Ta historia, gdyby była prawdziwa, byłaby gotowym scenariuszem na film sensacyjny: przekopujący poniemieckie tereny obywatele tego kraju znajdują tajemnicze skrzynie zawierające akta osobowe pracowników obozu w Auschwitz i wywożą za zachodnią granicę. Nic dziwnego, że dziennikarze, którzy jako pierwsi usłyszeli tę historię, rzucili się na nią. Świat zareagował oburzeniem, potępieniem i śledztwem w sprawie przestępstwa zagrożonego wieloletnim więzieniem.
Miałem do niego zaufanie Jako pierwsze informację o sensacyjnym wykopalisku podały w ub. tygodniu "Nowiny Jeleniogórskie". Według ich relacji lokalny eksplorator Mieczysław Bojko w połowie listopada ub. roku w towarzystwie dwóch niezidentyfikowanych obywateli Niemiec wykopał w rejonie Przełęczy Kowarskiej skrzynie z czasów II wojny światowej. To
Niemcy znali miejsce ich ukrycia, ale potrzebowali tubylca do wynajęcia koparki. Bojkę znali już wcześniej, dlatego o pomoc zwrócili się właśnie do niego. O tym, co kryją wykopane skrzynie, Polak dowiedział się dopiero po ich otwarciu. O swoim znalezisku nie omieszkał poinformować mediów.
W Radiu
Wrocław opowiadał: - To były książeczki kolonialne, wojskowe, książeczki szczepień, akta osobowe dotyczące wachmanów, czyli ludzi współpracujących z obozem w Auschwitz, ale niedotyczące więźniów.
Jak szacował Bojko, skrzynie mogły zawierać dokumenty nawet setki takich osób. Po ich wykopaniu Niemcy wywieźli je za zachodnią granicę, a on za pomoc zainkasował 5 tys. euro i dodatkowo - również w ramach
wynagrodzenia - nieznane dotychczas mapy okolicy.
Zbigniew Rzońca, autor tekstu w "Nowinach", w rozmowie z "Gazetą" przyznaje, że zna się z Bojką od lat. Zawsze miał do niego zaufanie. Dlatego pisząc swój tekst, oparł się wyłącznie na relacji eksplorera. Nie odwiedził miejsca, w którym miało dojść do sensacyjnego odkrycia. Ufał Bojce na tyle, że uwierzył mu też na słowo, gdy ten obdarował go stosownym zdjęciem. Miało ilustrować moment wyciągania znaleziska z ziemi.
Może potrzebował reklamy? Gdy sprawa nabrała rozgłosu, Bojko nagle zamilkł. Jakby zapadł się pod ziemię: nie odbierał telefonów, nie odpowiadał na pozostawiane prośby o rozmowę. Nie mogli się z nim skontaktować nawet znajomi. Kilku z nich, głównie ze środowiska dolnośląskich eksplorerów, ostro się wkurzyło.
- Środowisko jednoznacznie krytycznie ocenia to, co zrobił. Jeśli rzeczywiście w ogóle coś tam wykopał - mówi nam znajomy Bojki, który prosi o niepodawanie nazwiska. - Legaliści potępiają go za oddanie dokumentów Niemcom. Naraził się też sporej grupie eksploratorów żyjących ze zleceń od osób, które wolą się nie ujawniać, a które sporo płacą za wykopanie tego i owego we wskazanym przez siebie miejscu. Takie rzeczy załatwia się po cichu. Kto teraz będzie miał pewność, że po takim wykopalisku ktoś znów nie pobiegnie do mediów?
Joanna Lamparska, autorka kilkunastu książek o skarbach Dolnego Śląska, zna Bojkę od lat. Do historii skrzyń od początku podchodzi ostrożnie: - Przez te tereny rzeczywiście kroczyły marsze śmierci z więźniami z obozów, ale całość wydaje się nielogiczna. Po co Niemcy, którzy znali przecież miejsce ukrycia dokumentów, mieliby angażować do tego kogoś trzeciego? Po co mu płacić? Koparkę mogli wynająć sami.
Takich głosów wątpiących, że Bojko w ogóle coś wykopał, od samego początku było więcej.
- To mitoman. Ma pewne osiągnięcia i wiedzę, ale lubi też pozmyślać, żeby było o nim głośno - mówi nam kolejny poszukiwacz skarbów. - Wielokrotnie coś tam wykopywał, ale pies z kulawą nogą się tym nie interesował. Może teraz chciał błysnąć i po prostu przedobrzył?
Inny przypomina, że w ub. roku Bojko napisał i wydał własnym sumptem książkę "Wspomnienia wytrawnego poszukiwacza skarbów i tajemnic".
- Może mu się słabo sprzedaje i potrzebował rozgłosu?
Muzealnicy, prokuratorzy i śledczy Zawrzało też na forum dolnośląskich eksploratorów, gdzie Bojkę krytykowano i wytykano mu, że już w przeszłości koloryzował swoje osiągnięcia.
Krytyka środowiska to jednak nic w porównaniu z tym, co spadło na Bojkę, gdy o znalezisku poinformowały media ogólnopolskie, a w ślad za nimi internetowe wydania gazet niemieckich, m.in. "Sterna". Sprawą zainteresowali się specjaliści.
Jako pierwszy oburzył się archeolog i kryminalistyk prof. Maciej Trzciński, dyrektor Muzeum Architektury we
Wrocławiu.
- Jeśli w tych skrzyniach znajdowały się teczki osobowe pracowników obozu, to jest to dowód rzeczowy w nieprzedawniających się sprawach o zbrodnie wojenne i przeciwko ludzkości - mówi "Gazecie". - Pomijając kwestie prawne, te dokumenty powinny zostać na terenie Polski i być zbadane przez specjalistów! Przecież tam mogła być na przykład teczka doktora Mengele!
O sprawie dowiedziało się też Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau.