http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jak przegalopowałem I wojnę światową

Jacek Szczerba
2012-01-11, ostatnia aktualizacja 2012-01-26 17:24

W "Czasie wojny" znajdziemy wszystko, co najlepsze i najgorsze w filmach Stevena Spielberga: rozmach, reżyserską wirtuozerię, ale też nieznośny patos i sentymentalizm niczym w bajce na dobranoc

''Czas wojny'' Stevena Spielberga
Fot. FORUM FILM
''Czas wojny'' Stevena Spielberga
Oglądając z zainteresowaniem "Czas wojny" (jego premiera już w piątek), zastanawiałem się zwłaszcza nad jednym - czy Spielberg widział kiedyś "Lotną" Andrzeja Wajdy z 1959 r.? Jego polski operator Janusz Kamiński z pewnością tak. Trudno o tym nie myśleć, trafiając w ich filmie na scenę, w której koń "mierzy się" z czołgiem. Podobieństw z "Lotną" jest skądinąd więcej, i to zasadniczej natury.

"Czas wojny" (w oryginale "War Horse") to historia konia imieniem Joey, rodem z angielskiego Devonu. W latach I wojny światowej przechodzi on, tak jak Lotna w czasie II wojny, z rąk do rąk (a ręce są brytyjskie, niemieckie, francuskie i znowu brytyjskie). W swych kolejnych właścicielach lub opiekunach wzbudza różne uczucia - czasem zazdrość, ale przeważnie miłość. Bo Joey to koń, który łączy ludzi pomimo dzielących ich różnic. Przesłanie filmu jest zatem solidarnościowe, do tego jeszcze pacyfistyczne.



"Czas wojny" wziął się z książki Michaela Morpurgo z 1982 r. (właśnie opublikowało ją po polsku wydawnictwo Auditus), co ciekawe napisanej z perspektywy konia. W 2007 r. została ona przerobiona na sztukę - w której występowały konie kukiełki - triumfującą na scenicznych deskach Londynu.

Joeya, który jest smukłym wierzchowcem, kupuje na targu niezamożny Ted Narracott (Peter Mullan), choć właściwie potrzebny mu jest koń pociągowy, do orki. W końskiej licytacji Ted przebija bogatego Lyonsa (David Thewlis), od którego dzierżawi gospodarstwo. Ten z zemsty chętnie doprowadziłby Teda do bankructwa i dobrałby się do jego małżonki Rose (Emily Watson). Rodzinę ratuje syn Narracottów - nastoletni Albert (Jeremy Irvine). Przyucza konia, także do orki. Są nierozłączni. No a potem wybucha wojna...

"Czas wojny" to kolejny z filmów Spielberga, o których da się powiedzieć, że są nie-dorosłe, albowiem świat oglądamy w nich z perspektywy dziecka albo zwierzęcia (tu koń pełni podobną funkcję, co przybysz z kosmosu w "E.T."). To zresztą ulubiona perspektywa Spielberga, który sam jest "dorosłym chłopcem". Dlatego pewnie pasowało mu, że w filmie aż roi się od małolatów - mamy jeszcze chorą francuską dziewczynkę Emilie (Celine Buckens), która zakochuje się w koniu, Niemca Guntera (David Kross) i jego młodszego brata, zaprzęgającego Joeya do wozu sanitarnego. A co do myślących zwierząt, to pojawia się świetna gęś będącą, jeśli idzie o nerwowe zachowania, "ptasim odpowiednikiem" pani Narracott. To nasycenie dziecięcością (i zwierzęcością) skłania Spielberga do delikatności, o którą trudno w filmie wojennym. Stąd np. świetny pomysł ze skrzydłem wiatraka, które obracając się, zasłania przed naszymi oczami coś okrutnego.

"Na wojnie wszyscy tracą wszystko" - to zdanie pada w filmie z różnych ust. Bo też jest to film o poczuciu straty. Ale Albert nie chce się pogodzić ze stratą konia. Ta strata wyzwala w nim odwagę. Czy jednak bycie odważnym zawsze ma sens? Gdy Emilie pomawia swego dziadka (Niels Arestrup) o tchórzostwo, ten wygłasza monolog o gołębiach pocztowych pokazujący, jak różne formy może przybierać bohaterstwo. Filmowcy nauczają nas tu także, że sama odwaga nie wystarcza, trzeba jeszcze umieć być z niej dumnym. Tę potrzebę wyraża tu wędrujący wraz z koniem wojenny proporzec Teda Narracotta.

Tyle o dydaktyczno-ideologicznej zawartości "Czasu wojny". Co do roboty filmowej, to po autorach sekwencji desantu w Normandii w "Szeregowcu Ryanie" można się spodziewać tylko rzeczy wielkich. I rzeczywiście, foty z szarżującą kawalerią (użyto tu ponoć tylko 130 statystów) są palce lizać. Podobnie jak staranne ogrywanie dramatycznych lub dowcipnych detali: czyjeś ręce drżące przy wyjmowaniu zawleczki z granatu, gdy brytyjscy chłopcy wychodzą z okopów, by gnać na karabiny maszynowe wroga; hinduski żołnierz nad mapą przedstawiający trzem oficerom plan natarcia - dwaj pierwsi zdążą dojrzeć szczegóły, trzeci już nie; albo krótkie ujęcie z dymiącymi karabinami maszynowymi, zaraz po "robocie", w której się wykazały. Pokazuje ono, jak zmienił się charakter boju - atak artylerii to już przeżytek.

Osobna kategoria to "końskie aktorstwo" (wyczytałem, że Joeya gra w filmie aż 13 koni). Trudno uwierzyć, że można tak wytresować zwierzęta. Chwilami odnosi się wrażenie, że one doskonale rozumieją, co grają: zarówno z ludźmi, jak i między sobą. Tej pewności brakuje czasem Spielbergowi. Po momencie fantastycznym potrafi przez swą niezręczność wpędzić nas w zakłopotanie. Gdyby cały film miał taką heroiczno-ironiczną tonację, jak scena spotkania dwóch żołnierzy przecinających drut kolczasty na ziemi niczyjej, między okopami walczących ze sobą stron, byłby znakomity. Natomiast gdyby równał do wystylizowanego finału - z przebarwionymi kadrami i ustawieniem postaci godnym arcydzieł radzieckiej propagandy - byłby nieznośny. Zaszkodziła mu również nachalna muzyka Johna Williamsa niepotrzebnie podkreślająca nastrój, który i tak jest już w samym obrazie.

W "Czasie wojny" występują dobrzy aktorzy z różnych krajów, ale nie mówią w swych ojczystych językach, tylko po angielsku, z wyraźnie zaznaczonym akcentem francuskim bądź niemieckim. Brzmi to trochę śmiesznie. Skąd ten pomysł? Ano stąd, że amerykańscy widzowie nie lubią w kinie czytać napisów, więc żaden język obcy nie jest tam mile widziany.

"Czas wojny" szykowany był jako kino familijne. Niestety, nie jestem pewien, czy rodzicom zechce się pójść z dziećmi na film o koniu, i to cierpiącym na wojnie, choć to się naprawdę nieźle ogląda. Fabuła Spielberga kosztowała 66 mln dol., ale od premiery w święta zarobiła w świecie ledwie 64 mln.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':