Do tej pory słyszało się w kółko: społeczność internetowa i społeczność internetowa. A tu nagle okazuje się, że to nie społeczność, ale całe wielkie społeczeństwo. Bardzo różnorodne, bo w jego skład wchodzi i 17-letni warszawski licealista Michał, który mówi w czołówce "Gazety Wyborczej", że ma wrażenie, iż on więcej rozumie z ustawy ACTA niż politycy, i Janusz Korwin-Mikke, i ten anonimowy internauta, który ślepi w ekran z piwem w ręku.
To nie są byty wirtualne, a jak najbardziej żywi ludzie. Można ich było zobaczyć wczoraj przed przedstawicielstwem Parlamentu Europejskiego w
Warszawie. Od kilku dni temat nie schodzi z łamów gazet. Najbardziej interesujące teksty na ten temat znalazłem w "Gazecie Wyborczej" i "Naszym Dzienniku".
Marek Beylin ("Gazeta Wyborcza") chętnie dałby wiarę zapewnieniom rządu, że nie chciał ukryć zapisów ACTA, ale "problem w tym, że nie miał ochoty o nich dyskutować () Wychodzi na to, że rząd, przepychając ACTA, lekceważy naszą wolność i nasze prawa. Trudno o poważniejszy powód do niepokoju."
Najciekawsza jest rozmowa ("Gazeta Wyborcza") z Piotrem Cichockim, antropologiem internetu, który wyjaśnia, że młodzi użytkownicy sieci naruszając prawa autorskie wcale nie mają poczucia, że coś kradną. Oni wychodzą z założenia, że jak coś jest, to się z tego po prostu korzysta. Ale to jest kradzież - upiera się dziennikarz, Grzegorz Szymanik. " Jest to kradzież - odpowiada Cichocki - ale w przypadku informacji, kultury nie możemy się posługiwać takimi samymi kategoriami jak w przypadku zasobów materialnych. To, jak współcześnie rozumie się sprzedaż i wymianę kultury, wydaje się dość nowym wynalazkiem. Opisywał to na podstawie kultury Stanów Zjednoczonych Henry Jenkins. Mówił, że w XIX wieku kultura ludowa nie miała właściciela. Pieśni były wymieniane pomiędzy wsiami, a na podstawie tekstów literackich powstawały wiejskie ballady. Profesjonalizacja i zastrzeganie treści pojawiło się wraz z przemysłem kulturowym. Śpiewacy stali się wokalistami, a stali się dzięki temu, że ich utwory nadawały rozgłośnie radiowe, telewizje, odtwarzano je z płyt. Sytuacja się zmieniła, gdy w domach pojawiły się
komputery, dzięki którym każdy może edytować dźwięk, film, tekst, miksować, remiksować, dzielić się tym. Kultura oddolna powraca, a przemysł kulturowy zaczyna być zagrożony. Twórcze rozwijanie różnego rodzaju produkcji w internecie jest na krawędzi legalności. Ale może to pojęcie legalności nie bardzo pasuje do rzeczywistości? Relacje między produkcją a konsumpcją się zmieniają i nie wiemy, w którą stronę to pójdzie."
Druga intrygująca myśl Cichockiego, to stwierdzenie, że obecny bunt społeczeństwa internetowego "w skrajnych warunkach może przeobrazić się nawet w coś w rodzaju "Solidarności" z roku 1980. Masy społeczne, które wywodzą się z różnych środowisk, zbierają się pod jednym hasłem, bo system polityczny uderzył w podstawę ich życia. Bo dla nich jest to właśnie coś elementarnego."
W "Naszym Dzienniku" Piotr Piętak wyjaśnia kto i dlaczego wymyśli ACTA: to głównie pomysł Japończyków i Amerykanów rozwijany od 2006 roku . Jego pierwszym celem jest walka z piracką ekonomią Chin - to bardzo ciekawy wątek - która podbija świat, drugim natomiast próba ograniczenia piractwa internetowego. Ponieważ od początku w rozmowach ACTA uczestniczyły strony rządowe i komitety doradcze dużych amerykańskich koncernów, internauci podejrzewali, że chodzi o ograniczenie wolności wymiany myśli w internecie.
Okazuje się, że wszyscy cysorze popełniają te same błędy i lekceważą społeczeństwo internetowe. Cysorz Polski powielił sposób działania cysorzy Ameryki i Japonii. A gdyby wykonał czasami telefon do no może nie przyjaciela, ale eksperta, to być może usłyszałby: "Nie idźcie tą drogą".
A teraz przerwa od polityki.
W tygodniku "Polityka" znakomity tekst Marcina Kołodziejczyka o tym jak rybka o wdzięcznej nazwie strzebla błotna blokuje budowę obwodnicy stolicy. Za tą malutka rybką żywotne interesy ludzi, ekolodzy, polityka, europejskie standardy.
Koniec przerwy.
W tygodniku "Gazeta Polska" naczelny Tomasz Sakiewicz w komentarzu redakcyjnym sprawdza, gdzie są granice brutalizacji języka publicystyki politycznej. Pisze o tym co zawsze, czyli Smoleńsku, a tytuł jego rozprawy z komisją Millera brzmi: "Po prostu s...ny". Następny krok to zapewne "Zwyczajne skurwysyny". Dalej to mogą już być "Pierdolone skurwysyny". Ale co ja się czepiam, do opisania Smoleńska po prostu słów brakuje.
W tejże "Gazecie Polskiej" obszerna rozmowa z premierem Węgier Viktorem Orbanem, który wyjaśnia, że jego kraj atakowany jest w Europie z dwóch powodów. Po pierwsze: za hołdowanie wartościom chrześcijańskim, za uznanie rodziny jako podstawy życia społecznego i brak akceptacji dla takich samych praw dla homoseksualistów jak hetero. Po drugie za sprawy gospodarcze, bo ratując rozkradzioną
gospodarkę Węgier naruszył wiele interesów. Przeprowadzony przez Jana Pospieszalskiego przy współpracy Ewy Stankiewicz wywiad ma bardzo czytelną konstrukcję. Wystarczy przeczytać pytanie, odpowiedzi już nie trzeba, ona udziela się sama. Przykład 1. "Zapisaliście też w swoje konstytucji, że zbrodnie systemu komunistycznego nie mogą ulec przedawnieniu. Dlaczego tak późno i czy za tym pójdą akty ustawodawcze?" Przykład 2. "Czy wsparcie również przejawia się radykalna obniżką podatków dla tych, którzy decydują się mieć więcej niż trójkę dzieci". Kto nie zgadł co odrzekł był Orban, ten gapa.
Obiecałem sobie , że już ani słowa nie napiszę o posmoleńskich teoriach, ale nie daję rady. Dla badaczy proponuję porównanie trzech relacji ze spotkania dwóch amerykańskich naukowców polskiego pochodzenia Wiesława Biniendy (specjalista od wytrzymałości materiałów w lotnictwie i astronautyce) i Kazimierza Nowaczyka (wykłada na wydziale medycznym, nie jest specjalistą od lotnictwa) z sejmowym zespołem Antoniego Macierewicza badającym przyczyny katastrofy. Ich ustalenia w największym skrócie: brzoza nie mogła złamać skrzydła.
W "Gazecie Wyborczej" Wojciech Czuchnowski ("Brzoza we mgle absurdów") najpierw relacjonuje przebieg spotkania a potem punktuje niedorzeczności ustaleń zespołu. Cezary Gmyz ("Brzoza nie mogła złamać skrzydła?") w "Rzeczpospolitej" ogranicza się do suchej relacji. Natomiast Katarzyna Pawlak ("Brzozę też wymyślili") w "Gazecie Polskiej Codziennie" odkrywa wielkie smoleńskie kłamstwo. Tutaj bezcenne jest zdjęcie prezesa Kaczyńskiego słuchającego amerykańskich ekspertów. Gdyby taką jego fotę prezentowano na billboardach podczas kampanii wyborczej, to Tusk miałby się kogo obawiać. Tak zadowolonej miny prezesa nie widzieliśmy od czasu pamiętnego meldunku.
W przeciwieństwie do większości Polaków nie znam się na katastrofach lotniczych i w ogóle nie mam zielonego pojęcia o konstrukcji samolotów. Ale jako człowiek urodzony pod sowiecką okupacją chciałbym nieśmiało zwrócić uwagę panu Antoniemu Macierewiczowi, że może on jednak coś przeocza. To nie była zwykła brzoza.
To była ruska brzoza.