Tragedia z 10 kwietnia 2010 r. ma nową odsłonę, bo specjaliści z Instytutu Ekspertyz Sądowych (IES) opracowali na zamówienie wojskowych prokuratorów stenogram z odczytu czarnych skrzynek tupolewa.
Motyw przewodni prawicowych środowisk brzmi: wszystkie wcześniejsze ustalenia są kłamstwem, bo eksperci z Krakowa nie zidentyfikowali głosu gen. Andrzeja Błasika. A to ma oznaczać, że w ostatniej fazie lotu nie było go w kokpicie pilotów i tym samym nie wywierał presji na pilotów.
Można mieć zastrzeżenia do wersji rosyjskiego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK), bo nawet w ojczyźnie jest krytykowany za stronniczość i nieudolność przy wyjaśnianiu katastrof samolotów. Jednak sugerowanie, że ekspertyza IES jest ważniejsza od ustaleń cywilnej komisji pod wodzą Jerzego Millera, jest już nadużyciem.
Odczyt czarnych skrzynek wykonali dla komisji Millera fachowcy z policyjnego Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego oraz
ABW. Na ich podstawie członkowie komisji Millera zidentyfikowali głos gen. Błasika, twierdząc, że w ostatnich minutach odczytywał nawet pułap samolotu z wysokościomierza barometrycznego. Czyli tego, który powinien zostać użyty przy podejściu do lądowania, bo pokazuje faktyczną wysokość nad płytą lotniska.
Opinię krakowskiego Instytutu należy traktować jako kolejny krok w sprawie, ale nie przesądzający (sami prokuratorzy tego nie zrobili). Zresztą eksperci IES nie zdołali przypisać wielu odczytanych fraz poszczególnym osobom. Skąd stuprocentowa pewność, że nie ma wśród nich gen. Błasika, skoro choćby miejsce znalezienia ciała wskazuje, że mógł być w kokpicie?
Jeśli jednak przyjmiemy wersję IES za obowiązującą i że słowa przypisywane gen. Błasikowi w rzeczywistości wypowiadał drugi pilot, to tym bardziej jest to dowód obciążający załogę.
Dokładnie wiedziała ona bowiem, na jakiej wysokości nad płytą lotniska oraz faktycznej nad ziemią (bo dane z wysokościomierza radiowego podawał nawigator) znajduje się samolot. Mimo to do ostatnich chwil w kokpicie nie było niepokoju, choć samolot szybko zbliżał się do ziemi. W dodatku załoga musiała wiedzieć, że do progu lotniska jest jeszcze daleko, bo nie usłyszała sygnału minięcia tzw. bliższej radiolatarni.
Stało się to dopiero o godz. 8.40:58,8 (podaję za stenogramem IES), czyli już po odczytaniu przez nawigatora wysokości 20 m i kilka sekund przed rozbiciem się. W tym momencie samolot powinien być ok. 80 m nad płytą lotniska, bo do progu pasa był jeszcze kilometr. Jeśli to nie jest błąd załogi, to kogo?
Eksperci z IES potwierdzili też, że załoga podchodziła do lądowania na autopilocie, czego absolutnie robić nie powinna, bo w Smoleńsku nie było odpowiednich do tego urządzeń. I choć przed katastrofą dowódca i drugi pilot mówią o odejściu na drugi krąg, to długo nic nie robią. Wg stenogramu krakowskich specjalistów kapitan wyłączył autopilota dopiero o 8.40:58,1, a informujący o tym sygnał trwał dokładnie 0,9 s. Stało się to na wysokości pomiędzy 30 a 20 m nad ziemią...
Warto wczytać się też w stenogram IES, by skonfrontować go ze słowami prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego o tym, że piloci "nie popełnili żadnych błędów i byli dobrze wyszkoleni"
Warto wczytać się też w stenogram IES (jeśli już ktoś nie chce wierzyć komisji Millera), by skonfrontować go ze słowami prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego o tym, że piloci "nie popełnili żadnych błędów i byli dobrze wyszkoleni" i że to kontrolerzy ze Smoleńska kazali załodze tupolewa lądować.
Zerknijmy na zapis. Załoga już pół godziny przed katastrofą wiedziała, że warunki w Smoleńsku są fatalne, i rozmawiała o tym między sobą. O 8.13 przekazują jej najnowsze dane meteorologiczne - na prośbę kontrolerów ze Smoleńska via
Moskwa - białoruscy kontrolerzy z Mińska, mówiąc, że jest mgła i że widzialność na lotnisku Siewiernyj to 400 m (wymagane minima dla lądowania tupolewa to 1200 m widoczności poziomej i 100 m pionowej).
Po nawiązaniu kontaktu przez prezydencki samolot z kontrolerami w Smoleńsku ci ostatni mówią o 8.24: "Warunków do przyjęcia nie ma". Kapitan odpowiada: "Dziękuję. Ale jeśli można, to spróbuję podejść", oraz zapewnia, że jeśli nie będzie pogody, to odleci na drugi krąg.
Już wtedy tupolew powinien udać się na zapasowe lotnisko, bo jeśli nawet załoga nie wierzyła Rosjanom, to nie mogła nie wierzyć załodze jaka-40, która w niewybrednych słowach stwierdziła, że warunki atmosferyczne są fatalne ("piz... tutaj jest"). Ostatni komunikat od jaka jest taki, że widoczność wynosi najwyżej 200 m - mimo to tupolew nie przerywa podejścia do lądowania, choć wtedy był jeszcze kilkaset metrów nad ziemią...
A teraz najciekawsze wnioski, jakie można wysnuć na podstawie stenogramu IES, a czego nie było we wcześniejszych zapisach z czarnych skrzynek. Dotyczą one presji, jakiej podlegała załoga w trakcie lotu.
O 8.16 drugi pilot pyta: "Za ile te uroczystości się zaczynają?". Dowódca załogi odpowiada: "Nie wiem, ale jak nie usiądziemy, to oni..." (wypowiedź niedokończona).
Minutę później dowódca mówi zapewne do jednej ze stewardes: "Jest nieciekawie, wyszła mgła... nie wiadomo..., wylądujemy". Stewardesa: "Tak? Nie zdążą". Dowódca: "Wiem".
O 8.21 stewardesa pyta: "Dowódco, będziesz schodził?". Kapitan: "Zapinamy".
Potem jest znana już wizyta szefa protokołu
MSZ, któremu dowódca wyjaśnia, że wyszła mgła i że nie uda się wylądować. "No to mamy problem" - odpowiada dyplomata, by po kilku minutach wrócić i poinformować: "Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robić". I tej decyzji piloci nie usłyszą do końca.
Do tego dochodzą wizyty w kokpicie postronnych osób.
O 8.34 jakiś mężczyzna pyta: "Jak idzie (?)?". Później jakiś męski głos "Trzeci robią (?)" - jakby tłumaczył jeszcze komuś spoza załogi, że samolot wchodzi w trzeci zakręt po kręgu, jakim leci przed lądowaniem. Potem jest jeszcze kilka niezidentyfikowanych męskich głosów.
O 8.40:45,4 słychać pierwsze ostrzeżenie sygnału TAWS o zbliżaniu się do ziemi: "pull up" (do góry), o 8.40:51,9 dowódca mówi: "[-]chodzimy na drugie", po chwili drugi pilot: "...Odchodzimy...", ale sterowany autopilotem samolot wciąż opada.
Dopiero o 8.41:03,4 ktoś mówi "K... mać", gdy
maszyna jest poniżej 20 m nad ziemią. Cztery sekundy później nagranie się urywa.
PS Powołana przez PiS komisja Antoniego Macierewicza ustaliła, że "na wysokości 26 m doszło do dwóch wstrząsów, których wprawdzie przyczyn jeszcze nie znamy, i prawdopodobnie oderwało się skrzydło". W przedstawionym przez IES stenogramie załoga tego nie zauważyła...