Chińscy komunardzi z Wukan zwyciężyli

Maria Kruczkowska
17.01.2012 , aktualizacja: 17.01.2012 07:33
A A A Drukuj
Chłopskie bunty w Chinach wybuchają coraz częściej, ale ten w Wukan był wyjątkowy, bo ze szczęśliwym dla buntowników zakończeniem
Wukan, 13-tysięczna rybacka wioska na południu Chin, świętował wczoraj pierwsze zwycięstwo wsi w walce o jej prawa. Przywódca protestu - 67-letni Lin Zuluan - zamiast więźniem, został szefem miejscowego komitetu partii komunistycznej.

Bunt wybuchł we wrześniu. Na jego czele stanęli mieszkańcy wsi, którzy latami pracowali w mieście, ale wrócili w związku z globalnym kryzysem, który uderzył w chińskie fabryki produkujące na eksport. A w nadmorskiej prowincji Guangdong, gdzie leży Wukan, jest najgorzej.

Do domu powrócił 44-letni Yang Semao. Wiele lat pracował jako menedżer w metropolii Shenzhen, godzinę drogi od Hongkongu. - Gdy wróciłem, szybko zdałem sobie sprawę, że sytuacja jest zła. Wielu mieszkańców straciło ziemię, a inflacja zjadła ich oszczędności - powiedział mediom. Towarzyszyli mu 20-letni Zhang, kronikarz buntu w internecie, oraz Lin Zuluan, który po latach pracy w metropolii wrócił do wioski.

We trzech przekonali mieszkańców, że miejscowa władza ich okrada. Sprzedała bowiem deweloperom 80 proc. ziemi ornej o wartości 110 mln dol. Wukan to wioska rybacka, ale połowy są coraz mniejsze i mieszkańcy mogą przetrwać tylko dzięki swym niedużym poletkom.

Oburzeni wieśniacy pomaszerowali z transparentami do siedziby powiatu w Lufeng. W Chinach o proteście nie wolno było pisać. Ale prowincja Guangdong leży w sąsiedztwie Hongkongu. Ściągnął stamtąd tłum dziennikarzy, przybyli też chińscy blogerzy.

Na początku grudnia mocno zniecierpliwione władze postanowiły rozprawić się z buntem. W ruch poszły pałki, a czterech przywódców policja wywiozła do siedziby powiatu. Następnego dnia córce jednego z nich kazano przyjechać do ojca, który w komisariacie miał umrzeć na atak serca. Wioska była jednak przekonana, że Xue Jinbo zamordowano. Zażądała wydania ciała i uwolnienia pozostałych zakładników.

Taki był początek ruchu, który "New York Times" nazwał Komuną Paryską w Wukan. Przez 11 dni wioska stała się jedynym wolnym i samorządnym miejscem w Chinach. Chłopi wypędzili władze, zabarykadowali drogi dojazdowe i zaczęli odpierać ataki policji. Powstało nawet centrum prasowe, w którym buntownicy wywiesili obraz Jezusa i Boga Ojca oraz komunikaty po chińsku i angielsku.

- Nie buntujemy się. Popieramy partię komunistyczną. Kochamy nasz kraj - zapewniali.

W uszach zachodnich brzmi to może nieszczerze, ale w Chinach mit o dobrym carze i złych bojarach ma się świetnie. Chłopi wierzą, że ich problemem są lokalni skorumpowani biurokraci, natomiast Pekin chce dobrze, ale o niczym nie wie.

Władze próbowały wziąć Wukan głodem. Wieś gromadziła zapasy, serwowała ochotniczej straży i gościom zupę ryżową, i nie chciała się poddać.

Po 11 dniach doszło do zdarzenia bez precedensu. Partyjny sekretarz prowincji Wang Yang zmiękł i zamiast oddziałów szturmowych wysłał do wioski parlamentariuszy. Władze częściowo przyznały rację buntownikom.

Wydano ciało zabitego i pozwolono urządzić pogrzeb. Zakładników zwolniono, a wieś ogłosiła koniec protestu. Teraz nowy szef wioski ma zorganizować wybory do władz Wukan. W Chinach od początku lat 80. wieś ma prawo wybierać swe władze, choć są to wybory pod nadzorem partii.

Pytanie, co przyniosło zwycięstwo? Co będzie z ziemią odebraną rolnikom? Czy duch Wukan zainspiruje inne wioski? A przede wszystkim, czy ustępstwo władzy to zmiana polityki, czy tylko ruch taktyczny?

Mieszkańcy się boją, że gdy wyjadą dziennikarze, zaczną się represje. W chińskim internecie krąży złowróżbna wypowiedź przedstawiciela aparatu z tej samej prowincji Zheng Yan Xionga. Zarzucił on mieszkańcom Wukan, że zamiast zaufać władzom, ściągnęli dziennikarzy. Oskarżenia wobec policji odrzucił. Narzeka też: - W miarę jak wieśniacy stają się bardziej wykształceni, coraz trudniej nimi rządzić.

ZOBACZ TAKŻE
  • 0