"Uważam, że przekazywanie informacji ze śledztwa przedstawicielom obcego wywiadu jest przestępstwem, tak mnie uczono" - tak w poniedziałek wojskowy prokurator Mikołaj Przybył zaczął swoje oświadczenie, którego ostatnim akcentem stała się samobójcza próba.
Aby zrozumieć, o co mu chodziło i jaka jest istota konfliktu między prokuratorem generalnym Andrzejem Seremetem a jego zastępcą, szefem Naczelnej Prokuratury Wojskowej Krzysztofem Parulskim, trzeba sięgnąć do niedalekiej historii.
Parulski: symbol sprzeciwu O Parulskim zrobiło się głośno w lipcu 2007 r. Rządy PiS zbliżały się do końca, koalicja z
LPR i Samoobroną trzeszczała w szwach. Za chwilę miała dobić ją afera gruntowa.
Ale IV RP się trzymała. CBA zatrzymywało lekarzy i zarzucało sieci na polityków PO. W Ministerstwie Sprawiedliwości rządził Zbigniew Ziobro, obsadzając swoimi ludźmi stanowiska w prokuraturach całego kraju.
W tej atmosferze mocno zabrzmiał głos Krzysztofa Parulskiego, wiceszefa poznańskiej prokuratury wojskowej. Kierowane przez niego Stowarzyszenie Prokuratorów RP wystosowało apel do całego środowiska: "Jesteśmy prokuratorami Rzeczypospolitej Polskiej, a nie partii, rządów czy ministrów. Dla kariery nie ulegajmy politycznym naciskom".
Parulski został wezwany na dywanik do Warszawy. Szefostwo NPW każe mu przekazać listę prokuratorów obecnych przy podpisywaniu apelu. Odmawia i podaje się do dymisji. Przez następne tygodnie funkcjonuje jako symbol sprzeciwu wobec upolityczniania prokuratury.
Do prokuratury wojskowej Ziobro wysyła cywilnych prokuratorów, którzy mają zadbać o "cywilny nadzór". Wśród nich jest Marek Pasionek, podsekretarz stanu w kancelarii premiera Jarosława Kaczyńskiego.
W prokuraturze wojskowej mówi się o "seryjnych śledztwach w sprawie przestępstw WSI". Parulski jest określany w "Gazecie Polskiej" jako "PZPR-owski aparatczyk i prokurator stanu wojennego".
Gdy jesienią 2007 r. PiS przegrywa wybory, Parulski wraca do łask. Odwołuje dymisję, zostaje doradcą ministra sprawiedliwości. Po reformie prokuratury, w lutym 2008 r., zostaje szefem Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Jesienią 2010 r. prezydent Komorowski mianuje go generałem brygady.
Seremet: człowiek spoza układu Andrzej Seremet do początku 2010 r. był mało znanym sędzią z Sądu Apelacyjnego w
Krakowie.
Po reformie oddzielającej Prokuraturę Generalną od Ministerstwa Sprawiedliwości stanęła kwestia wyboru jej szefa. Na ostatniej prostej zostali Edward Zalewski (wcześniej szef Prokuratury Krajowej) i właśnie Seremet. O jego wyborze zdecydował głos prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Wolał Seremeta, za którym nie stała żadna partia, od Zalewskiego - utożsamianego jednak z rządzącą PO.
Pierwsze decyzje kadrowe Seremeta wywołały komentarze, że spłaca dług wobec prezydenta - jego zastępczynią została prok. Marzena Kowalska, za czasów PiS szefowa Prokuratury Apelacyjnej w
Warszawie. Wiceszefem został też Robert Hernard - człowiek Ziobry.
Seremet nie pozbył się też innych śledczych kojarzonych z rządami PiS, rozrzuconych po prokuraturach całego kraju. Także prok. Pasionek pozostaje na kierowniczym stanowisku w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej.
Pasionek w NPW był solą w oku Parulskiego i jego wojskowych współpracowników. Nie ufają mu i uważają za wtyczkę Kaczyńskiego i PiS. Na różnice polityczne nakładają się różnice mentalności cywila i wojskowych.
"Chcą nas wykończyć" Jesienią 2010 r. wojskowi dziwią się, dlaczego informacje znane wyłącznie prokuratorom ze śledztwa smoleńskiego przeciekają do mediów. Podejrzenia padają na Pasionka.
Rozpoczyna się śledztwo. Prokuratura wojskowa dokumentuje spotkanie prokuratora z pracownikami ambasady
USA, najprawdopodobniej rezydentami FBI. Pasionek - zdaniem prokuratury - zdradza Amerykanom tajemnice śledztwa, pyta m.in. o możliwości tworzenia sztucznej mgły. Dodatkowo, miał przekazać Amerykanom informacje z prokuratury rosyjskiej, co stawia pod znakiem zapytania możliwość współpracy w śledztwie. Spotkanie organizują najbardziej zaufani ludzie PiS: Bogdan Święczkowski i Grzegorz Ocieczek.
Dla prokuratorów wojskowych sprawa jest ewidentna. Wojskowy, który spotykałby się z agentem obcego wywiadu, nawet sojuszniczego, popełnia przestępstwo. Nawet w Izraelu - sojuszniku USA - skazano kilka osób za przekazanie tajnych informacji amerykańskim służbom.
Dla cywilnych prokuratorów nie jest to oczywiste. Prokuratura cywilna, która przejęła śledztwo w grudniu błyskawicznie je umorzyła - "z braku dowodów". Kluczowe znaczenie mają m.in. zeznania, jakie w obronie Pasionka składa Święczkowski.
Jarosław Kaczyński (PiS) oskarża Parulskiego, że próbował wyeliminować ze śledztwa smoleńskiego prokuratora, który dążył do poznania prawdy. W prawicowych mediach pojawiają się fragmenty z akt śledztwa, które mają z negatywnej strony ukazać Parulskiego.
Z punktu widzenia wojskowych, nienawykłych do zasady prokuratorskiej solidarności, sprawa wygląda coraz dziwniej. W panikę wprawiają ich informacje "Gazety" świadczące o tym, że żądając treści SMS-ów dziennikarzy prokuratura wojskowa złamała prawo. I oświadczenia rzecznika Prokuratury Generalnej, że Seremet będzie oczekiwał od kierownictwa prokuratury wojskowej wyciągnięcia konsekwencji.
W prokuraturze wojskowej tego rodzaju sprawy nie wychodziły na światło dzienne. Tak miało być i teraz. Postanowienia o wydaniu dziennikarskich billingów i SMS-ów znajdowały się w tajnej części akt. Dziennikarzy o sprawie powiadomiła cywilna prokuratura, która te materiały odtajniła...
Z tego wojskowi wyciągnęli dwa wnioski. Pierwszy: cywile - pozostałość PiS w prokuraturze - postanowili nas wykończyć i zrobić z nas przestępców. Drugi: Seremet daje na to przyzwolenie.
Co dalej? Zanim prok. Przybył skierował broń przeciwko sobie, przedstawił teorię, że czyni tak w proteście przeciwko likwidacji prokuratury wojskowej. Solidarnie poparł go prokurator Parulski, oceniając postępowanie cywilnej prokuratury apelacyjnej jako "nieetyczne".
Nieoficjalnie wiadomo, że dymisji Parulskiego nie chce ani MON, ani prezydent. Pytanie, czy Andrzej Seremet zniesie dalszą współpracę z gen. Parulskim.