Ignatienko jeszcze przed ucieczką z Rosji mówił: "Jeśli mnie zatrzymają, wydam wszystkich". I chodziło mu nie tylko o prokuratorów. Dlatego odważył się pojechać na Nowy Rok do Polski. Nie bał się niczego, bo wierzył, że nikt go nie ruszy - tłumaczy w piątkowym "Moskowskim Komsomolcu" Aleksander Szestun, szef administracji podstołecznego powiatu sierpuchowskiego.
Szestun długo i bezskutecznie domagał się likwidacji nielegalnych, ale jawnie działających kasyn, i próbował zdemaskować patronujących im prokuratorów. Według rosyjskich mediów udział w zyskach mieli mieć wysoko postawieni przełożeni Ignatienki, m.in. syn prokuratora generalnego Rosji Jurija Czajki - Artiom.
Tacy ludzie jak Ignatienko zapewniali kasynom ochronę przed policją i służbami specjalnymi. Dzięki temu prokurator, który oficjalnie zarabiał miesięcznie równowartość 8 tys. zł, zgromadził kolekcję luksusowych samochodów i
zegarków szwajcarskich.
Wreszcie latem zeszłego roku nielegalnym hazardem zajął się - konkurujący z prokuraturą generalną - Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej i Federalna Służba Bezpieczeństwa. Ignatienko uciekł na Ukrainę, ale
ABW zatrzymała go 1 stycznia pod Zakopanem, gdzie spędzał sylwestra z rodziną. Do czasu decyzji o deportacji ma mieć nadzwyczajną ochronę.
Od razu stało się to główną wiadomością w rosyjskich mediach. Aresztowanie było efektem współpracy naszych służb z FSB, która przekazała Polsce informacje o tym, gdzie przebywa poszukiwany listem gończym eksprokurator.
Ale sprawa ekstradycji Ignatienki utknęła w miejscu. Rzeczniczka prokuratury generalnej tłumaczyła kilka dni temu agencji RIA Nowosti, że nie może przekazać Polsce niezbędnych materiałów, bo Komitet Śledczy rzekomo nie dostarczył jej dokumentów. Rzecznik Komitetu w wywiadzie dla agencji ITAR TASS zapewnił, że prokuratura już dawno wszystko dostała.
Prokuratura generalna robi wszystko, by ukręcić sprawie łeb i uchronić przed odpowiedzialnością zamieszanych w aferę śledczych. Prokuratorzy z Moskwy zwalniali z aresztów kolegów z obwodu podstołecznego, którym Komitet Śledczy zarzucał korupcję. Próbowali nawet zamknąć dochodzenie prowadzone przez Komitet i FSB.
Dzięki temu Ignatienko, zamiast siedzieć za kratkami, mógł zbiec za granicę, a potem jego koledzy z prokuratury generalnej przez kilka miesięcy nie dawali Interpolowi zgody na rozesłanie listów gończych. Także wtedy zwalali winę na Komitet Śledczy, który miał rzekomo nie dopełnić niezbędnych formalności.
- Ignatienko nie dojedzie do kraju. Jego nie tylko przejedzie kamaz, na niego spadnie rakieta - mówi "Moskowskiemu Komsomolcowi" Szestun.
W ten sposób przypomniał on tragiczną śmierć szefa departamentu inspekcji prokuratury generalnej gen. Giennadija Nisiforowa, którego tydzień po aresztowaniu Ignatienki rozjechała w Moskwie ciężarówka. Wcześniej prowadził on wewnętrzne śledztwo, które miało wyjaśnić rolę innych prokuratorów w aferze z kasynami.
To niejedyna śmierć związana z nielegalnym biznesem hazardowym. W ub.r. samobójstwo popełnił Wiaczesław Sizow z prokuratury generalnej, który łamiąc zasady solidarności, pomagał śledczym w dochodzeniu w sprawie kasyn.
Zatrzymany w Polsce 1 stycznia Ignatienko miał przy sobie łotewski paszport. Dzień później został aresztowany na 40 dni, siedzi w areszcie deportacyjnym w Nowym Sączu. Według RMF FM chciałby się starać o azyl.