http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dyplomy do wymiany

Czesław Bywalec*
2012-01-19, ostatnia aktualizacja 2012-01-19 12:13

Dzień, w którym kończą studia, jest z reguły dniem bardzo smutnym; "oblewanie dyplomu" miast być - jak niegdyś - radosne i huczne, coraz częściej przypomina stypę, bo się skończyło ubezpieczenie, ulgowe przejazdy, wyrzucają z akademika, a nie ma dokąd pójść

Egzamin na jednej z uczelni
Fot. Tomasz Wantuła / Agencja Gazeta
Egzamin na jednej z uczelni
Polska jest obecnie w światowej czołówce pod względem upowszechnienia wyższej edukacji. Popularna miara tego zjawiska, czyli liczba studentów na 10 tys. mieszkańców, lokuje nas w pierwszej dziesiątce krajów świata. Znacząco przewyższamy pod tym względem m.in. takie kraje jak Wielka Brytania, Francja, Japonia, Włochy, Holandia, Szwajcaria czy Niemcy Jest to na pewno powód do dumy, ale i głębokiej zadumy, czy aby nie przesadziliśmy z tą edukacją, czy nie powstała swoista "bańka edukacyjna" i nie został przekroczony jakiś próg racjonalności?

Obecnie w naszym kraju funkcjonuje około 470 szkół wyższych (np. w Niemczech jest ich ok. 410), z tego niemal 340 to szkoły niepubliczne, popularnie zwane prywatnymi, tworzone głównie w latach 90. Powstawały, jak grzyby po ciepłym deszczu. Gwoli ścisłości, pomimo dużej liczby uczelni niepublicznych naukę pobiera w nich około 600 tys. osób, czyli 30 proc. ogółu studiujących w naszym kraju.

Tak jak szybko szkoły te powstawały, tak też pospiesznie zaczynają upadać, a staje się tak za sprawą głębokiego niżu demograficznego z lat 90. oraz dynamicznego rozwoju i modernizacji szkół publicznych. W najbliższych latach z tych niepublicznych 340 szkół zostanie co najwyżej piąta część, a w dłuższej perspektywie może uchowa się i okrzepnie kilkanaście.

Wbrew pozorom, wielkim błędem było "puszczenie" po 90. roku szkolnictwa wyższego na wolny rynek. Co jak co, ale edukacja nie jest czystym dobrem rynkowym, jest w niej dużo elementów właściwych dobru publicznemu. Wolna gra rynkowa w sferze edukacji - bez względu na jej stopień - jest na dłuższą metę bardzo szkodliwa. Oczywiście "niewidzialna ręka rynku" dostosuje popyt do podaży (i odwrotnie), ale potrwa to wiele lat, a w tym czasie będzie dużo ofiar zarówno po popytowej, jak i podażowej stronie tegoż rynku.

Całkowita niemal swoboda na rynku edukacji akademickiej sprawiła, że owszem - szybko powstawały, i zazwyczaj bez finansowego udziału państwa, szkoły wyższe. Były to jednakże szkoły o specyficznym profilu, tj. kształcące głównie w dyscyplinach społecznych i ekonomicznych. Decydowały o tym przede wszystkim niskie koszty kształcenia. W większości przypadków szkoły te zakładano z motywów czysto komercyjnych, oczywiście ubranych w nośne hasła społeczne. Właścicielom, ukrytym na ogół pod przyjaznymi nazwami spółek lub fundacji, wystarczyło znaleźć odpowiednie lokale, zatrudnić na drugich (lub dalszych) etatach jakichś utytułowanych nauczycieli akademickich (najtańsi emeryci), nauczycieli szkół średnich, no i - wcale nierzadko - własną rodzinę. Popyt na kształcenie akademickie był przecież ogromny. W wieku studenckim znalazły się miliony młodych ludzi urodzonych w drugiej połowie lat 70. i w latach 80., okresie najwyższego w historii Polski wyżu demograficznego. W dodatku fatalne, przeprowadzane niemal z jakobińską furią reformy w szkolnictwie średnim (według zasady: wszystko za "komuny" było złe, a więc trzeba to zmienić), a głównie nadmierna redukcja zasadniczego i średniego szkolnictwa zawodowego, sprawiły, że dla dużego odsetka absolwentów liceów i techników alternatywa wyglądała następująco: albo bezrobocie albo szkoła wyższa. Sprawę komplikowała dodatkowo sytuacja na rynku pracy wywołana głównie prywatyzacją dużej liczby państwowych przedsiębiorstw i idącymi za tym masowymi redukcjami zatrudnienia, czyli wysokim bezrobociem.

W tej mocno przymusowej sytuacji niemal połowa absolwentów szkół średnich poszła do szkół wyższych, które - pełniąc funkcje edukacyjne - stały się równocześnie przechowalniami bezrobotnych i okresowo łagodziły sytuację na rynku pracy. A maturzyści podejmowali takie studia, jakie im oferowały szkoły, szczególnie te nowo powstałe - niepubliczne, uruchamiane często w ich bliskim otoczeniu. Były to zazwyczaj studia humanistyczno-ekonomiczne, z takimi - jak na lata 90. - modnymi specjalizacjami, jak: zarządzanie, marketing, politologia, stosunki międzynarodowe, studia europejskie, socjologia, pedagogika, dziennikarstwo, turystyka itp. Niemodnymi stały się natomiast studia techniczne i rolnicze - wiele uczelni o takim profilu miało niedobory studentów, spadł nawet popyt na studia medyczne. Winę za to ponoszą też - wcześniej wspomniane - reformy programowe w szkolnictwie średnim, a szczególnie ograniczenia nauczania matematyki, fizyki czy chemii, co pośrednio przełożyło się na niskie zainteresowanie studiami ścisłymi oraz techniczno-przyrodniczymi, a ostatecznie na wysoki deficyt specjalistów z tych dziedzin.

I oto mamy obecnie, na początku drugiej dekady XXI wieku, efekt dwudziestoletniego działania "niewidzialnej ręki rynku", czyli wolnej gry popytu i podaży na rynku pracy. Utworzyła się na nim kilkusettysięczna nadpodaż wykwalifikowanej "siły roboczej" (bo z dyplomami szkół wyższych). Równocześnie w wielu dziedzinach gospodarki niezaspokojony jest popyt na pracowników kwalifikowanych, co wręcz staje się ich barierą rozwojową. Brakuje dziesiątki tysięcy inżynierów i setek tysięcy techników i wykwalifikowanych robotników.

Sytuacja jest nie do pozazdroszczenia. Rynek jest ekonomicznie racjonalny w długim okresie, ale równocześnie okrutny, bezwzględny w czasie krótkim. I tę bezwzględność rynku przychodzi nam - a dokładniej młodemu polskiemu pokoleniu - doświadczać na własnej skórze. Z wielkim przygnębieniem czyta się informacje o dramatycznej sytuacji młodych ludzi - studentów i świeżych absolwentów szkół wyższych. Jako nauczyciel akademicki coraz częściej słyszę, jak młodzi, aktywni, ambitni ludzie mówią z goryczą o sobie: "jesteśmy (będziemy) śmieciami" "pokoleniem śmieciowym" (terminy pochodne od "śmieciowych umów o pracę"), "odrzuconymi", "wykluczonymi" itp. Jako osoby kończące studia zgłaszają się masowo do firm z prośbą o jakąkolwiek pracę, nawet za darmo, tylko po to, by w CV zapisać, że gdzieś pracowali, coś zaliczyli, co później poprawiałoby ich szansę na uzyskanie zatrudnienia. I z reguły spotykają się z odmową, szczególnie ci po studiach humanistycznych. A są ich setki tysięcy. Czują się rzeczywiście "wykluczonymi", "oszukanymi" i, co gorsza, większość z nich takimi może być jeszcze raz - pod koniec życia. Bo jakież oni będą mieć za 40 lat emerytury? Groszowe, gdyż dziś nie płacą składek emerytalno-rentowych, pracodawcy narzucają takie warunki pracy i płacy, by składki te były tylko na poziomie minimalnym - dopuszczalnym przez prawo, lub nie było ich wcale. Dzień, w którym kończą studia, jest z reguły dniem bardzo smutnym; "oblewanie dyplomu" miast być - jak niegdyś - radosne i huczne, coraz częściej przypomina stypę, bo się skończyło ubezpieczenie, ulgowe przejazdy, wyrzucają z akademika, a nie ma dokąd pójść, nawet w poradni lekarskiej nie przyjmą ani leku refundowanego nie wypiszą.

Co zatem robić, tym bardziej że sytuacja będzie się jeszcze pogarszać? Próba korekty szkolnictwa wyższego (wyrażona m.in. w ustawie "Prawo o szkolnictwie wyższym " obowiązującej od października 2011) i dostosowania go do potrzeb rynku pracy przeniesie poprawę, ale dopiero za kilka lat. Sytuację poprawi niż demograficzny z przełomu wieków, ale za kilkanaście lat. Zapowiadane przedłużanie wieku aktywności zawodowej oznaczać będzie również mniejszy popyt na nowych pracowników.

Wbrew pozorom w najbliższych latach nie da się istotnie poprawić sytuacji, przyjmując w dodatku optymistyczne założenie, że naszej gospodarki nie dotknie głębsza recesja. Realnie rzecz biorąc, obecnie podstawowym działaniem ze strony władzy publicznej byłoby rozwijanie systemu szkoleń i rekwalifikacji zawodowej młodych absolwentów wraz z zapewnieniem im na ten czas elementarnej osłony socjalnej (składki emerytalno-rentowe i ubezpieczenia zdrowotne). Brzmi to może przewrotnie, ale to nie szyderstwo, to naprawdę poważna propozycja. Tak się zresztą już dzieje. Wielu młodych ludzi odkłada na półki swoje dyplomy magisterskie i udaje się na kursy murarskie, stolarskie, hydraulików, kasjerów, kelnerów, sprzedawców agentów ubezpieczeniowych itp. I dopiero z dyplomami takich kursów pukają do drzwi pracodawców i częściej są one im otwierane.

* Prof. dr hab. zw. Czesław Bywalec - Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie, Wydział Finansów - Katedra Ekonomii

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 11 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':