- Ta ekspertyza nie powoduje żadnych zmian w dotychczasowych założeniach śledztwa - podkreślił płk Ireneusz Szeląg, szef Wojskowej Prokuratury Okręgowej w
Warszawie.
Wojskowi śledczy badający katastrofę prezydenckiego samolotu z 10 kwietnia 2010 r. przedstawili wyniki badań krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. Jana Sehna. Biegli z Krakowa zbadali zapis ostatnich 38 minut tragicznego lotu polskiej delegacji, zakończonego katastrofą na lotnisku Siewiernyj pod Smoleńskiem. Wynik ich prac przynosi trzecią wersję tego, kto i co mówił tuż przed katastrofą.
Różnice w szczegółach Pierwszą wersję stworzoną we współpracy z polskimi biegłymi ogłosił latem 2010 r. rosyjski MAK. Drugą autorstwa ekspertów z
ABW i policji dołączyła rok później do swojego raportu polska komisja badająca katastrofę. Ekspertyzę krakowską zamówiła prokuratura wojskowa. Prace zakończono w grudniu 2011 r.
W swojej zasadniczej wymowie wszystkie zapisy pokazują zbliżony obraz wydarzeń krytycznego poranka. Załoga prezydenckiego samolotu w miarę zbliżania się do Smoleńska otrzymuje informacje o gęstniejącej mgle. Załoga mówi o tym obecnym na pokładzie urzędnikom, którzy konsultują się z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Ostatecznie piloci decydują się na próbne podejście. Jeśli się nie uda, chcą lecieć na lotnisko zapasowe. W końcowej fazie samolot jest kilkanaście metrów niżej od wskazań wysokościomierza. Próbuje się poderwać, ale zahacza skrzydłem o drzewo...
Różnice tkwią w szczegółach. Jednym z nich jest kwestia obecności w kabinie pilotów dowódcy sił powietrznych generała Andrzeja Błasika. Raporty MAK i polskiej komisji przy
MSWiA uważały ją za pewnik. Interpretowały to jako "bezpośrednią presję na pilotów" (MAK) lub "presję pośrednią" (MSWiA).
Tymczasem eksperci z Krakowa orzekli, że na nagraniach z czarnych skrzynek nie zidentyfikowali głosu generała. Dla prawicowych mediów i polityków
PiS oznacza to, że Błasika w ogóle nie było w kokpicie. A teza o presji upada.
Otwarte drzwi kokpitu Prezentując wyniki badań krakowskiego instytutu, płk Szeląg stwierdził, że właśnie ta ekspertyza jest dla prokuratury wojskowej obowiązująca. Zaznaczył, że "dowód ten nie stanowi odpowiedzi na pytanie, co było przyczyną katastrofy i jaki był jej przebieg". Powiedział też, że biegli nie byli w stanie zidentyfikować wielu głosów w kokpicie, bo "nie wykluczają, że drzwi do kabiny pilotów były otwarte w czasie lotu". Nie chciał powiedzieć, gdzie znaleziono zwłoki gen. Błasika. Według rosyjskiego MAK jego ciało było usytuowane w tylnej części kokpitu.
(Nie) powiedział generał? Krakowska ekspertyza przynosi już trzecią wersję tego, kto wypowiedział słowa wcześniej przypisywane gen. Błasikowi.
W stenogramie MAK generałowi przypisuje się zdanie z godz. 08.39. Dwie minuty przed katastrofą miał odczytywać tzw. kartę podejścia, czyli listę procedur przed lądowaniem. W tej wersji mówi: "Mechanizacja skrzydła przeznaczona jest...". Rosjanie określili ten głos jako "anonim", a tylko w objaśnieniu napisali: "W tle głos gen. Błasika".
W stenogramie ogłoszonym przez MSWiA gen. Błasik jest już wymieniony w spisie osób, których głosy zidentyfikowano i oznaczony skrótem DSP, czyli Dowódca Sił Powietrznych. Ale słowa o "mechanizacji skrzydła" nie są już mu przypisane. Wypowiada je anonim. Według tego dokumentu generał zabiera głos trzy razy. Tuż przed katastrofą podaje wysokość: 250 i 100 m. O godz. 08.40 mówi jeszcze: "Nic nie widać".
W ekspertyzie krakowskiej jest jeszcze inaczej. Gen. Błasik znika z wykazu zidentyfikowanych na nagraniu osób. O "mechanizacji skrzydeł" mówi nawigator. Odliczanie przypisane jest drugiemu pilotowi. Słowa: "Nic nie widać", w tym wydaniu w ogóle nie padają.
"Boże" czy "Nie drzyj się"? Ale to niejedyna różnica między odczytami. Zostawiając już wersję MAK, porównaliśmy stenogram ogłoszony przez MSWiA ze stenogramem Instytutu im. Sehna.
Rozbieżności w odczytaniu kolejnych zdań wypowiadanych w tym samym czasie są skrajne i dotyczą nie tylko tego, kto je wypowiedział. Przykłady:
Wersja MSWiA: "Nie mamy paliwa, będziemy musieli gdzieś usiąść". Wersja Instytutu: "A mamy paliwo, żeby tu usiąść?".
MSWiA: "K...., wychodzi mgła, a oni nie uwzględnili tego wcale". Instytut: "To znaczy, że źle, nie?".
MSWiA: "Boże kochany". Instytut: "Nie drzyj się".
MSWiA: "Tam jest obniżenie". Instytut: "Z punktu widzenia...".
Często jest też tak, że słów, które są w jednym stenogramie, nie ma w drugim i na odwrót. Tak jest nie tylko w przypadku zdania "Nic nie widać", ale i w kilku innych. W wersji Instytutu nie ma np. zdania z godziny 8.29:53, które według komisji MSWiA brzmiało: "Zanim zdecyduje, to może byśmy kartę zrobili w międzyczasie, czy to będzie Mińsk, czy Witebsk". Nie ma też zdania z godz. 8.35:51: "Musimy to lotnisko wybrać w końcu". Oba dotyczą sytuacji, w której piloci oczekują na decyzję prezydenta, czy lądować, czy też lecieć na lotnisko zapasowe.
W ekspertyzie krakowskich biegłych jest dużo więcej nowych słów, których autorstwa nie przypisuje się żadnej konkretnej osobie. Ich nasilenie następuje po godz. 8.36:51, kiedy anonim mówi: "Generałowie", a zaraz potem członkowie załogi powtarzają: "Witam" i "Dzień dobry", co oznacza, że ktoś wszedł do kokpitu. Potem pada kilkanaście pojedynczych słów, też przypisywanych anonimowi. Tam gdzie w poprzednio odczytanych stenogramach zapis się urywa w momencie katastrofy, krakowscy biegli odczytali "dźwięki przypominające ludzki głos".
Pełnomocnik wdowy: niewiarygodne dowody Jak wytłumaczyć tak poważne rozbieżności w zapisach? Płk Edmund Klich, szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych i polski przedstawiciel przy MAK: - W tej sytuacji trzeba zamówić jeszcze jedną ekspertyzę.
Klich przeprasza też wdowę po gen. Błasiku za to, że od początku mówił o jego obecności w kokpicie. Ale - podkreśla - przecież polska komisja też nie miała co do tego wątpliwości. Czy wiadomo, gdzie w momencie katastrofy był generał? - pytamy mec. Bartosza Kownackiego, pełnomocnika wdowy po Andrzeju Błasiku. - Nie wiem, tak samo jak nie wiem, gdzie znajdowała się wtedy większość pasażerów. Do tej pory były trzy poszlaki na obecność generała w kabinie. Po pierwsze - nagranie jego głosu, ten dowód właśnie padł. Po drugie - opinia sądowo-medyczna, i ten dowód jest niewiarygodny ze względu na protokół sekcji Zbigniewa Wassermanna. Po trzecie - oględziny miejsca znalezienia zwłok, ten dowód też nie jest rzetelny, bo Rosjanie umownie podzielili teren katastrofy na sektory. Więc wniosek, że generał był w momencie katastrofy w kokpicie, jest zbyt daleko idący.