http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Szansa dla pokoju w Birmie

Maria Kruczkowska
2012-01-12, ostatnia aktualizacja 2012-01-12 18:52

Negocjatorzy birmańskiego rządu i przywódcy Narodowej Unii Karenów przypieczętowują zawieszenie broni
Negocjatorzy birmańskiego rządu i przywódcy Narodowej Unii Karenów przypieczętowują zawieszenie broni
Fot. Soe Zeya Tun REUTERS

Po ponad półwieczu konfliktu władze Birmy podpisały zawieszenie broni ze zbuntowanymi Karenami, jedną z wielu mniejszości etnicznych zamieszkujących kraj. - To przełom - ocenia birmańska emigracja

SERWISY


Zawieszenie broni podpisano w Ba-an, głównym mieście stanu Karen, na południowym wschodzie Birmy, po wielu godzinach rozmów, w których uczestniczyli rządowa delegacja i przywódcy Narodowej Unii Karenów - reprezentanci tej liczącej 7,5 mln ludzi birmańskiej mniejszości. - Celem tego spotkania było nie tylko zawieszenie broni, lecz także zawarcie pokoju - oświadczył minister ds. imigracji i ludności Khin Yi. Tak kończy się trwająca od 62 lat jedna z najdłuższych wojen domowych po II wojnie światowej.

Czołowy birmański przegląd emigracyjny "Irrawaddy" pisze o przełomie. Władze bowiem od dawna próbowały dogadać się z Karenami, a zawieszenie broni bez efektów negocjowano aż sześć razy. Znani z bitności Karenowie, baptyści mający mocne oparcie w swojej dużej diasporze w USA, nie ufali rządzącej Birmą juncie i nie chcieli składać broni. Ich dobrze wyszkolona Kareńska Narodowa Armia Wyzwolenia, liczącą od kilku do kilkunastu tysięcy ludzi, na początku konfliktu próbowała doprowadzić do secesji i stworzenia kareńskiego państwa. W połowie lat 70. XX w. Karenowie ograniczyli żądania do szerokiej autonomii w ramach przyszłej federacji birmańskiej.

Gdy w marcu 2011 roku władzę w kraju z rąk junty przejęli cywile i od razu ogłosili, że chcą dialogu, postulaty Karenów stały się realne. Tym bardziej że w rozmowach z władzami pomoc zaoferowała prześladowana przez wojskowych birmańska noblistka Suu Kyi, którą mniejszości birmańskie darzą estymą.

Sprawa ma fundamentalne znaczenie, bo bez zakończenia pełzającej wojny domowej w Birmie nie ma mowy o zniesieniu nałożonych na nią sankcji międzynarodowych, które odcięły ja od Zachodu i rzuciły w ramiona Chin. Zachód postawił jej jeszcze inny warunek - zwolnienie wszystkich więźniów politycznych, których może być od 600 do 1500. Birma, która ich uwolniła dopiero nieco ponad 200, ogłosiła wczoraj kolejną amnestię. Nie wiadomo jednak, czy obejmie politycznych i ilu znajdzie się wśród szczęśliwców.

Przy niedawnej okazji zaniepokojona Suu Kyi zastrzegła, że nic w Birmie "nie jest jeszcze przesądzone".

Ale rozmowy z mniejszościami idą dobrze. Oprócz Karenów podjęli je już Szanowie, Kaczinowie i Czinowie, kolejne ze 135 narodowości zamieszkujących Birmę, które w sumie stanowią jedną trzecią ludności liczącego 54-56 mln ludzi kraju.

To kolorowa mieszanka wybuchowa. Władzom w Birmie nigdy nie udało się ich zintegrować - byłoby to wielkim wyzwaniem dla nowoczesnego kraju, a przecież Birma nim nie jest.

Generałowie, którzy do ubiegłego roku rządzili krajem, mieli tylko jeden pomysł na utrzymanie spójności kraju - użycie siły. W porze suchej armia podejmowała ekspedycje karne przeciwko buntownikom. Stosowała taktykę spalonej ziemi - podkładała ogień pod wioski podejrzewane o ukrywanie partyzantów, niszczyła im plony, gwałciła kobiety. Zbrodnie armii, która w swoim pojęciu walczy w słusznej sprawie zapobieżenia rozpadowi Birmy, wypełniają raporty organizacji praw człowieka na całym świecie.

Ale i druga strona nie była bez winy, bo np. Karenowie werbowali w swoje szeregi dzieci. Ludność masowo uciekała do Tajlandii. Obecnie w obozach dla uchodźców mieszkają tam trzy miliony ludzi.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':