Jasne, to opozycja powinna czuwać i ostrzegać, że rządzący szykują niebezpieczne prawo. Ale parlamentarna opozycja w Polsce wykazuje taki poziom czujności, jakby jej posłowie od rana do wieczora palili jointy. W naszym parlamencie nie przyjął się również obyczaj, by rządzący, stanowiąc prawa, brali pod uwagę analizy bezstronnych fachowców. Również media rzadko wykrywają szykowane prawne absurdy i niebezpieczne zapisy. A nawet jeśli uda im się coś takiego ujawnić, to nader często i rządzący, i opozycja nie widzą powodu, by się takimi drobnostkami interesować.
Dlatego strażnicze funkcje opozycji muszą przejąć aktywni obywatele. Tak zresztą dzieje się we wszystkich społeczeństwach, także w Polsce są już organizacje pilnujące procesów legislacyjnych. Tyle że u nas powinny być mocniejsze i głośniejsze, bo zamiast - jak gdzie indziej - wspomagać opozycję, muszą ją zastąpić.
Takie poruszenie obywatelskie na rzecz dobrego prawa staje się tym bardziej konieczne, że Sejm produkuje nam kolejne pasztety. Oto, jak podaje tygodnik "Polityka" w znowelizowanej ustawie o Najwyższej Izbie Kontroli znalazł się zapis dający urzędnikom
NIK praktycznie nieograniczony dostęp do wrażliwych danych wszystkich obywateli. Przeoczyła to opozycja, nie dostrzegło Biuro Analiz Sejmowych. - To przerażające. Takich uprawnień nie mają nawet funkcjonariusze służb specjalnych - komentuje w "Polityce" Ewa Kulesza, były szef
GIODO.
Ta nowelizacja wchodzi w życie w czerwcu, jest jeszcze czas, by ją odwalczyć. Ale znowu będą to protesty spóźnione. Jeśli więc my, obywatele, nie zorganizujemy się, by nadzorować powstające ustawy, stanowione prawo coraz częściej może przypominać zalegalizowane bezprawie.