Opowieść Pawła: W weekend był radosny wypad na sztafetę do Wrześni - bieganie, znajomi, krótkie spanko z Maćkiem na hali, szybki powrót do Wrocka i
szkoła. Tak, szkoła, marketing sportowy studiuję. A w poniedziałek odebrałem maila od organizatorów maratonu w Dębnie, że nie zgodzili się na nasz udział w biegu.
To był nasz plan na ten rok, żeby wybiegać koronę maratonów polskich. Wrocław przebiegliśmy, Kraków, Warszawę i Poznań, tylko Dębno zostało.
Najpierw załamka, że pewnie łatwiej byłoby wystartować w Czechach albo w Niemczech.
We wtorek miałem zapędzony dzień, ale znaleźliśmy chwilę na bieganie. Miała być spokojna dyszka, bo w końcu w tej Wrześni nabiegałem 35 km, ale wyszła ze mnie agresja. Konstruktywna chyba.
Postanowiłem zawalczyć o Dębno, bo nie może być tak, że ktoś ci nie otwiera drzwi, jak pukasz.
Zasłaniają się regulaminem, który powstał zapewne, gdy nikomu do głowy nie przyszło, że maraton będzie chciał pokonać gość bez nogi albo dziewczyna na handbike'u. Trzeba chcieć to zauważyć i otworzyć drzwi.
Czasem ktoś nam odmawia udziału w biegu, ale do tej pory znajdowałem alternatywę - inny bieg. Dębno to jednak pierwsza liga, kawałek korony. I co? Zabawa trwa, a dla nas drzwi zamknięte?
To bieganie jest dla nas bardzo ważne.
Zaczęło się od wózka. Jak się wybraliśmy na rodzinną wycieczkę na Ślężę, to efekt był taki, że wnosiłem Maćka na plecach, a Agata z Kasią, siostrą Maćka, dźwigały wózek. A potem całe osiedle rozkopali i ze zwykłym wózkiem nie dało się przejść przez wiosenne roztopy. Kupiliśmy biegowy baby-jogger z trzema dużymi kółkami.
Zimą na wyprzedaży kupiłem buty biegowe. Ale zacząłem biegać, dopiero kiedy Wiesiek Panejko wyciągnął mnie na majowe zawody na 5 km. Wróciłem i mówię do Agaty, że przebiegnę maraton. Jej się wtedy wydawało, że na maratonach się umiera.
Zdziwiła się, jak zacząłem trenować. A po tygodniu Agata mówi, że proszę bardzo, ale mam wziąć wózek i biegać z Maćkiem, bo ona też ma prawo do pięciu minut dla siebie.
To bieganie to nasze święto, czas ojca z synem. Zmienia się otoczenie, to wszystko stymuluje Maćka. Kiedyś chodziliśmy z nim na spacery do supermarketu, bo w tłumie ludzi Maciek się ożywiał. Teraz biegniemy.
Świeci słońce, Maciek się cieszy. Spadnie deszcz, to świetnie, bo Maciek lubi wodę. Jak biegliśmy w Półmaratonie Ślężańskim, przyszła zimna ulewa i strasznie grzałem do mety, żeby Maciek nie zmarzł. Ale potem na zdjęciach widziałem, że się uśmiechał całą drogę.
Na maraton wrocławski byłem przygotowany perfekcyjnie. Kubeczek z piciem do wózka i dwie
kanapki, jedna pokrojona, żeby Maciek mógł sam jeść, druga w całości na wszelki wypadek. Pieluszka, ubranie na zmianę i lekarstwa na wszelki wypadek.
Agata ze starszymi dziećmi czekała przy trasie. Pieluszkowanie zrobiły szybko, jak mechanicy w Formule 1. Ale do mety bardziej dotarliśmy, niż dobiegliśmy - w pięć godzin i 50 minut, tylko dziesięć minut przed limitem czasu.
Życiówkę zrobiliśmy ostatniej jesieni w Poznaniu. Cztery i pół godziny. Agata była z nas dumna. Przegapiła, jak przebiegaliśmy koło niej na 28. kilometrze, bo się nas jeszcze nie spodziewała. Chociaż znajomi z Wrocławia biegli krzyczeli: "Z drogi! Maciek biegnie!".
Tomek, nasz najstarszy, nurkuje pod lodem albo w bunkrach, jest ekstremalny. Kasia się wspina, tak jak ja kiedyś. Najmłodsza Ola ćwiczyła przez 12 lat gimnastykę artystyczną, teraz zaczyna trenować innych. A my z Maćkiem biegamy.
Dużo pracuję, moja branża to elektryka wysokościowa, bo Agata siedzi w domu, ma tylko 520 zł świadczenia pielęgnacyjnego. Jak przychodzę do domu i biorę Maćka na trening, to jest nasz czas. Czas ojca z synem.
Nie mogę się pogodzić z tym, że są ludzie, którzy chcieliby nas wykluczyć ze społeczeństwa. Zamknąć w domu, żebyśmy nie przeszkadzali.