OFE pomnażają nasze pieniądze m.in. na giełdzie, ale wiąże się to z pewnym ryzykiem. Dlatego twórcy reformy emerytalnej proponowali, by nasz kapitał zgromadzony w OFE był stopniowo przenoszony do funduszy bezpiecznych, inwestujących w obligacje. Dzięki temu uniknęlibyśmy strat związanych z gwałtownym tąpnięciem na giełdzie w chwili przechodzenia na emeryturę.
Rząd do tej pory nie stworzył przepisów o bezpiecznych funduszach. Być może dlatego, że minister Rostowski chce, aby tym funduszem bezpiecznym był wyłącznie
ZUS, który zapewni nam niewielką, ale pewną waloryzację naszego kapitału. I nie ma w tym nic złego. Jest prawdopodobne, że bezpieczny fundusz nie zaoferowałby nam więcej, jeśli chodzi o zyski z obrotu naszymi oszczędnościami. ZUS poprawiłby swoją kiepską sytuację i zyskał pieniądze na bieżące wypłaty, co dałoby ulgę publicznym finansom.
Jednak jest jedno ale. Polacy, którzy gromadzili swoje oszczędności w OFE w czasie
pracy zawodowej, mają prawo decydować, co będzie się działo z ich pieniędzmi. To gwarantowała im ustawa o OFE. Jeśli teraz minister finansów przeforsuje przepis, wedle którego przymusowo ich pieniądze trafią z powrotem do ZUS, część z nich zaprotestuje. Wolą swoją gotówkę na koncie w prywatnym funduszu niż wirtualny zapis na koncie ZUS. Powinniśmy mieć prawo wyboru.
Może ktoś powie: rząd już zmniejszył naszą składkę emerytalną, która wędruje do OFE. To dlaczego nie miałby prawa przenosić naszych pieniędzy z OFE do ZUS? Jest jednak różnica między decyzją, która zmienia reguły
gry dotyczące naszych składek wpłacanych w przyszłości, a kapitałem, który już jest w OFE. Rząd, podejmując za Polaków decyzję w sprawie emerytalnych oszczędności, ryzykuje przegraną w Trybunale Konstytucyjnym.