Reżyser wchodzącego właśnie do kin filmu "Czas wojny" opowiada "Gazecie" o zapisanym w genach szacunku człowieka do koni i o tym, że nie nakręcił filmu wojennego
Steven Spielberg: Jeździłem w latach 80., dopóki nie doznałem kontuzji kręgosłupa. Ale moja żona jeździ, a 15-letnia córka startuje w zawodach. Mamy w sumie dwanaście koni, więc znam trochę te zwierzęta.
Akcja pana nowego filmu rozgrywa się podczas I wojny światowej. Wybór takich okoliczności miał znaczenie?
- To nie jest film wojenny. Wojna stanowi tutaj tło dla wydarzeń, dostarcza niezbędnego dramatu. Oddziela od siebie dwóch głównych bohaterów i w końcu pozwala im się odnaleźć.
To jest opowieść o związkach między ludźmi, które powstają dzięki pojawieniu się w ich życiu pewnego bystrego zwierzęcia. A także o nadziei, która jednak istnieje w najczarniejszych okolicznościach.
Poza tym fabuła jest ściśle powiązana z czasami, o których opowiada, i wątpię, żeby mogła się rozegrać dzisiaj. Wielka wojna na zawsze zmieniła charakter walk zbrojnych, a konie w działaniach wojennych zostały zastąpione przez maszyny.
Jak reżyseruje się konia?
- Naszym zaklinaczem koni był Bobby Lovgren. Miał cały zespół ludzi, którzy dobrze wiedzą, jak delikatnymi istotami są konie i jak można się z nimi porozumieć.
Ja najpierw rozrysowałem cały film na storyboardach i dałem je trenerom. Oczekiwałem odpowiedzi, że coś takiego nie będzie możliwe, że lepiej powierzyć kreację takich scen specom od efektów specjalnych, czego jednak nie chciałem robić pod żadnym pozorem. Mieli kilka miesięcy na przygotowanie. Okazało się, że są w stanie wytrenować konia tak, żeby wykonał niemal w stu procentach to, co sobie wyobraziłem. W wielu przypadkach takie rzeczy nie były nigdy wcześniej robione na potrzeby filmu, ale oni uważali, że są w stanie doprowadzić zachowanie koni do perfekcji. Więc można powiedzieć, że w pewnym sensie reżyserowałem konie.
Czy zdarzyło się, że kiedykolwiek złapałem naszego konia aktora za cugle, poprowadziłem go w ciche miejsce i miałem z nim rozmowę oko w oko? Nic takiego. Czy zdarzało się, że koń wyszedł z kadru? Wiele razy. Jednak konie nigdy nie zostały przez nikogo skarcone czy ukarane. Zaskoczyły mnie czymś, czego nie byłem w stanie przewidzieć - w pewnym momencie zaczęły improwizować i to przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Szczególnie w scenach największego napięcia - jakby wyczuwały złe emocje i reagowały na to w sposób naturalny. Jeden koń w takiej scenie zaczął pyskiem trącać Petera Mullana grającego głównego bohatera Teda Narracotta. Później za każdym razem, gdy go widział, robił to samo. Nie uczyliśmy go takiego zachowania, sam zainicjował taką reakcję pod wpływem obserwacji aktorów.
Nie bał się pan, że młodsze pokolenie widzów uzna historię pokazaną w "Czasie wojny" za staroświecką?
- W pewnym sensie stosunek ludzi do koni się nie zmienia - podziwiamy je jako zwierzęta wyjątkowe, traktujemy je z szacunkiem. Jest coś takiego zapisanego w genach człowieka. Konie są częścią historii społecznej świata, integralnym składnikiem każdej kultury i generacji. Bardziej martwi mnie to, że to historia nam umyka. Zapominamy i nie mamy czasu, żeby wspominać. Ja staram się opowiadać o historii, ponieważ moim zdaniem jest to istotna część procesu dojrzewania człowieka. Nigdy nie będziemy w stanie poznać siebie samych, dopóki nie poznamy historii tych, którzy byli przed nami. Każdy z nas tego potrzebuje.
Z większości filmów podpisanych pana nazwiskiem emanuje charakterystyczny optymizm, dobro zawsze zwycięża. Wierzy pan, że świat w ten sposób właśnie funkcjonuje?
- Chciałbym, żeby świat tak właśnie działał. Natomiast zrobiłem niewiele filmów o tym, jak świat działa faktycznie albo jak naprawdę było. "Czas wojny" oczywiście też mitologizuje wydarzenia historyczne. Jest raczej impresyjny jak symfonia niż realistyczny jak "Szeregowiec Ryan", bo to film familijny.
Podczas pokazu widziałam płaczących mężczyzn...
- Ja też się wzruszyłem, gdy obejrzałem sztukę "War Horse" po raz pierwszy. To pewnie przez niespodziewaną nadzieję, którą koń Joey przynosi Albertowi i każdej innej napotkanej postaci. Jest coś paradoksalnie pocieszającego w ruchach, w zachowaniu konia, jakby manifestowana beztroska o to, co przyniesie jutro. Im bardziej ponure okoliczności, tym bardziej rzuca się w oczy. On żyje tu i teraz i nic innego dla niego się nie liczy.
No i ścisnęła mnie za gardło historia ludzi, którzy bezinteresownie opiekują się niewinnym i nieświadomym zwierzęciem.