Tony Judt, jeden z najbardziej zna nych współczesnych intelektualistów anglosaskich, autor m.in. "Powojnia", czyli błyskotliwego opracowania współczesnej historii Europy, zmarł dwa lata temu na stwardnienie zanikowe boczne, ciężką chorobę neurologiczną prowadzącą do całkowitego unieruchomienia. Przed śmiercią podyktował współpracownikom dwie książki. Jedna, "Źle ma się kraj", gorzka rozprawa z neoliberalizmem, stanowiła jego polityczny testament i ukazała się u nas w ubiegłym roku. Druga, ukazujący się właśnie "Pensjonat pamięci" (Czarne, przeł. Hanna Jankowska), to już testament osobisty, opowieść o własnym dojrzewaniu w powojennej Anglii, żydowskich rodzicach i dziadkach, epizodzie syjonistycznym zakończonym, gdy współtowarzysze z kibucu zażądali od niego poświęcenia osobistych aspiracji na rzecz wspólnoty, studiach w Cambridge, życiu we Francji i w Ameryce, fascynacji Europą Środkową i tak dalej.
Ale nie jest to konwencjonalna książka wspomnieniowa. Tytułowy, drugorzędny pensjonat w szwajcarskich Alpach, do którego podróżował młody autor wraz z rodzicami, to zarówno spotkana w nim banda oryginałów - wypoczywających na nartach brytyjskich aktorów, konkretne wydarzenia, a nawet zapachy, ale też mnemotechniczny wzorzec, dom pamięci, w którego pokojach pisarz, pozbawiony z racji choroby możliwości aktywnego wyszukiwania materiałów, pozwala zamieszkać zapamiętanym szczegółom z przeszłości, by nie dać im umknąć i się rozproszyć.
W tych pokojach nie panuje jednak usypiające ciepełko. Książka to nie rozlewna autobiograficzna rzeka, ale zbiór wyrazistych scenek, miejsc, sytuacji, miniportretów. Wspomnienia Judta rzadko mają charakter sentymentalny, częściej są żywe, nieheroiczne, jego humor - sardoniczny, jego intelekt - jak zawsze sceptyczny, a nieraz demaskatorski. Swe położenie w chorobie nazywa egzystencją karalucha, z czasów dzieciństwa pamięta biedę i smog na ulicach Londynu (w większości domów wciąż paliło się węglem), szkołę wspomina jako miejsce niesympatyczne i opresyjne, choć zaludnione przez pewną liczbę pedagogów oryginałów, kibuc - jako wylęgarnię szowinistów, Cambridge portretuje u progu epoki egalitaryzmu i obyczajowej rewolucji - wciąż ze służącymi na usługach studentów, przyszłych arystokratów ducha, już z dziewczętami nocującymi, wbrew regulaminowi, na terenie kampusu.
Najsłynniejsza powojenna dziennikarka włoska Oriana Fallaci (1929-2006) usiłowała za życia być powieściopisarką, a nawet sumieniem ludzkości, jednak mistrzynią pozostała w jednej dziedzinie - wywiadu prasowego. Potężny tom "Wywiad z historią" (Sfery, przeł. Agnieszka Czepnik, Anna Osmólska-Mętrak, Joanna Ugniewska) to zbiór jej słynnych rozmów poprzedzonych dosadnymi wstępniakami. O sekretarzu stanu w administracji Nixona Henrym Kissingerze napisała: "niewiarygodny, niezrozumiały, w gruncie rzeczy absurdalny osobnik", o izraelskiej premier Goldzie Meir: "przypominała mi moją matkę", o kanclerzu Niemiec Willym Brandcie: "przekonał nas, że słowo Niemiec nie oznacza Hitlera". Jej rozmowy - stronnicze, napastliwe, bezwzględne, efekciarskie - mimo upływu lat wciąż czyta się z wypiekami na twarzy. W latach 70. skutecznie usuwała w cień swych bohaterów - przywódców państw, rewolucjonistów i satrapów, a pod koniec życia raz jeszcze stała się gwiazdą, gdy po zamachach z 11 września ogłosiła antyislamski manifest "Wściekłość i duma".
Wśród zbulwersowanych tekstem Fallaci znalazł się inny Włoch, wybitny reporter Tiziano Terzani, który opuścił wtedy swą himalajską samotnię (zafascynowany kulturą Azji porzucił wcześniej konwencjonalną dziennikarską karierę) i napisał kilkanaście "Listów przeciwko wojnie" (W.A.B., Joanna Wachowiak-Finlaison). W adresowanych m.in. do Fallaci tekstach podkreślał, że za islamski terroryzm współodpowiedzialna jest również arogancja Zachodu, pogłębiająca poczucie upokorzenia i niemocy świata muzułmańskiego.
Źródło: Duży Format