W pamięci pokoleń pozostanie więc wczorajsza ocena - skazanie Kiszczaka i słowa sądu z uzasadnienia, że to gen. Wojciech Jaruzelski kierował grupą przestępczą. Sąd wydał wyrok, chcąc uczynić zadość historycznej i politycznej odpowiedzialności generałów.
Ale wyrok za przestępstwo takie, jakie opisał prokurator
IPN, a wczoraj przyjęli sędziowie, budzi zdziwienie. Zarzut brzmiał: stworzenie przestępczego związku zbrojnego. To oskarżenie stosowane dotąd tylko wobec mafii, gangów. Zarzut od początku wydawał się absurdalny, uniewinniony wczoraj Stanisław Kania nazwał go nawet hańbiącym.
W orzecznictwie sądów i prawniczej literaturze opisywano dotąd następujące cechy struktury przestępczych związków: tajność, widoczne przywództwo, hierarchiczne podporządkowanie, dyscyplina organizacyjna. Albo cechy psychologiczne: wzajemna pomoc, ochrona, jednoczący cel, wspólne rozrywki. O sankcjach wewnątrz grupy za współpracę z wymiarem sprawiedliwości lub z konkurencyjną grupą przestępczą nie wspomnę. Gdzie ich szukać w tej sprawie?
Sędzia Ewa Jethon powiedziała wczoraj, że grupę przestępczą mogą tworzyć także funkcjonariusze państwowi. Tu zgoda. Ale powiedzenie, że premier i szef
MON (Jaruzelski), szef MSW (Kiszczak), szef sztabu generalnego LWP (gen. Florian Siwicki) i sekretarz Komitetu Obrony Kraju (gen. Tadeusz Tuczapski) spiskowali, namawiali się, jak po kryjomu zlikwidować "S", to absurd.
Zakłada bowiem, że generałowie działali wbrew jakiejś innej, legalnie istniejącej władzy albo przynajmniej obok niej. Podczas gdy oni właśnie tę władzę tworzyli. I przed 13 grudnia 1981 r., i po tej dacie.
Prawno-logicznego wyjaśnienia tego paradoksu wczoraj od sądu nie usłyszeliśmy.