W czwartek rozpoczął się precedensowy proces, w którym dziennikarz ''Gazety'' Bogdan Wróblewski pozwał na drodze cywilnej CBA o naruszenie jego dóbr osobistych: prywatności, tajemnicy komunikowania się, autonomii informacyjnej i zaufania (potencjalnych informatorów) potrzebnego mu do wykonywania zawodu. CBA naruszało prywatność przez pozyskiwanie jego billingów telefonicznych, wykazów SMS-ów i danych pozwalających śledzić jego poruszanie się (BTS). Podobnie naruszono prywatność jego rodziny i osób, które się z nim kontaktowały. Wszystko działo się w 2006 i 2007 roku.
Występująca w imieniu CBA Prokuratoria Generalna chciała oddalenia pozwu, bo prokuratura wcześniej ją umorzyła, nie dopatrując się przestępstwa. Reprezentujący Wróblewskiego pro bono adw. Maciej Ślusarek argumentował, że czym innym jest odpowiedzialność karna - gdzie trzeba by udowadniać zamiar bezprawnego naruszenia prywatności, a czym innym odpowiedzialność cywilna - gdzie wystarczy sam fakt bezprawnego naruszenia.
Bezprawność ''billingowania'' Wróblewskiego polega na tym, że
* CBA nie potrafi precyzyjnie określić, co było powodem ''billingowania'';
* nie można wskazać, które z ustawowych zadań CBA usprawiedliwiałoby ''billingowanie'';
* nie przestrzegano procedur ochrony danych osobowych (m.in. nie wiadomo, co się stało z materiałami zawierającymi informacje naruszające prywatność).
- Sąd nie skorzystał z okazji i nie uchylił się od sądzenia tej sprawy - cieszył się Adam Bodnar, wiceprezes Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Sąd zgodził się, by Fundacja przystąpiła do sprawy.
Bodnar podkreśla, że w tego typu sprawach ''billingowany'' obywatel, dochodząc naruszenia swojej prywatności, skazany jest tylko na siebie, bo prokuratura nie chce kwestionować działania służb. Dlatego tak ważne jest, by otwarta była droga cywilna.
Następna rozprawa w kwietniu.
Przeczytaj również tekst:
''Dziennikarz "Gazety" pozwał CBA''