http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Humanitarni czy dziki wschód

Ewa Siedlecka
2012-01-12, ostatnia aktualizacja 2012-01-15 15:06

Dziś w Sejmie pojedynek Dawida z Goliatem. Posłowie zdecydują, czy przyjąć do dalszych prac obywatelski projekt ustawy o ochronie zwierząt

Ewa Siedlecka
fot. AG
Ewa Siedlecka
Projekt wymusiłby bardziej humanitarne ich traktowanie, ale narusza interesy partyjne i niektórych parlamentarzystów. Czy potrafią się wznieść ponad nie?

Projekt jest radykalny. Np. zakazuje hodowli zwierząt futerkowych w sytuacji, gdy Polska jest futrzarskim potentatem. A jest nim m.in. dlatego, że wiele krajów pozbyło się tych hodowli jako niehumanitarnych i zagrażających środowisku. A te, które się nie pozbyły, tak obostrzyły prawo, że hodowla stała się za droga.

Projekt wymusza też bardziej humanitarne warunki hodowli zwierząt gospodarskich. M.in. zakazuje obcinania świniom ogonów, kurom dziobów, chowu bezściółkowego (gdy zwierzę stoi całe życie na metalowej kracie, dzięki czemu nie trzeba sprzątać po nim odchodów, ale rani sobie nogi). To wszystko podrożyłoby koszty "produkcji zwierząt" - jak się to ujmuje w języku urzędowym, by ominąć niewygodną kwestię humanitaryzmu.

Gdyby ów humanitaryzm traktować poważnie, to nie trzeba zmieniać ustawy. Już dziś ustawa o ochronie zwierząt nakazuje właśnie humanitarne ich traktowanie i zakazuje niehumanitarnych metod hodowli. Tyle że pojęcie to zależy od wrażliwości: stróżów prawa i inspekcji weterynaryjnej.

Zeszłoroczny bunt prokuratorów wobec zalecenia prokuratora generalnego, by nie uchylali się od ścigania niehumanitarnego przewożenia, sprzedawania i zabijania karpi (np. patroszenie ich żywcem prokuratura potrafiła uznać za usprawiedliwione wigilijnym obyczajem), pokazuje, że jeśli konkretnie nie wymieni się tego, co zakazane, nie ma co liczyć na wrażliwość prokuratury. To samo dotyczy Inspekcji Weterynaryjnej, która dba przede wszystkim o interes hodowcy i kwestie sanitarno-epidemiologiczne. Podlega ministrowi rolnictwa, więc nałożenie na nią pilnowania praw zwierząt jest wpędzeniem w konflikt interesów.

Obywatelski projekt proponuje więc stworzenie krajowego inspektora ochrony zwierząt, a pieniądze na jego działalność chce zdobyć ze zwiększonych kar za łamanie ustawy i z opodatkowania hodowli psów i kotów rasowych, które miałyby być uznane za działalność gospodarczą.

W zeszłej kadencji parlamentarzyści zgodzili się poprawić nieco los bezdomnych psów. Ale ze zwierzętami gospodarskimi to już inna rozmowa. Chodzi o duże zyski. Niedawno opisywaliśmy, jak dwaj parlamentarzyści Platformy wylobbowali wykreślenie norek amerykańskich z listy zwierząt, których hodowla podlega szczególnym rygorom, bo uciekając, zagrażają środowisku. W innych klubach też są zainteresowani status quo. Jeden z posłów Ruchu Palikota jest hodowcą norek (rocznie zabija czy też "pozyskuje futra" 40 tys. norek). Są hodowcy kur, brojlerów, świń, krów, koni rzeźnych, owiec itd. No i jest "elektorat wiejski", o który starają się wszystkie partie.

Z tym Goliatem zmierzy się dziś obywatelski projekt. Wbrew pozorom stoi za nim sporo ludzi, np. ci, którzy chętnie jedliby schabowego ze świadomością, że świnia miała lepsze życie, zanim się nim stała. Stoi za nim też europejski standard, wedle którego w ochronie zwierząt ciągle jesteśmy dzikim wschodem, na który można eksportować okrutne metody hodowli.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 10 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    51 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':