Słowo kryzys jest ostatnio odmieniane przez wszystkie przypadki przez polityków, nie schodzi także z czołówek w gazetach i mediach elektronicznych. Mimo że na razie wskaźniki
makroekonomiczne Polski na tle Europy są dobre, to spirala strachu się nakręca.
Od października 2011 roku niemal podwoiła się grupa Polaków przekonanych, że w ciągu roku kondycja polskiej gospodarki się pogorszy (wzrost z 20 proc. do 38 proc.). Wśród badanych powszechne jest przekonanie, że kryzys ekonomiczny to problem całej Europy (79 proc.). W zdecydowanej mniejszości są osoby uważające, że skala zagrożenia nie jest duża. Co jedenasty badany sądzi, że dotyczy ono tylko państw
strefy euro, a czterech na stu - że w zasadzie ogranicza się do Grecji.
Zdecydowana większość respondentów (87 proc.) boi się, że kryzys może mieć negatywne konsekwencje dla naszego kraju, niewiele mniejsza grupa (81 proc.) obawia się o sytuację swoją i rodziny.
- Jak wszyscy mówią, że kryzys będzie, to jak tu się nie bać? Ceny rosną,
benzyna jest, po ile jest, euro jest, po ile jest. To sprawia, że kryzys wydaje się realny - komentuje Jarosław Flis, politolog z UJ.
Zagrożenia kryzysem nieco rzadziej obawiają się respondenci, których dochody przekraczają 1500 zł, poniżej 35 lat, z wyższym wykształceniem, mieszkańcy miast powyżej 100 tys. mieszkańców. Obawy te są też rzadsze wśród sympatyków PO i PSL. Największy niepokój wyrażają zwolennicy SLD i PiS.
Polakom kryzys kojarzy się bardziej z utrudnieniami w codziennym życiu niż z wydarzeniami bardziej spektakularnymi, np. z upadłością banku (patrz grafika obok).
Aż trzy czwarte badanych uważa, że sytuacja gospodarcza i kryzys finansowy w wielu państwach Unii uzasadniają konieczność wprowadzenia w Polsce oszczędności. Tylko nieliczni ankietowani (15 proc.) nie dostrzegają takiej konieczności, a co dziesiąty nie ma zdania w tej sprawie.
O tym, że państwo musi wprowadzić program oszczędnościowy, by zrównoważyć
budżet, w większości przekonani są zwolennicy wszystkich partii, które mają przedstawicieli w parlamencie - w największym stopniu zwolennicy PO i SLD, w najmniejszym - wyborcy PiS.
Z projektów przedstawionych przez premiera w exposé największe poparcie społeczne mają: - propozycja likwidacji Funduszu Kościelnego i objęcia księży powszechnym systemem ubezpieczeń (72 proc. zwolenników), - likwidacja ulgi podatkowej na
dziecko i becikowego dla rodzin, których roczny dochód przekracza 85 tys. zł (64 proc.), - zniesienie ulgi podatkowej dla najlepiej zarabiających twórców (61 proc.). - Ponad połowa Polaków akceptuje likwidację przywilejów emerytalnych dla służb mundurowych i górników.
Badani nie akceptują tych propozycji, które uznają za najbardziej bolesne i trudne dla siebie. O tym, że najbardziej dotkliwe dla Polaków będzie podwyższenie wieku emerytalnego, przeświadczona jest zdecydowana większość ankietowanych (80 proc. w przypadku kobiet i 73 proc. w przypadku mężczyzn).
- Dużo łatwiej akceptuje się cięcia i odbieranie przywilejów u kogoś niż u siebie. Dlatego sprzeciw wobec podwyższania wieku emerytalnego jest tak duży i politykom trudno będzie to zmienić - uważa Jarosław Flis. Jednocześnie dodaje, że Polacy zdają sobie sprawę, iż w porównaniu z niektórymi krajami, np. Grecją, gdzie w efekcie kryzysu obniżano pensje w budżetówce, polskie cięcia i tak będą niewielkie. Dlatego poziom akceptacji dla planu oszczędności Tuska jest tak wysoki.
Polacy są jednak pesymistami, jeśli chodzi o skuteczność zapowiedzianych cięć. Ponad połowa ankietowanych przewiduje, że oszczędności proponowane przez rząd okażą się niewystarczające, by w 2012 roku zrównoważyć budżet, i trzeba będzie szukać kolejnych.
Krzysztof Pankowski z CBOS pisze w komentarzu do wyników badania, że wydaje się, iż uwierzyliśmy, że kryzys puka do drzwi, a nawet - choć tylko jedną nogą - już przekroczył próg. Dlatego wszystko może się zdarzyć, także scenariusz węgierski czy grecki. "I chyba właśnie przykład tych krajów sprawił, że dla Polaków kryzys przestał być bliżej nieokreśloną zapowiedzią czy też czymś odległym, a stał się elementem rzeczywistości, z którą każdy rząd - niezależnie od tego, kto by rządził - musiałby sobie radzić" - podkreśla Pankowski.