Mimo młodego wieku Ezra zdążył już nie tylko zagrać w kilku ciekawych produkcjach. Ma również własny zespół - Sons of an Illustrious Father, w którym gra na perkusji
Fot. Best Film
Już w kinach "Musimy porozmawiać o Kevinie". Matka nigdy nie kochała syna, ten stał się zbrodniarzem. Ale czy brak miłości jest winą?
W starożytnej Grecji też jeżdżono na kurację do wód i tam, w ramach terapii, oglądano w teatrze tragedie oparte na mitach. Medea zabijała dzieci, żeby ratować siebie. Orestes zabijał matkę z zemsty za to, że zabiła mu ojca. To były tematy sztuki popularnej. Widz rozpoznawał w bohaterach siebie, mimo że zbrodnie nie były jego udziałem. Doprowadzając sytuacje rodzinne do ostateczności, sztuka mówiła o tym, co - choć nie mamy odwagi tego przyznać - dotyczy wszystkich. Trzeba dopiero tak drastycznych sytuacji, aby wyrazić ciężar zwykłego życia. W przypadku "Musimy porozmawiać o Kevinie" Lynne Ramsay jest to ciężar macierzyństwa, w którym nie ma miłości. Ale czy brak miłości jest czyjąkolwiek winą?
Tilda Swinton - faktyczna współautorka filmu - rozedrgana, zmieniająca wyrazy twarzy jak maski, gra matkę chłopaka, który w rodzinie jest obcym ciałem, "obcym pasażerem Nostromo". Kevin nienawidzi. Przez całe życie prowadzi okrutną grę z matką, a w wieku 16 lat popełnia zbrodnię przerażającą bezinteresownością - zabija szkolnych kolegów.
Filmowa opowieść jest strumieniem świadomości matki, która jedzie odwiedzić syna w więzieniu. Seria gwałtownych retrospekcji, rozsypanych chronologicznie obrazów, którymi film chlusta widzowi w oczy, jest poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie: co zrodziło agresję chłopca? Na konferencji w Cannes, gdzie film miał premierę, rozgestykulowana Swinton mówiła, że rodzina to dla osób takich jak matka Kevina "bloody business".
W języku potocznym słowo "tragedia" oznacza nieszczęście, o jakim donoszą tabloidy. Ale jej głęboki sens polega na czymś innym - na uświadomieniu sobie pułapki bez wyjścia. Jak mówi eseista Ryszard Przybylski, w tragedii całe życie ludzkie "ukazane jest jako seria potwornych sytuacji". Tragizm zawiązuje się w momencie, gdy człowiek wchodzi w relację z innym człowiekiem. Zbrodnia staje się wyrazem skandalu istnienia, bezsilnym protestem przeciwko niemu. Konfrontacja z tragizmem istnienia miała widzów tragedii wzmacniać, oczyszczać, przynosić "katharsis". Film Ramsay - podobnie jak "Matka Teresa od kotów" Pawła Sali - to próba stworzenia nowoczesnej tragedii filmowej. Czy może to się udać w cywilizacji, gdzie poziom szczęścia reguluje się pastylkami, a widz jest przygotowany, że na każde przeklęte pytanie dostanie natychmiastową odpowiedź ekspertów?
Bohaterka mimo pozorów normalnego, szczęśliwego życia (małżeństwo z namiętności, dom, praca, dzieci, kariera) jest w gruncie rzeczy kompletnie niedopasowana do roli matki, choć nie tak bezradna jak "matka Teresa" z filmu Sali. Scena jej spotkania z dorosłym synem zbrodniarzem ukazuje narodziny tragicznej świadomości - poczucia nieuniknionej winy. Chłopak, mówiąc do matki, że nie wie, dlaczego popełnił zbrodnię, zaczyna patrzeć na siebie z zewnątrz. Pod koniec widzenia oboje żegnają się, obejmując, choć przez całe życie na różne sposoby wzajemnie się odpychali. Ale w tym momencie wydają się zdystansowani wobec siebie i zapiekłych uczuć, jakie wobec siebie żywili. Ten dystans do własnego zmarnowanego życia, spojrzenie na nie z żalem, nazywam poczuciem tragiczności, które pozwoli im udźwignąć to, co się stało.
Zło wynikające z wzajemnych relacji matki i syna już się rozlało. Byli ze sobą związani perwersyjnym, psychopatycznym związkiem. Teraz mogą spojrzeć na siebie jak obcy i być może przez to - paradoksalnie - staną się sobie bliscy? Ona nie kochała syna, choć starała się poprawnie wypełniać swoją rolę. On wyczuwał, że być może nie chciała go w ogóle urodzić. A może tylko nie chciała się z nim rozstać, "wydać go na świat" - o czym świadczyłoby jej zachowanie podczas porodu?
Film jest opisem walki, jaką matka toczy z dzieckiem niemal od dnia jego narodzin. Choć wykazuje podręcznikową cierpliwość wobec wrzeszczącego niemowlęcia, moment prawdy przychodzi, gdy nie mogąc znieść jego krzyku, stawia jego wózek tuż koło ulicznego młota pneumatycznego. Lub później, gdy nie mogąc znieść jego nienawistnej przekory, popycha go tak mocno, że chłopiec łamie rękę. Kevin to doceni... Charakterystyczne, że właśnie ten epizod ich zbliży, choć zarazem ustawi relację matki i dziecka na płaszczyźnie perwersji. Skrzywdzone dziecko rozpoznaje w matce partnerkę swojego nieszczęścia, kogoś podobnego do siebie. Z punktu widzenia tej sceny można odczytać nienawiść Kevina jako perwersyjne wołanie o bliskość, której nie da się zrealizować. Tak jakby dziecko chciało ukarać matkę za to, że je urodziła. Równocześnie z wrogością narasta w nim chęć, aby zachować ją tylko dla siebie. Dlatego jej nie zabije.
Kevin jest psychopatą, niezdolnym do empatii. Dlatego widz nie może obwiniać jego matki tak, jak ona obwinia samą siebie. Choć przypomina dziecięcego demona z horrorów typu "Omen", do pewnego stopnia możemy go zrozumieć. Film na skrajnym przykładzie odsłania pułapkę uczuć, których jesteśmy więźniami lub które sobie wmawiamy. Być może matka Kevina wcale nie chciała założyć rodziny, mieć dzieci, wypełniać "powołania kobiety"? Może spełniałaby się w życiu jako samotna podróżniczka?
Film Ramsay odsłania ambiwalencję uczuć, łatwość przechodzenia od litości do nienawiści - jak w epizodzie gwiazdkowego spotkania w pracy, gdzie nad samotną kobietą, która nie tańczy, pochyla się kolega podrywacz, a kiedy zostaje odrzucony, obrzuca ją obelgami, jako "dumną sukę".
Jest też epizod przeciwny, gdy "wyrodną" matkę Kevina pozdrawia czarny chłopak na wózku, jedna z ofiar jej syna. W piekle zaprzeczonej miłości jest jakieś wyjście - możliwość takiej miłości, która po grecku nazywa się agape i jest definiowana jako "wola stworzenia czegoś innego od siebie", uszanowanie czyjejś osobności. Danie drugiemu wolności. Nawet w rodzinie.