, że tymi konsumentami, którzy chodzą na koncerty, kupują koszulki itp., w największej mierze są ci, którzy ściągają muzykę z sieci.
Kiedy wyciekła do sieci ostatnia płyta Kultu, Kazik ostro nawyzywał fanów, którzy skusili się i ściągnęli ją sobie na tydzień przed premierą. W ich wyjaśnieniach widzę clou problemu. Ton wypowiedzi był następujący: Kazik, do tej pory kupowałem wszystkie twoje płyty, kupiłbym tę płytę również, i to w dniu premiery, a to, że chcę jej posłuchać tydzień wcześniej, pokazuje, jak bardzo jestem nakręcony na punkcie twojej twórczości, produkuję się na forum, chodzę na koncerty kilka razy w roku, wydaję kasę na gadżety, czy to ci nie wystarcza?
Może nie wystarcza.- Ale taka deklaracja fana każe się zastanowić, czy warto tkwić w poczuciu, że jest się okradanym. Kilka lat temu brytyjski zespół rockowy Radiohead wydał płytę "In Rainbows", wrzucił ją do sieci i pozwolił ściągać za pieniądze, ale można też było wybrać kwotę zero i ściągnąć za darmo legalne MP3. Zadziałała modyfikacja modelu biznesowego, m.in. wydano edycje kolekcjonerskie, które były droższe niż zwykła płyta, też zresztą wydana, ale nie jako podstawa zarobkowania. Okazało się, że można wyjść na swoje, jeśli jest się kreatywnym.
Czy nie jest zresztą charakterystyczne, że przeciwko ACTA jest CD Projekt, dystrybutor setek gier komputerowych i producent takich gier jak "Wiedźmin" - a zatem podmiot niewątpliwie tracący zyski z powodu piractwa? Może rzecz w tym, że jest to podmiot nowego biznesu, młody i elastyczny?