http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kapitan Schettino - tchórz czy ofiara nagonki?

Tomasz Bielecki
2012-01-21, ostatnia aktualizacja 2012-01-20 21:10

Wrak
Wrak "Costa Concordii" u wybrzeży wysepki Giglio
Fot. Gregorio Borgia AP

"Kapitanie, nie poddawaj się!" - głosi wielki transparent w miasteczku Francesca Schettino. Znienawidzony w innych rejonach Włoch dowódca wycieczkowca "Costa Concordia" siedzi tam w areszcie domowym z zarzutami nieumyślnego zabójstwa pasażerów

Mieszkaniec Neapolu w koszulce z napisem
Fot. STRINGER/ITALY REUTERS
Mieszkaniec Neapolu w koszulce z napisem "Wracaj na pokład, do cholery!"
Kapitan Francesco Schettino (po prawej)
Fot. Giacomo Aprili AP
Kapitan Francesco Schettino (po prawej)
SERWISY
W wyniku katastrofy wycieczkowca u wybrzeża Toskanii poniosło śmierć mniej ludzi, niż każdego tygodnia ginie na włoskich drogach, ale w kraju oblanym z trzech stron morzami sprawa tonącego statku musiała całkowicie zawładnąć rozmowami zwykłych ludzi oraz mediami.

"Risalga a bordo, cazzo!" ("Wracaj na pokład, do diaska!") - to zdanie z telefonicznej rozmowy urzędnika portu w Livorno z Francesco Schettino, który 13 stycznia opuścił pełen pasażerów statek, jest drukowane na koszulkach, a nawet wplatane w ponure dowcipy.

Za to krajanie dowódcy "Costa Concordia" z Meta di Sorrento bronią go - to słowa proboszcza - przed pręgierzem medialnym. - Tyle osób już zginęło. Czy chcecie, by teraz życie stracił kolejny człowiek? - pyta dziennikarzy ksiądz Gennaro Starita. Sąsiedzi Schettino głośno martwią się bowiem, by załamany kapitan nie zrobił sobie "czegoś strasznego".

Czy splamił honor?

- Przepraszam za gówno, w które wmieszałem nasze nazwisko. Jednak w sprawie ratowania statku zrobiłem wszystko, co trzeba - miał powiedzieć kapitan żonie i córce, kiedy prokuratorzy pozwolili mu na zamianę policyjnego aresztu na domowy.

I rodzina, i sąsiedzi chcą mu wierzyć - machają mu przez okno, by podnieść go na duchu. Przyjezdnych przekonują, że uratował mnóstwo ludzi dzięki doprowadzeniu wycieczkowca, już po jego uszkodzeniu, jak najbliżej lądu ("zarządził ewakuację z kilkudziesięciominutowym opóźnieniem, by nie było paniki") oraz dzięki "zręcznej koordynacji akcji ratunkowej". Powtarzają za Schettino, że nie dotrwał do końca akcji ratunkowej na statku, bo przy pomaganiu pasażerom sam spadł z przechylonego kadłuba do łodzi ratunkowej. I już tam został, by lepiej pomagać innym.

Franco, bo tak wszyscy w Meta di Sorrento nazywają Francesca Schettino, urodził się w 1950 r. zaledwie kilka kilometrów stamtąd - w zdominowanym do dziś przez mafię Castellammare di Stabia, na południe od Neapolu, na jednym z najpiękniejszych włoskich wybrzeży.

W jego czasach chłopcy z Castellammare wybierali między pracą na morzu i hotelarstwem. Przodkowie Schettino od kilku pokoleń pływali na statkach, więc i on bez większego namysłu poszedł do szkoły morskiej w Piano di Sorrento. Potem ożenił się z Fabiolą, której rodzina Cafieros od wieków żyła z morza i dlatego jest na tym skrawku wybrzeża uznawana za niemal arystokratyczną.

Czy splamił jej honor? - Robił wszystko, co mógł. Franco był super i nadal jest super - powtarzają włoskim mediom mieszkańcy Meta di Sorrento, w tym byli pracownicy statków, oficerowie, a nawet emerytowany przełożony Schettino z lat 90. W sąsiedztwie można nawet usłyszeć "nasz bohater", kiedy telewizja powtarza relację młodej Mołdawianki, która - jak się okazało w czwartek - była na mostku z Franco, kiedy wycieczkowiec uderzył o skały. - Uratował tylu ludzi! - mówi w TV kobieta, której nie było na liście pasażerów (najnowsza wersja jest taka, że była gościem kogoś z załogi Schettino).

I tylko Gaetano Perrusio, który do ubiegłego lata był kucharzem na "Costa Concordia", opowiada mediom, jak świetnym i mężnym kapitanem był Franco, ale nie ukrywa, że teraz pojawił się problem: - Morze to ogromne ryzyko. Pech, niełaska, wstyd mogą spaść na każdego. Tym razem trafiło na niego.

Amoralność rodzinna

Schettino pracował w spółce Costa Crociere od 2002 r., a wycieczkowcem "Costa Concordia" dowodził od 2006 r. W momencie katastrofy 13 stycznia u wybrzeży toskańskiej wyspy Giglio miał na pokładzie 4,2 tys. ludzi, w tym tysiąc załogi.

- Był ryzykantem. Sterował statkiem, jakby prowadził ferrari - powiedział jeden z załogantów Martino Pellegrino. Inni, już anonimowo, opowiadali, że był czarującym kobieciarzem, a jego brawura przeradzała się w łamanie przepisów. Zaledwie kilka tygodni wcześniej "Costa Concordia" miała opuścić Marsylię pomimo ostrzeżeń tamtejszego kapitanatu, że statek powinien przeczekać sztormową pogodę.

Niektórzy włoscy publicyści już wracają do - modnej w Italii - teorii "amoralności rodzinnej", która miałaby usprawiedliwiać i bronić członka rodziny lub sąsiada w sprawach, które wydarzyły się "na zewnątrz". Jak w mafii - wewnątrz rodziny jesteśmy pobożnymi katolikami, dobrymi ojcami i mężami, a na zewnątrz handlujemy narkotykami, wymuszamy haracze, grzeszymy, ale nie przeciw swoim.

Inni uciekają się do bardziej ludzkiego wytłumaczenia - rodzinnej i sąsiedzkiej solidarności z załamanym kapitanem, który w chwili katastrofy najwyraźniej stracił kontrolę nad swymi instynktami.

Jednak Francesco Schettino może liczyć na wyrozumiałość tylko w rodzinnych okolicach, bo dla reszty Italii stał się "nikczemnikem" (to słowa prokuratora Francesca Verusio), narodową hańbą ("Czy wszyscy jesteśmy Lordem Jimem?") bądź symbolem włoskich słabości.

"Od bunga-bunga do Costa-Costa" - pisze Caterina Soffici z lewicowego dziennika "Il Fatto Quotidiano". I tłumaczy, że ledwo Włochy zostawiły za sobą skandale związane w wyuzdanymi seksbiesiadami premiera Silvia Berlusconiego, a znów stają się pośmiewiskiem zagranicznych mediów z powodu kapitana, który uciekł z tonącego statku.

Massimo Gramellini z dziennika "La Stampa" zwraca uwagę, że tragedia wycieczkowca wydarzyła się w dniu obniżki oceny Włoch przez agencję ratingową Standard & Poor's, co ma czynić z "Costa Concordia" symbol dryfującej Italii.

Publicysta Beppe Severgnini pisze w "Financial Timesie" o zgubnej włoskiej pokusie do robienia "bella figura", czyli wywierania dobrego wrażenia, teatralnego puszenia się czy też efekciarstwa. To dlatego Schettino zdecydował się na zbyt bliskie podpłynięcie do brzegu Giglio (przyznał się, że robił to na pamięć przy wyłączonej komputerowej nawigacji), by zaimponować mieszkańcom i turystom, a także zrobić przyjemność członkowi załogi pochodzącemu z tej wyspy.

Wedle innej wersji manewr miał sprawić przyjemność emerytowanemu marynarzowi Mariowi Palombo, który mieszka na wyspie Giglio.

Są też bohaterowie

Opowieść o dramacie "Costa Concordia" potrzebuje postaci czarnych i białych. Pozytywnym kontrbohaterem dla Schettino stał się początkowo pracujący na wycieczkowcu perkusista Giuseppe Girolamo, który zdaniem świadków ustąpił małemu chłopcu miejsca w łodzi ratunkowej. Do wczoraj był na liście zaginionych.

Potem na herosa wyrósł 46-letni Gregorio de Falco, który pochodzi z tych samych okolic co Schettino i protestuje przeciw robieniu z siebie bohatera. To ten kapitan z portu w Livorno, który przez telefon bezskutecznie ponaglał Schettino do powrotu na tonącą "Costa Concordię".

"Nagranie rozmowy De Falco i Schettino unaocznia dwie dusze Italii. Z jednej strony dowódca, który ucieka od odpowiedzialności. A z drugiej strony jego rodak, który usiłuje przywołać go do wykonania kapitańskich obowiązków. Dziękujemy ci, kapitanie De Falco, nasz kraj bardzo potrzebuje ludzi takich jak pan" - pisze Aldo Grasso z "Corriere della Sera".

Zły omen przy wodowaniu

Wycieczkowiec "Costa Concordia" został zbudowany w 2005 r. za blisko 450 mln euro, ma 290 m długości oraz 1,5 tys. kabin. Na pokładzie były cztery baseny, 13 barów i pięć restauracji, kino, kasyno i dyskoteka oraz dwukondygnacyjne - największe ze zbudowanych na dotychczasowych statkach - spa o łącznej powierzchni 6 tys. m kw. Po katastrofie w internecie zaczęły krążyć amatorskie filmiki z wodowania, kiedy butelka szampana nie rozbiła się przy pierwszym uderzeniu o statek. Nagrane krzyki uczestników uroczystości dowodzą, że wzięli to wtedy za zły omen.

Ogromne wycieczkowce są nieodłącznym krajobrazem włoskich wybrzeży. "Jesteśmy wdzięczni za ten jedyny w swym rodzaju spektakl, który stał się dla nas niezastąpioną tradycją" - takim listem burmistrz Sergio Ortelli z wyspy Giglio dziękował latem 2011 r. kapitanom statków operatora Costa Crociere za systematycznie powtarzane inchino (ukłon), czyli podpływanie blisko do brzegu.

Podczas inchino, które jest bardzo częstą praktyką na włoskich wybrzeżach, wycieczkowce "pozdrawiają" portowe miasta syrenami i zapaleniem świateł. Czasem w odpowiedzi syreny odzywają się także na lądzie. To atrakcja zarówno dla pasażerów statków, jak i turystów na lądzie.

We Włoszech od kilku miesięcy trwają jednak protesty przeciwników "morskich monstrów" podpływających do miast i miasteczek. Po katastrofie "Costa Concordia" władze zapowiedziały wprowadzenie przepisów regulujących "ukłony" wycieczkowców w kontekście ochrony środowiska oraz bezpieczeństwa samych statków.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 9 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':